Odwieczny Wróg
- Автор: Кунц Дин Рэй
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Odwieczny Wróg». Краткое содержание книги:
Ale czy był bezpieczny?
Lisa wybrała materac w kącie sypialni, tam gdzie mogła plecami ułożyć się przy ścianie.
Jenny rozłożyła jeden z dwóch koców, przykryła dziewczynę.
– Chcesz drugi?
– Nie. Wystarczy. Trochę głupio iść do łóżka w ubraniu.
– Niedługo wszystko będzie, jak powinno… – powiedziała Jenny, ale nie skończyła zdania; zorientowała się, że wygłasza głupoty.
– Idziesz już spać?
– Za chwileczkę.
– Chodź spać – poprosiła Lisa. – Połóż się obok mnie.
– Nie jesteś sama, skarbie. – Jenny pogładziła siostrę po włosach.
Kilku ludzi – w tym Tal Whitman, Gordy Brogan i Frank Autry – położyło się. Byli tu też trzej mocno uzbrojeni wartownicy, którzy mieli czuwać, by nikomu nic się nie stało przez całą noc.
– Czy przyciemnia światło? – zapytała Lisa.
– Nie. Nie możemy ryzykować przebywania w ciemności.
– Dobrze. Już jest dość ciemno. Pobędziesz przy mnie, dopóki nie zasnę? – zapytała Lisa. Nagle ubyło jej lat.
– Jasne.
– I rozmawiaj ze mną.
– Jasne. Ale będziemy rozmawiały cicho, żeby nikomu nie przeszkadzać.
Jenny położyła się obok siostry, podparła głowę na ręce.
– O czym będziemy rozmawiały?
– Nieważne. O czym chcesz. O czym chcesz… z wyjątkiem dzisiejszej nocy.
– Dobra, chcę cię o coś zapytać – powiedziała Jenny. – Pamiętasz, jak siedziałyśmy przed aresztem miejskim i czekałyśmy na szeryfa? Pamiętasz, jak rozmawiałyśmy o mamie? Powiedziałaś, że mama lubiła… lubiła się mną chwalić.
Lisa uśmiechnęła się.
– Jej córeczka, pani doktor. Och, jaka ona była z ciebie dumna, Jenny.
Tak jak poprzednio, to stwierdzenie obudziło niepokój Jenny.
– I mama nigdy nie miała do mnie pretensji za wylew taty? – zapytała.
Lisa zmarszczyła brwi.
– A dlaczego miałaby mieć?
– No… bo wydaje mi się, że przysporzyłam mu wtedy wiele zmartwień. Zmartwień i kłopotów.
– Ty? – spytała Lisa z niedowierzaniem.
– A kiedy lekarz taty nie mógł już obniżyć mu ciśnienia i tato dostał wylewu…
– Według mamy, jedyna niedobra rzecz w całym twoim życiu, to gdy na Halloween wykąpałaś łaciatego kota w czarnej farbie i rozlałaś clairol po wszystkich meblach na tylnej werandzie.
Jenny, zaskoczona, wybuchnęła śmiechem.
– Zapomniałam o tym. Miałam wtedy tylko osiem lat. Uśmiechnęły się do siebie i bardziej niż kiedykolwiek poczuły się siostrami.
– Dlaczego myślisz, że mama mogłaby cię winić za śmierć taty? To była śmierć z przyczyn naturalnych, no nie? Wylew. Dlaczego miałaby to być twoja wina?
Jenny zawahała się, cofając w myślach o trzynaście lat. Nagła świadomość faktu, że matka nigdy nie winiła jej za śmierć ojca, stała się głębokim, wyzwalającym doznaniem. Poczuła się wolna – pierwszy raz, od kiedy skończyła dziewiętnaście lat.
– Jenny?
– Mhm?
– Płaczesz?
– Nie, nic mi nie jest – powiedziała powstrzymując łzy. – Jeśli mama nie miała mi tego za złe, to chyba nie powinnam sama sobie tego wyrzucać. Jestem po prostu szczęśliwa, skarbie. Szczęśliwa, że mi to powiedziałaś.
– Ale co sobie ubrdałaś? Jak mamy być dobrymi siostrami, to nie powinnyśmy ukrywać przed sobą niczego. Powiedz, Jenny.
– To długa opowieść, siostrzyczko. Kiedyś ci ją opowiem, ale nie teraz. Teraz chcę dowiedzieć się wszystkiego o tobie.
Porozmawiały o bzdurkach kilka chwil. Powieki Lisy stawały się coraz cięższe.
Jenny przypomniały się oczy Bryce'a Hammonda, łagodne i przesłonięte grubymi powiekami.
I oczy Jakoba i Aidy Libermannów, świecące w odciętych głowach.
I oczy funkcjonariusza Wargle'a. Nieobecne. Wypalone, puste oczodoły w wydrążonej czaszce.
Chciała oderwać myśli od tej okropności, od tego zbyt-dobrze-zapamiętanego spojrzenia Ponurego Żeńcy. Ale jej myśli nadal powracały do obrazu monstrualnej przemocy i śmierci.
Zapragnęła, aby znalazł się ktoś, kto rozmową ukoiłby ją do snu. Zapowiadała się niespokojna noc.
W pomieszczeniu gospodarczym, przylegającym do hallu i oddzielonym tylko ścianą od szybu wind, nie paliło się światło, nie było okien.
Unosiła się tu zastała woń płynów czyszczących. Pinesol. Lizol. Pasta do mebli. Pasta do podłogi. Zapasy sprzątaczek leżały na półkach wzdłuż ścian.
W prawym kącie, najbardziej oddalonym od drzwi, był duży metalowy zlew. Woda kapała z cieknącego kranu – co dziesięć, dwanaście sekund. Każda kropla uderzała o metalową komorę z cichym, przytłumionym ping.
Na środku pokoju, okryte jak wszystko inne nieprzeniknioną czernią, spoczywało pozbawione twarzy ciało Stu Wargle'a. Leżało na stole, osłonięte pokrowcem. Wszędzie panował bezruch. Słychać jedynie było monotonne ping kapiącej wody.
Bezdźwięczne oczekiwanie zawisło w powietrzu.
Frank Autry skulił się pod kocem, zacisnął powieki. Myślał o Ruth. Wysokiej, gibkiej Ruthie o słodkiej twarzy. Ruthie o ciepłym, łamiącym się głosie. Ruthie o gardłowym śmiechu, któremu nikt nie mógł się oprzeć. Była jego żoną od dwudziestu sześciu lat: jedyną kobietą, jaką kiedykolwiek kochał.
Rozmawiał z nią przez telefon kilka minut tuż przed położeniem się spać. Nie mógł opowiedzieć jej dużo o tym, co się tu działo – jedynie to, że mają w Snowfield stan oblężenia i nie będzie go w domu dziś w nocy. Ruthie nie naciskała, nie wypytywała o szczegóły. Cały czas była dobrą żoną żołnierza. Pozostała nią nadal.
Myślenie o Ruthie było jego podstawowym mechanizmem obronnym. W stresie, lęku, bólu i depresji po prostu myślał o Ruth, skupiał się tylko na niej i świat zamętu się rozpływał. Dla mężczyzny, który spędził szmat życia na niebezpiecznej pracy, mężczyzny, któremu zajęcia rzadko pozwalały zapomnieć, że śmierć jest nierozłącznie spleciona z życiem, kobieta taka jak Ruth była niczym niezbędne lekarstwo, szczepionka przeciw rozpaczy.
Gordy Brogan znów bał się zamknąć oczy. Za każdym razem, kiedy poprzednio to robił, prześladowały go krwawe obrazy wyłaniające się z ciemności, spod zamkniętych powiek. Teraz przykryty kocem leżał z otwartymi oczami i wpatrywał się w plecy Franka Autry'ego.
W myślach układał rezygnację, którą wręczy Bryce'owi Hammon-dowi. Nie mógł wystukać i przedłożyć pisma, póki ten interes w Snowfield nie zostanie załatwiony. Nie chciał zostawić swoich kumpli w środku bitwy; to nie byłoby w porządku. Faktycznie, może się im na coś przydać, biorąc pod uwagę, że chyba nie będzie trzeba strzelać do ludzi. Ale jak tylko zamknie się sprawę, kiedy wszyscy wrócą do Santa Mira, zaraz machnie pismo i osobiście wręczy je szeryfowi.
Nie miał teraz wątpliwości: praca w policji nie jest – i nigdy nie była – dla niego.
Był jeszcze młodym człowiekiem; miał czas na zmianę drogi życiowej. Został gliną częściowo z buntu przeciw rodzicom, gdyż była to ostatnia rzecz, której sobie życzyli. Zauważyli jego niezwykłą umiejętność zdobywania zaufania i nawiązywania przyjaźni z każdym czworonogiem w ciągu niespełna pół minuty i mieli nadzieję, że zostanie weterynarzem. Gordy zawsze czuł się przytłoczony niezmordowaną opiekuńczością matki i ojca, więc kiedy popychali go w kierunku weterynarii, odrzucił tę możliwość. Teraz wiedział, że mieli rację i chcieli dla niego tylko tego co najlepsze. W gruncie rzeczy, na dnie serca, wiedział, że mają rację. Nadawał się do uzdrawiania, nie do egzekwowania prawa.
Mundur i noszenie odznaki zawsze go pociągały. Zawód gliny był dobrym sposobem na udowodnienie męskości. Mimo wielkiego wzrostu i muskułów, mimo niezwykłego zainteresowania kobietami, ciągle wyobrażał sobie, że inni widzą w nim obojnaka. Jako chłopiec nigdy nie zajmował się sportem, podczas gdy jego rówieśnicy mieli na tym punkcie kręćka. Nie kończące się rozmowy o gruchotach, przerabianych na postrachy szos, najzwyczajniej go nudziły. Jego zainteresowania były niemęskie według niektórych. Nie miał wybitnego talentu, ale lubił malować. Grał na rożku francuskim. Fascynowała go natura i był zapalonym obserwatorem ptaków. Wstręt do przemocy nie przyszedł z wiekiem; już jako dziecko unikał bójek. Ten pacyfizm, w połączeniu z nieśmiałością wobec dziewcząt, brano – a przynajmniej on tak uważał – za brak męskości. Ale w końcu przejrzał na oczy: nie musi niczego udowadniać.