Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 34 35 36 37 38 39 40 41 42 ... 210
Перейти на страницу:

Oczy mia­ła wiel­kie, na wpół obłą­ka­ne, ze źre­ni­ca­mi skur­czo­ny­mi do czar­nych kro­pek, co w po­łą­cze­niu z twa­rzą, z któ­rej od­pły­nę­ła cała krew, nada­wa­ło jej wy­gląd wy­jąt­ko­wo upior­nej lo­do­wej rzeź­by. Trzę­sła się cała.

Na oczach Ken­ne­tha z nosa po­cie­kła jej struż­ka krwi. A po­tem z ką­ci­ków oczu. Jak­by coś wy­ci­ska­ło ją od środ­ka.

Po­chwy­cił ją, nim upa­dła, Olag i ten bar­czy­sty, po­bliź­nio­ny drą­gal po­mo­gli, ra­zem uło­ży­li dziew­czy­nę na naj­bliż­szych sa­niach.

— Co to zna­czy? Szczu­rze, co mia­ła na my­śli?! Co…

Ken­ne­tho­wi prze­rwał okrzyk zza ple­ców. Bo­re­hed biegł w ich stro­nę, jak­by ktoś po­szczuł na nie­go tu­zin psów Stra­ży.

I w tym mo­men­cie roz­legł się ogłu­sza­ją­cy ha­łas. Wbi­ja­ją­cy się w uszy i re­zo­nu­ją­cy w ko­ściach. Jak­by ja­kiś gi­gan­tycz­ny po­twór wiel­ko­ści góry za­zgrzy­tał zę­ba­mi, a oni wła­śnie sta­li na jego ję­zy­ku.

Zie­mia się po­ru­szy­ła.

Nie. Nie zie­mia.

Ken­neth wrza­snął.

— Do sań! Wszy­scy do sań! Wy­no­si­my się stąd!!!

Lód za­czął pę­kać.

Rozdział 8

— Zo­staw­my to — po­wie­dział ce­sarz z cięż­kim wes­tchnie­niem. Gen­trel­lo­wi bar­dzo nie spodo­ba­ło się to wes­tchnie­nie. Po­brzmie­wa­ła w nim nuta roz­cza­ro­wa­nia, a je­śli ktoś taki jak Kre­gan-ber-Ar­lens czu­je się roz­cza­ro­wa­ny oso­ba­mi, któ­rym za­ufał, to oso­by te bar­dzo szyb­ko tra­cą wszyst­ko.

Z wła­snym ży­ciem włącz­nie.

Znik­nię­cie ko­goś z Rady Pierw­szych, za­bój­stwo mi­strza wiel­kie­go rze­mieśl­ni­cze­go ce­chu czy gil­dii ku­piec­kiej, nie wspo­mi­na­jąc już o człon­kach bractw ma­gów albo waż­nych ka­pła­nach, mo­gło wy­wo­łać nie­złe za­mie­sza­nie. Lu­dzie o twa­rzach roz­po­zna­wal­nych przez tłu­my, twa­rzach por­tre­to­wa­nych przez zna­nych mi­strzów, rzeź­bio­nych w mar­mu­rze i od­le­wa­nych w brą­zie, byli bez­piecz­ni przez samą swo­ją roz­po­zna­wal­ność. Cza­sem znie­na­wi­dze­ni, czę­sto od­dy­cha­ją­cy po­wie­trzem prze­sy­co­nym za­wi­ścią, fał­szem i ob­łu­dą, za­wsze jed­nak po­łą­cze­ni z in­ny­mi po­tęż­ny­mi oso­ba­mi sie­cią wza­jem­nych in­te­re­sów, przy­sług i kon­tak­tów. Nie da­wa­ło się ich usu­nąć bez wzbu­dze­nia za­mie­sza­nia i spo­wo­do­wa­nia kontr­ak­cji. Kan-Owar wi­dział to już nie­raz, cza­sem na­wet nie­na­wi­dzą­ce się ko­te­rie jed­no­czy­ły siły, gdy po­czu­ły wspól­ne za­gro­że­nie.

W cza­sie woj­ny było ła­twiej. Wo­bec gro­zy, jaką wzbu­dza­ły przy­no­szo­ne ze wscho­du wie­ści o okru­cień­stwie ko­czow­ni­czej hor­dy, wła­dza ce­sa­rza, a tym sa­mym wła­dza jego za­ufa­nych lu­dzi, była nie­pod­wa­żal­na. Na­wet naj­po­tęż­niej­si człon­ko­wie Rady Pierw­szych, jak ksią­żę wer-Aha­syr, wie­dzie­li, że wy­star­czy, iż ce­sarz wska­że ich pa­ła­ce i krzyk­nie „zdraj­cy”, a roz­hi­ste­ry­zo­wa­na tłusz­cza zro­bi swo­je. Mil­cze­li więc i po­pie­ra­li każ­dy ce­sar­ski edykt. Te­raz jed­nak wie­le się zmie­ni­ło i Nora mu­sia­ła dzia­łać o wie­le sub­tel­niej niż kie­dyś.

To jed­nak nie do­ty­czy­ło nich sa­mych. Oni, lu­dzie bez twa­rzy, nie mie­li ta­kiej ochro­ny. Sam Gen­trell zna­ny był więk­szo­ści są­sia­dów jako nie­zbyt bo­ga­ty, choć nie­źle so­bie ra­dzą­cy szlach­cic z za­chod­nie­go Bo­shan­du, nie­żo­na­ty i bez­dziet­ny, co cza­sem owo­co­wa­ło za­baw­ny­mi pod­cho­da­mi miej­sco­wych swa­tek. Nie miał ro­dzeń­stwa, mat­ka zmar­ła przed woj­ną, oj­cem opie­ko­wa­ła się, za spo­rą opła­tą, jed­na z od­le­głych ku­zy­nek. Gdy­by te­raz, w tej chwi­li do kom­na­ty we­szło kil­ku lu­dzi i po­wle­kło go do lo­chów – albo na szu­bie­ni­cę – nikt z są­sia­dów ani nie­licz­nych zna­jo­mych nie wsz­czął­by alar­mu. Szla­chet­ny Gen­trell-kan-Owar wy­ru­szył do sto­li­cy pro­win­cji w in­te­re­sach, nie­ste­ty, w jed­nym z za­jaz­dów za­dła­wił się ością i zmarł. Ma­ją­tek przej­mą wie­rzy­cie­le i dal­sza ro­dzi­na.

Oba wy­wia­dy były po­tęż­ne, ale ich ko­ro­ny zdo­bi­ły wy­jąt­ko­wo kru­che klej­no­ty.

Po­szu­kał wzro­kiem Pierw­sze­go. Luwo wy­cią­gnął swo­je szli­fo­wa­ne szkieł­ka i przy­glą­dał im się z taką uwa­gą, jak­by trzy­mał je w ręku pierw­szy raz. Czy on też to po­czuł? Wła­sną śmier­tel­ność?

— Zo­staw­my to — po­wtó­rzył ce­sarz. — Mała Key’la jest tyl­ko jed­ną z ko­ści to­czą­cych się po sto­le. Szczu­ry i ta kom­pa­nia Gór­skiej Stra­ży mają ją od­szu­kać i do­star­czyć do sto­li­cy. Żywą. Nie uznam po­raż­ki w tej spra­wie, nie prze­łknę wy­ja­śnie­nia, że nie uda­ło się jej zna­leźć albo za­cho­ro­wa­ła i zmar­ła wam po dro­dze. Je­śli twier­dzi­cie, że ona żyje, chcę ją zo­ba­czyć żywą i w do­brym zdro­wiu. Sko­ro po­dej­mu­je­cie sami de­cy­zje o tak waż­nych spra­wach, weź­mie­cie też na bar­ki cię­żar nie­po­wo­dze­nia. Do cie­bie mó­wię, Luwo. To two­ja oso­bi­sta od­po­wie­dzial­ność. Ro­zu­miesz?

— Tak, Wa­sza Wy­so­kość.

Szpieg ski­nął gło­wą, wy­pro­sto­wał się i pra­wie za­sa­lu­to­wał. Szkieł­ka gdzieś zni­kły z jego dło­ni, a twarz stra­ci­ła roz­ko­ja­rzo­ny, ga­po­wa­ty wy­raz. Gen­trell wie­dział, że gdy tyl­ko opusz­czą tę kom­na­tę, cała po­tę­ga Szczu­rzej Nory zgro­ma­dzo­na na Pół­no­cy zo­sta­nie skie­ro­wa­na na tę prze­łęcz i tych żoł­nie­rzy. Je­śli bę­dzie trze­ba, Pierw­szy wy­śle z nimi w Mrok nie jed­ną, lecz pięć­dzie­siąt bo­jo­wych dru­żyn i wszyst­kich ma­gów, ja­kich ma. A może na­wet kil­ka puł­ków woj­ska.

Oso­bi­sta od­po­wie­dzial­ność. Te sło­wa roz­ci­na­ły ży­cie szpie­ga na po­ło­wy. Po jed­nej stro­nie na­gro­da i za­szczy­ty, po dru­giej zim­ny dół wy­ko­pa­ny w zie­mi. Żad­nych pół­cie­ni i niu­an­sów.

Kre­gan-ber-Ar­lens od­wró­cił się ku po­łu­dnio­we­mu krań­co­wi pła­sko­rzeź­by.

— Te­raz po­łu­dnie. Da­le­kie Po­łu­dnie. Nora wy­sła­ła tam La­skol­ny­ka bez kon­sul­ta­cji ze mną. To źle, ale sta­ło się. Na wszel­ki wy­pa­dek przy­go­tu­je­cie mu dro­gę od­wro­tu. Ilu cza­row­ni­ków po­trze­ba, by prze­rzu­cić go przez pu­sty­nię? Naj­szyb­ciej jak się da.

Py­ta­nie za­wi­sło w po­wie­trzu, bo nikt nie wie­dział, do kogo było skie­ro­wa­ne. Usta ce­sa­rza wy­gię­ły się w lek­kim uśmie­chu.

— Umów­my się, że na ta­kie py­ta­nia bę­dzie od­po­wia­dał Trze­ci. Ma opi­nię Szczu­ra z li­czy­dłem w gło­wie. Mów.

Gen­trell już kal­ku­lo­wał.

— Mię­dzy po­łu­dnio­wą gra­ni­cą Im­pe­rium a Ma­gar­ha­mi, któ­re od­dzie­la­ją Bia­łe Ko­no­we­ryn od pu­sty­ni, jest ja­kieś ty­siąc trzy­sta mil. Nie­ste­ty, nie ma do­kład­nych map tam­tych ziem. Naj­lep­si cza­ro­dzie­je po­tra­fią otwo­rzyć por­tal dla jed­nej oso­by na od­le­głość oko­ło stu mil. Bez­piecz­ny por­tal, oczy­wi­ście. Ale oazy i źró­dła nie są na pu­sty­ni roz­sia­ne w li­nii pro­stej, a i od­le­gło­ści mię­dzy nimi nie są rów­ne. Dwa tu­zi­ny ma­gów, je­śli bę­dzie­my chcie­li prze­rzu­cić ge­ne­ra­ła w je­den dzień. Tra­sa musi się du­blo­wać w naj­nie­bez­piecz­niej­szych miej­scach.

1 ... 34 35 36 37 38 39 40 41 42 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)