Odwieczny Wróg
- Автор: Кунц Дин Рэй
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Odwieczny Wróg». Краткое содержание книги:
– Zatrucie środowiska – zasugerował Sandler między łykiem soku owocowego a szampanem.
– Nie, nie, nie – zaprzeczył Flyte, smarując kawałek croissanta marmoladą. – Nie, drogi panie. Taką depopulację na tak wielkim obszarze musiałoby spowodować największe w historii zatrucie wód. Wypadek o podobnej skali nie uszedłby nie zauważony. Ale nie było żadnego wypadku, wycieku ropy – nic. Prawdę mówiąc, sam wyciek ropy nie mógłby tego spowodować: zagrożony region i obszar wód były na to zbyt rozległe. A martwe ryby nie zostały wyrzucone na brzeg. Znikły jedynie bez śladu.
Burt Sandler był podniecony. Poczuł zapach pieniądza. Miewał przeczucia co do pewnych książek, a żadne przeczucie go nie zawiodło. (No, może poza podręcznikiem dietetycznym tej gwiazdy filmowej, która tydzień przed ukazaniem się książki umarła z niedożywienia, żyjąc przez ostatnie sześć miesięcy na grejpfrutach, papajach, grzankach z rodzynkami i marchewce). Oto szykował się pewny bestseller: dwieście, trzysta tysięcy w twardych okładkach, może nawet więcej, dwa miliony w broszurze. Jeśli uda mu się przekonać Flyte'a do spopularyzowania i uwspółcześnienia suchego, akademickiego materiału w Odwiecznym wrogu, profesora będzie stać na szampana z własnej kieszeni jeszcze przez długie lata.
– Powiedział pan, że wiadomo mu o dwóch zbiorowych zaginięciach od czasu publikacji książki – rzekł, zachęcając rozmówcę do kontynuowania tematu.
– Drugie miało miejsce w Afryce w 1980 roku. Około trzech tysięcy tubylców – różnego wieku i płci – znikło ze stosunkowo odosobnionego obszaru Afryki Centralnej. Ich wioski opustoszały; porzucili cały swój dobytek, w tym duże zapasy żywności. Wyglądało na to, że uciekli do buszu. Jedyną oznaką gwałtu było kilka potłuczonych naczyń. Oczywiście, zbiorowe zaginięcia w tej części świata są o wiele częstsze teraz niż kiedyś. Bardzo to bolesne. Winna jest temu głównie przemoc w służbie polityki. Kubańscy najemnicy uzbrojeni w sowiecką broń przyczynili się do likwidacji całych plemion, które nie chciały zrzec się swojej tożsamości etnicznej na rzecz rewolucyjnej ideologii. Ale całe wioski mordowane z przyczyn politycznych są zawsze grabione i palone, a ciała wrzucane do masowych grobów. W tym przypadku obyło się bez grabieży, pożarów, nie znaleziono ciał. Kilka miesięcy później strażnicy rezerwatów w tym okręgu zgłosili niewytłumaczalny spadek populacji dzikiej zwierzyny. Nikt nie skojarzył tego z zaginionymi wieśniakami.
– Ale pan wie co innego.
– Cóż, podejrzewam co innego. – Flyte nakładał dżem truskawkowy na ostatni rożek croissanta.
– Wiele z tych zniknięć miało miejsce daleko, na prawie niedostępnych obszarach – powiedział Sandler. – To utrudnia weryfikację.
– Tak. Ten argument również ciśnięto mi w twarz. Rzeczywiście większość prawdopodobnie zdarzyła się w morzu, gdyż pokrywa ono większą część naszej planety. Morze bywa dla nas tak odległe jak księżyc i to, co się dzieje pod falami, umyka często naszej uwagi. Atoli niech pan nie zapomina o dwóch wspomnianych armiach – chińskiej i hiszpańskiej. Tamte zniknięcia dotknęły nowoczesną cywilizację. A jeśli dziesiątki tysięcy Majów padło ofiarą odwiecznego wroga, którego egzystencji dowiodłem w teorii, wtedy mamy do czynienia ze zjawiskiem, które dotknęło również miasta, skupiska cywilizacji.
– Myśli pan, że to może zdarzyć się teraz, dziś…
– Nie mam żadnych wątpliwości!
– …w miejscu takim jak Nowy Jork albo nawet tu, w Londynie?
– Oczywiście! To może zdarzyć się dosłownie wszędzie, gdzie jest odpowiednia struktura geologiczna, opisana w mojej książce.
Obydwaj popijali szampana, pogrążeni w myślach.
Deszcz obijał się o okna z rosnącą furią.
Sandler nie był pewny, czy ma wierzyć teoriom wysnuwanym przez Flyte'a w Odwiecznym wrogu. Mogły stanowić podstawę szaleńczego sukcesu popularnej książki, ale to nie znaczyło, że musi w nie wierzyć. Tak naprawdę to nie chciał wierzyć. Wierzyć oznaczało rozewrzeć wrota do piekła.
Spojrzał na Flyte'a, który znów poprawiał zwiędły goździk w klapie, i powiedział:
– Mam od tego dreszcze.
– Prawidłowo. – Flyte pokiwał głową. – Prawidłowo. Zjawił się kelner. Niósł jajka na bekonie, parówki i grzanki.
19
Zajazd przemienił się w fortecę.
Bryce był zadowolony z przygotowań.
W końcu, po dwóch godzinach ciężkich trudów siadł przy stoliku w sali restauracyjnej, popijając bezkofeinowaną kawę z białego porcelanowego kubka, ozdobionego niebieskim herbem hotelu.
Do wpół do drugiej w nocy z pomocą dziesięciu funkcjonariuszy, którzy przyjechali z Santa Mira, dokonano wiele. Jedną z dwóch sal przekształcono w sypialnię, na podłodze leżało już dwadzieścia materaców, dość dla jednej zmiany, nawet gdy zjawią się ludzie generała Copperfielda. W drugiej części restauracji zsunięto kilka stolików, tworząc miejsce do wydawania posiłków. Kuchnię sprzątnięto i uporządkowano. Obszerny hali zmienił się w ogromnych rozmiarów centrum operacyjne – z biurkami, maszynami do pisania, szafkami na akta, tablicami ogłoszeń i wielką mapą Snow-field.
Przeprowadzono też dokładną inspekcję stanu zabezpieczenia zajazdu i podjęto kroki mające zapobiec włamaniu się nieprzyjaciela. Dwa tylne wejścia – jedno od kuchni, drugie od hallu – zamknięto na klucz i zabezpieczono każde dwoma skrzyżowanymi dechami, przybitymi do framug; Bryce zarządził te dodatkowe środki ostrożności, aby nie zatrudniać ludzi do pilnowania wejść. Drzwi na schody ewakuacyjne zabezpieczono podobnie. Nic nie mogło wejść przez wyższe piętra hotelu i zaskoczyć ludzi Bryce'a od góry. Obecnie tylko para małych wind łączyła hali z piętrami. Postawiono przy nich dwóch wartowników, trzeci stał przy wejściu frontowym. Czteroosobowy patrol ustalił, że wszystkie okna na poziomie zerowym są zamknięte, w większości na głucho. Niemniej jednak okna były słabymi punktami ich fortyfikacji.
W końcu, pomyślał Bryce, jeśli coś spróbuje dostać się przez okno, dźwięk rozbijanej szyby nas zaalarmuje.
Zadbano o wiele innych szczegółów. Okaleczone ciało Stu Wargle'a zostało na razie złożone w pomieszczeniu gospodarczym przylegającym do hallu. Bryce sporządził grafik wart, ustalając dwunastogodzinne zmiany na następne trzy dni, na wypadek gdyby kryzys trwał tak długo. W końcu uznał, że zadbał o wszystko, co należało wykonać do brzasku.
Teraz siedział sam przy okrągłym stoliku, popijał sankę i usiłując jakoś pojąć to, co zdarzyło się w nocy, walczył nieustannie z natrętnie powracającą myślą: Mózg znikł. Każda kropla krwi została wyssana. Każda cholerna kropelka.
Odpędził obrzydliwy obraz zniszczonej twarzy Wargle'a. Wstał, dolał sobie kawy, wrócił do stolika.
Zajazd był bardzo cichy.
Przy innym stole trójka z nocnej zmiany – Miguel Hernandez, Sam Potter i Henry Wong – grała w karty, prawie milcząc. Kiedy zabierali głos, to mówili nieomal szeptem.
Zajazd był bardzo cichy.
Zajazd zamienił się w fortecę.
Zajazd był fortecą, do cholery.