Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Czas żyć czas zabijać
Czas żyć czas zabijać - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Czas żyć czas zabijać

Электронная книга - «Czas żyć czas zabijać». Краткое содержание книги:

Czas żyć czas zabijać
1 ... 38 39 40 41 42 43 44 45 46 ... 111
Перейти на страницу:

Nie dogadają się. Tyle Koharow już wiedział.

Bakly nagle rozsupłał rzemień i jednym ruchem wytrząsnął klejnot na ziemię.

Koharow syknął i cofnął się o parę kroków. W mgnieniu oka wyrosło przed nim ryczące tornado mocy. Wyglądający jak dziecięcy bąk odwrócony stożek szaleńczo wirującej, niepojętej substancji rósł szybko wzwyż i wszerz, a jego grot unosił się o kilka centymetrów nad artefaktem. Spowodowany rotacją mocy wiatr wzmagał się z każdą chwilą i Koharow zaczął się obawiać, że jeszcze moment i wessie go do środka. Z trzaskiem ułamały się pierwsze gałęzie i zniknęły w wirze, którego magia posilała się energią otoczenia, którą wchłaniała coraz szybciej i z coraz większą siłą. Tornado naginało już całe drzewa, było również coraz grubsze u podstawy. Koharow oczami wyobraźni ujrzał nagle gigantyczny wir, który pożera całą oazę, a potem rośnie i rośnie, aż rozrywa niebo…

Cisza. Tuman zniknął pod mieszkiem, którym Bakly nakrył kamień. Musiał przecież być w zasięgu tornada, uświadomił sobie Koharow. Pierś olbrzyma unosiła się w ciężkim oddechu, a jego ciało nabrało jakiegoś takiego kamiennego wyglądu. Koharowowi wydawało się, że przypominał prędzej granitowy posąg niż człowieka z krwi i kości. Nawet ziemia jakby ustępowała pod jego ciężarem. Po chwili jednak wrażenie to uleciało i znów stał przed nim niezwykłych rozmiarów, ale jednak człowiek.

- Przekonaliście mnie - westchnął ciężko Koharow, wciąż porażony niszczącą mocą artefaktu.

Ustąpił z drogi, jego ludzie poszli za jego przykładem.

Kiedy dwie godziny później z oazy wyruszała karawana stanowiąca zbieraninę wojskowych i mieszkańców oazy, zaraz za bramą w niedokończonym murze minęli wznoszącą się na drodze mogiłę usypaną z głazów, które nawet dwóch ludzi miałoby problemy poruszyć.

- Idą dalej na południe, w pustynię - powiedział ponuro czarodziej i z podręcznego bukłaka nalał sobie wody do pucharu. Słaby wiatr podnosił pustynny pył i sprawiał, że zarówno jedzenie, jak i napitek skrzypiały w zębach. W opuszczonych domach, które z pewnością zapewniłyby im większe wygody, nie odważyli się jednak zakwaterować. W nich pewnie czekały ich kolejne nieprzyjemne niespodzianki.

Coverfly napił się również.

- Dopilnujcie, żeby już nikt więcej się nie połakomił na wodę - warknął do Frama i Hoovery’ego.

Stracili czterech ludzi - zwiad idący przodem i mający za zadanie rozpoznanie terenu. Kiedy dotarli do opustoszałej oazy, widok świeżej wody w jeziorku tak ich rozochocił, że nie zwrócili uwagi ani na pływające brzuchami do góry ryby, ani na inną, zgromadzoną przy brzegach drobną padlinę.

- Zagrywają ostro i mają ku temu odpowiednie środki - powiedział głośno Coverfly. - Jak daleko ujechali?

- Kilka dni przed nami - odpowiedział Evan. - Pięć, może sześć, nie więcej.

Po ostatniej aktywacji mocy Czerwonej Gwiazdy jego zdolność wyczuwania artefaktu znacznie się polepszyła.

- W tamtą stronę jest już tylko pustynia, nic z tego nie rozumiem. - Coverfly kręcił głową. - Dokąd oni jadą, do jasnej cholery?

- Nie wiem. Może rzeczywiście starają się po prostu wywieźć Gwiazdę poza nasz zasięg? - odpowiedział mu czarodziej rozdrażnionym tonem.

Podróż przez pustynię odcisnęła na młodzieńcu swe piętno. Spalone oblicze, ręce pozdzierane od kamieni, kiedy w co cięższych miejscach musieli zsiadać z koni i udrażniać szlak, stwardniała skóra i sieć nowych zmarszczek spowodowanych odwodnieniem, przed którym nikt nie był w stanie się ochronić bez względu na to, jak wielkie mieli ze sobą zapasy wody.

Do domu wszedł Hoovery. W odróżnieniu od swego dowódcy i czarodzieja sprawiał wrażenie, jakby mu cała ta pustynna wyprawa przypadła do gustu i rozkoszował się każdą jej chwilą. Oczy mu się skrzyły, skłębiona, gęsta broda była szara od pyłu.

- Konie już długo nie pociągną. Albo będziemy musieli dalej iść pieszo, albo musimy zredukować oddział - oznajmił z nieledwie wesołą nutą w głosie.

Coverfly zgrzytnął zębami. Gdyby nie to, że jego przyboczny był aż tak oddany i użyteczny, już dawno by się go pozbył.

- Doślą nam jakieś z tyłu - nie zgodził się.

Ze skrajem pustyni łączył ich łańcuch prowizorycznych obozów, wzdłuż którego bezustannie poruszały się wahadłowo karawany dowożące im wodę i resztę potrzebnego zaopatrzenia. Ta utrzymująca ich przy życiu pępowina kosztowała połowę jego ludzi. Jeśli mają zapuścić się jeszcze dalej, będzie musiał przerzedzić załogi, osłabić ochronę. Taki na przykład Trimitri mógłby wtedy z łatwością zlikwidować jedno ogniwo i tym samym skazać ich wszystkich na niechybną śmierć. Coverfly mocniej ścisnął puchar i pociągnął porządny łyk, chociaż pić wcale już mu się nie chciało.

Na czoło, potylicę i pierś natychmiast wystąpił mu pot. Działo się tak za każdym razem, kiedy się napił. Spojrzał na czarodzieja. Tego żadne kwestie praktyczne nie interesowały. Fanatycznie tylko gonił za tą swoją Czerwoną Gwiazdą. Przeklęty kamień, pomyślał Coverfly, niechby go diabli wzięli. Przestał już liczyć na to, że cała ta akcja pomoże mu zyskać lepszą pozycję wśród arystokracji. Mając do dyspozycji całą armię, w dalszym ciągu nie zdołał schwytać bandy obdartusów.

Coraz częściej myślał o tym, że będzie bardzo szczęśliwy, jeśli po prostu uda mu się przeżyć.

- Już teraz ślą nam konie z terenów oddalonych od pustyni. Są nieprzyzwyczajone do tych warunków i prawdę powiedziawszy, do niczego. Połowa padnie, zanim tu w ogóle dotrze - powiedział Hoovery, jakby zupełnie nie zauważył długiej przerwy w rozmowie.

- No to co z tymi Jeźdźcami? Robią coś w ogóle? - Coverfly spytał z irytacją czarodzieja.

- Trzymają się tuż za nimi - wyjawił Evan. - W ciągu godzin może być po wszystkim.

- Nie zaatakują, dopóki nie będą mieli absolutnej pewności, że mają wygraną na talerzu. - Hoovery wyszczerzył zęby w uśmiechu. - A właśnie, byłbym zapomniał, z czym przyszedłem. - Zniknął za drzwiami, po czym wrócił z beczułką wina. - Może nie zatrute? - Zaśmiał się, wybijając szpunt, obrócił beczułkę i nalał sobie do kielicha. - Równie dobrze mogą zaatakować wcześniej, w momencie kiedy ocenią, że czekając dalej, nie zyskają tyle wody, aby im wystarczyła na drogę powrotną.

Coverfly przyglądał się swojemu przybocznemu, jak ten pije wino. Jeśli będzie zatrute, przynajmniej się go pozbędę, pomyślał. Aczkolwiek na tyle szczęścia nie ma pewnie co liczyć. On sam pozwoli sobie najwyżej na jeden łyk. Dwóch ludzi, którzy pofolgowali sobie z własnymi zapasami czegoś mocniejszego, następnego dnia jeszcze przed południem było martwych. Alkohol i zabójcze słońce nie idą za dobrze w parze.

- Ha! To nawet nie jest wino! Takie gęste, słodkie i pachnące, zupełnie jak baba. Już to wystarczy za dobry powód, żeby się tu tłuc.

Hoovery oblizał wargi i nalał sobie kolejny kielich. To jest zwyczajny szaleniec i jeśli nie zacznie się zachowywać normalnie, zabiję go sam, postanowił Coverfly. Po chwili się jednak opamiętał. Upał i odpowiedzialność go wykańczały, musiał się mieć na baczności przed pustynnym amokiem. Bardziej niż ktokolwiek inny.

- Znaleźliśmy kilku ludzi! Schowali się w piwnicy, nie chcieli iść z tamtymi - zabrzmiał z korytarza głos Frama.

- Ja ich wezmę! - zareagował natychmiast czarodziej. - Potrzebuję wozy z moim ekwipunkiem, natychmiast!

- Dojadą dopiero z rana. Te wasze klamoty są cholernie ciężkie, same zwierzęta by nie uciągnęły, całą drogę muszą im ludzie pomagać - odparł Hoovery niewzruszenie. Wyciągnął się na krześle, z nogami bezceremonialnie położonymi na stole. Kielich z winem postawił sobie na brzuchu. Wyglądał, jakby mu już nic innego do szczęścia nie brakowało. - Częstuj się, znakomite jest. - Pokazał Framowi beczułkę.

1 ... 38 39 40 41 42 43 44 45 46 ... 111
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)