Pelagia i czerwony kogut
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Prowincjonalny kryminał #3
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Noir sur Blanc
- ISBN: 83-7392-078-1
- Переводчик: Henryk Chłystowski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:
Co do „zdążyć", to Matwiej Bencjonowicz nie bardzo zrozumiał, ale otrzeźwiło go zakończenie. Zawstydził się.
Życie drogiej istoty znajduje się w niebezpieczeństwie. Jego zaś obowiązkiem nie są podróże po syberyjskich bezdrożach, ale odszukanie złoczyńców, i to jak najszybciej.
– Przysięgam pani, że odnajdę bandytów – zapewnił cicho radca stanu.
– Wierzę, że pan odnajdzie – życzliwie odpowiedziała Pelagia, ale jakoś bez większego zainteresowania. – Tyle że, jak sądzę, to nie są bandyci, a zagrabione pieniądze nie mają tu nic do rzeczy... Zresztą sam pan się w tym rozezna.
Kapitan, który osobiście witał niezwykłą pasażerkę, przynaglił:
– Łaskawa pani, prąd nas znosi, a po prawej mamy mieliznę. Muszę uruchomić maszyny. Wykorzystując to, że Pelagia nie jest w riasie, tylko w sukni, Berdyczowski pocałował ją w rękę – w paseczek skóry nad koronkową rękawiczką.
Ona zaś musnęła wargami jego czoło, przeżegnała i prokurator, oglądając się co chwila, zaczął schodzić po trapie.
Smukła sylwetka niknęła w mroku, a potem całkowicie roztopiła się w ciemności.
Pelagia szła za marynarzem, który niósł jej walizkę. Na pokładzie było pusto, tylko pod oknem salonu, zakutany w pled po sam nos, drzemał jakiś miłośnik nocnego powietrza.
Kiedy dama w kapelusiku z woalką przeszła obok, opatulony poruszył się i splótł dłonie. Rozległ się suchy, nieprzyjemny chrzęst: krrk-krrk.
Część druga TUTAJ I TAM
VII
BYLE ZDĄŻYĆ
Tajemnicza i piękna
Przy pierwszym zetknięciu z Ziemią Świętą niewielu tylko ma szczęście ujrzeć ją tajemniczą i piękną, jaką rzeczywiście jest.
Polinie Andriejewnie Lisicynej udało się. Port Jaffa, morska brama Palestyny, pojawił się przed nią niejako stos żółto-szarych zakurzonych kamieni, ale jako migocząca choinkowa bombka – zupełnie jak w dzieciństwie, kiedy podkradniesz się w nocy do drzwi pokoju z choinką i zerkniesz przez szczelinę: początkowo niczego nie widać, a potem błyśnie nagle w mroku coś okrągłego, mieniącego się i serce zamrze w oczekiwaniu na cud.
Tak zdarzyło się z Jaffą.
Parowiec, choć plaskał kołami z najwyższym wysiłkiem, nie zdążył osiągnąć upragnionego brzegu przed zachodem słońca. Czarne niebo zlało się z czarnymi wodami, a zawiedzeni pasażerowie smętnie powlekli się pakować rzeczy. Na pokładzie zostali tylko pani Lisicyna i chłopi pątnicy, których cały bagaż składał się z płóciennej sakwy, miedzianego czajnika i pielgrzymiego kostura.
Zaraz potem drzwi mroku uchyliły się. Najpierw zapaliło się pojedyncze światełko, przypominające odległą gwiazdę. Po chwili stało się wyraźniejsze, obok pojawiło się drugie, trzecie, czwarte i wkrótce na morze wytoczyło się złociste jabłko miasta-skały, całe w cętkach łagodnego światła.
Chłopi padli na kolana i zaczęli się modlić. Ich czoła tak głośno stukały o pokład, że Polina Andriejewna, chcąc zatrzymać podniosłą chwilę, zatkała sobie uszy. Wietrzyk przyniósł z brzegu słaby zapach pomarańczy.
– Joppen – podróżniczka wypowiedziała głośno biblijną nazwę portu.
Trzy tysiące lat temu przybywały tutaj spławiane z Libanu cedry na budowę Świątyni Salomonowej.
W tych falach z nakazu Pana wieloryb połknął przekornego Jonasza, a był Jonasz w wielorybim brzuchu trzy dni i trzy noce.
Parowiec zwolnił, zatrzymał się, zazgrzytał łańcuchem, przeciągle zabuczał. Na pokład wylegli pasażerowie, wrzeszcząc z podnieceniem w rozmaitych językach.
Czar prysł.
Rankiem okazało się, że statek rzucił kotwicę w odległości pół wiorsty od lądu – bliżej nie było można z powodu płycizny. Pół dnia tkwili bezczynnie, bo wiał silny wiatr, po obiedzie zaś, gdy tylko fale na morzu opadły, od brzegu, wściekle pracując wiosłami, oderwała się cała flotylla łodzi. Siedzieli w nich smagli ludzie z głowami omotanymi gałganami, do złudzenia przypominający morskich rozbójników.
Parowiec został błyskawicznie wzięty abordażem. Piraci wdrapali się po spuszczonym trapie i z oszałamiającą szybkością rozbiegli we wszystkie strony. Jedni chwytali pasażerów za ręce i ciągnęli ich do burty, inni przeciwnie, nie zwracali uwagi na ludzi, tylko zręcznie zarzucali sobie na ramiona toboły i walizy.
Szturman Prokofiusz Siergiejewicz, z którym Lisicyna zdążyła się zaprzyjaźnić w czasie podróży, wyjaśnił, że to taki jafski układ: monopol na rozładowywanie statków mają dwa arabskie klany tragarzy, przy czym jedni odpowiadają za ludzi, a drudzy za bagaż, i podział ten ściśle jest przestrzegany.
Baby pątniczki, pochwycone wpół żylastymi rękami, rozpaczliwie piszczały, a niektóre próbowały nawet się bronić, obdarzając bezwstydników soczystymi kuksańcami, ale nawykli do tego tragarze szczerzyli tylko zęby.
Nie minęły dwie minuty, a już pierwszy barkas, przepełniony ogłuszonymi pątnikami, odbijał od burty, tuż za nim zaś płynęła jolka, wyładowana sakwami, czajnikami i kosturami.
Następna łódź zapełniła się równie szybko.
Do Poliny Andriejewny też podbiegł spocony tubylec i chwycił ją za nadgarstek.
– Dziękuję, ja sama...
Nie dokończyła – dziarski człowiek bez wysiłku przerzucił ją sobie przez ramię i podreptał po trapie.
„Ach!" – zdołała tylko zawołać Lisicyna. W dole kołysała się i skrzyła woda. Ręce tragarza były szorstkie i zarazem zadziwiająco delikatne – trzeba było zdusić w sobie w jakiś sposób przyjemne, ale bez wątpienia grzeszne podniecenie.
Po kwadransie zawołżska pątniczka stanęła na ziemi palestyńskiej i rozłożyła ręce, starając się zachować równowagę – w ciągu dwóch tygodni odwykła od stałego lądu.
Przysłoniła dłonią oczy od oślepiającego słońca. Rozejrzała się.
Paskudna i cuchnąca
Jakże tu było brzydko!
To znaczy w małych rosyjskich miasteczkach także bywa bardzo brzydko – i ubogo, i brudno, i nieznośnie z powodu otaczającej cię nędzy, ale tam w kałużach odbija się niebo, nad zapadłymi dachami zielenią się drzewa, a pod koniec maja pachnie czeremcha. A jaki spokój! Zamkniesz oczy i tylko szelest listowia słyszysz, brzęczenie pszczół, bijące blisko dzwony.
W Jaffie zaś wszystkie bez wyjątku organy zmysłów dostarczały pątniczce samych nieprzyjemności. Oczy – dlatego że wszędzie natrafiały na stosy gnijących odpadków, rybich wnętrzności, najrozmaitszych i bynajmniej nie malowniczych łachmanów, a ponadto łzawiły od kurzu i wciąż trzeba było je mrużyć z powodu nieznośnie jaskrawego światła.
Język – dlatego że wszechobecny pył natychmiast zaczął trzeszczeć w zębach, zupełnie jakby usta wypełniał papier ścierny.
Nos – dlatego że zapach pomarańczy, który niedawno oczarował Polinę Andriejewnę, okazał się całkowitą chimerą: albo w ogóle był złudzeniem, albo nie wytrzymał rywalizacji z napływającymi zewsząd miazmatami gnicia i nieczystości.
O uszach nie ma nawet co wspominać. W porcie nikt nie mówił, wszyscy wrzeszczeli, przy tym na całe gardło. W wielogłosowym chórze górę brały osły i wielbłądy, a nad całą tą kakofonią unosił się beznadziejnie głos muezina, który, jak się wydawało, tracił nadzieję, że przypomni o Bogu całej tej wieży Babel.
Spośród wszystkich wrażeń najbardziej dokuczliwy był kontakt fizyczny, wystarczyło bowiem, aby Polina Andriejewna przeszła przez turecką komorę celną, a już w przebraną mniszkę wczepili się ze wszystkich stron żebracy, agenci hotelowi, dorożkarze. Rozeznać się, kto jest kim, było niemożliwe.