Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Czas żyć czas zabijać
Czas żyć czas zabijać - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Czas żyć czas zabijać

Электронная книга - «Czas żyć czas zabijać». Краткое содержание книги:

Czas żyć czas zabijać
1 ... 34 35 36 37 38 39 40 41 42 ... 111
Перейти на страницу:

- To będzie wymagało wiele czasu i energii - sprzeciwił się czarodziej.

- I ludzi - zgodził się z nim Coverfly. - Każdy z tych obozów musi być obsadzony i dobrze chroniony. Wystarczy, że nieprzyjaciel przerwie choć jedno ogniwo tego łańcucha i znajdziemy się w poważnych kłopotach. Tak się jednak nie stanie. Czerwona Gwiazda już jest nasza, i to bez używania magii i… - „tych wszystkich głupich idiotyzmów”, chciał dodać, ale ugryzł się w porę w język.

- Więc jak to jest możliwe, że ci, których ścigamy, obchodzą się bez tego całego zaplecza? - dociekał Evan z ledwie tylko skrywaną ironią.

- Nie wiem - wyznał z rozbrajającą szczerością Coverfly. - Może po prostu szukają śmierci?

- Ten szlak to jakiś koszmar! Od świtu do zmierzchu robimy nie więcej niż jakieś pięć, sześć kilometrów - skarżył się z ponurą miną Craig. - Wygląda, jakby go ktoś naumyślnie zniszczył.

Już czwarty dzień posuwali się mozolnie drogą, która początkowo miała im zająć jeden, najwyżej półtora dnia.

- Dokładnie tak - zgodził się z jego obserwacją Koharow.

Dowódca najemników spojrzał na niego zaskoczony.

- Osobiście stawiałbym na mieszkańców Hutskiej. Wygląda na to, że odcięli się od reszty świata i mają nadzieję przeczekać, aż się to wszystko uspokoi.

- Odcięli się? - nie rozumiał Craig. - Ale po co? Niby w czym im to ma pomóc?

Słońce nad głowami prażyło niemiłosiernie i gdyby nie to, że znajdowali się w cieniu stromego występu wyrastającego z dna jaru, do którego musieli zjechać z powodu zawalonego mostu, zażywaliby teraz sjesty. Do tego musieli się dobrze przykładać do roboty, pchając wozy pod górę.

Mężczyzna wspomagający jedno z przednich kół nagle padł bezwładnie na ziemię. Koharow zaklął i skoczył zająć jego miejsce, zanim wóz stoczy się, gruchocząc kości leżącego, ale dwóch mężczyzn, którzy akurat mieli przerwę, było szybszych.

- Kolejny udar - mruknął Sierżant. - Zaczynamy się sypać.

- A wody nam przecież nie brakuje - odpowiedział najemnikowi Koharow, kiedy wreszcie zjechali na dno parowu, gdzie zarówno oni, jak i biedny, zmachany koń mogli wreszcie złapać oddech. - A teraz wyobraźcie sobie, że nie przygotowaliśmy się na nieoczekiwane opóźnienia. Zwalone mosty, ścieżki przysypane przez osuwiska albo w ogóle zniszczone. To wszystko kosztuje przecież czas, wysiłek, no i wodę. Kiedy się wreszcie dowleczecie do oazy, o ile w ogóle uda wam się tam dotrzeć, nie stanowicie dla miejscowych większego zagrożenia niż talerz zimnych zakąsek.

- Ale to w takim razie oznacza, że każdy podróżny, który liczył na łatwą przeprawę, może tutaj zwyczajnie zginąć! - wykrzyknął zszokowany Craig, ocierając czoło chustą, która bardziej przypominała kawałek brudnej ścierki niż elegancki spłachetek haftowanego jedwabiu, jakim jeszcze niedawno była.

- Niejedna oaza padła ofiarą oddziałów dokładnie takich jak nasz - odpowiedział beznamiętnie Koharow. - A poza tym tylko skończony idiota liczy na łatwą przeprawę. Zwłaszcza w dzisiejszych czasach.

Przesłonił oczy przed blaskiem słońca odbijającym się od okolicznych skał i spojrzał ku górze.

- No to z krzyża, panowie. Bakly już jest na górze.

- Mógłby nam oddać tego konia i wciągnąć tamten wóz sam - wymruczał najemnik, na co Sierżant tylko pokazał zęby w uśmiechu.

Kolejną godzinę zajęło im, zanim na górę dostał się trzeci, najcięższy wóz. Wszyscy rozsiedli się, gdzie tylko udało im się znaleźć trochę rzucanego przez głazy cienia, i tępo spoglądali przed siebie. Przez to, że w dalszym ciągu nie oszczędzali wody i każdy mógł podczas postojów pić do syta, Koharow czuł, jak słoneczny żar go wysusza, a krew gęstnieje mu w żyłach. Na głębinie będzie gorzej. Znacznie gorzej. Rozejrzał się po martwej pustyni i poczuł, jak część tej pustki zagnieżdża się w jego sercu. Widząc, jak zachowują się pozostali, zgadywał, że czuli się podobnie.

- Nie ma sensu już dziś robić popasu, słońce i tak zaraz zajdzie - odezwał się Bakly i wstał jako pierwszy.

Ktoś jęknął. Koharow z trudem uniósł się na nogi. Musiał włożyć sporo wysiłku, aby stanąć wyprostowanym.

- Jak dobrze pójdzie, przed wieczorem będziemy w Hutskiej - powiedział głośno tak, aby go każdy dobrze słyszał. Sam w to jednak nie wierzył. Jak do tej pory posuwali się naprzód coraz wolniej i wolniej i każdego dnia pokonywali mniejszy dystans, niż planowali dnia poprzedniego.

- Byłby z ciebie niezły podoficer - uśmiechnął się krzywo Sierżant, po czym sam krzyknął na swoich ludzi: - No dalej, ruszać się, do cholery! Jesteście bandą tłustodupych paniczyków czy na coś was jednak stać?!

Powoli ruszyli dalej. Toczące się mozolnie koła mełły piach, który mieszał się z potem na twarzach, pokrywając je warstwą szarego, pyłowego pudru.

Koharow uzmysłowił sobie w pewnym momencie, że nogi niosą go zupełnie mechanicznie, podczas gdy umysłem błądzi zupełnie gdzie indziej. Była to jedna z nieomylnych oznak zmęczenia. W takim transie człowiek mógł czasem pokonać całe kilometry, zanim się orientował, dokąd tak naprawdę idzie. Bywało w takich przypadkach, że na stracenie.

- Patrzcie, drzewo - powiedział ktoś z nabożnym zachwytem w głosie.

Czoło karawany zatrzymało się przed pokurczonym iglakiem. Tylko ostatnich kilka gałązek wskazywało, że jeszcze tliło się w nim jakieś życie.

- A tam rosną jakieś krzaki - wskazał ktoś kawałek dalej.

- Oaza musi już być niedaleko - skonstatował Craig.

- Bierzcie się w garść! Wozy ciasno do siebie, otoczyć je kordonem! - wykrzykiwał rozkazy Sierżant. Nikt nie protestował, posłuchali nawet najemnicy.

Ruszyli znów przed siebie. Podążali teraz prawdziwą drogą z widocznymi koleinami. Kilka chwil później ich oczom ukazał się pierwszy kanał nawadniający, a za nim pole obsadzone pokręconymi krzewami winorośli. Za nimi widać już było palmy i drzewa. Po dniach spędzonych w jałowej pustyni widok ten wydawał im się prawdziwym cudem. Karawana zwolniła, aż stanęła całkiem.

- Wody mają pod dostatkiem, a od czasu, kiedy przestały ją czerpać okoliczne oazy, nawet więcej niż normalnie - powiedział z zawiścią jeden z ludzi Koharowa.

- No dalej, jedziemy, jedziemy, do cholery jasnej! - krzyknął na nich Sierżant.

Bakly kroczył dalej przed siebie jednostajnym tempem i do tego czasu zdążył się już solidnie oddalić.

Koharow oderwał wzrok od uprawnych pól. Uświadomił sobie nagle jedną, zaskakującą rzecz. Jeżeli wytrzyma z mieczem w ręce i zabójczym słońcem nad głową jeszcze kilka lat, aż dokona tego, co sobie zamierzył, wróci na rolę. Zieleń, zapach świeżej ziemi i możliwość starania się o nią własnymi rękoma wydały mu się atrakcyjne jak nigdy dotąd.

Widział, jak zszokowani byli najemnicy widokiem zielonej wyspy w morzu popękanych głazów i morderczego żaru. Rozglądając się, doceniał wyrafinowany system irygacyjny, to jak był ocieniony i z jaką nabożną pieczołowitością ktoś pousuwał z kanałów wszystkie kamienie i poukładał je w schludne stosy.

Ujechali jeszcze dobry kilometr, zanim dostrzegli mur. Kamienny mur, zza którego wyglądały domy z równymi dachami. Już na pierwszy rzut oka stało się widoczne, że jest wciąż w budowie, a z porozrzucanych tu i ówdzie narzędzi domyślił się, że pracowano tu całkiem niedawno. Miejscowych czekało jeszcze sporo pracy, bo mur był dość niski i z pewnością nie potrafiłby zapewnić żadnej obrony przed najazdem. Nawet brama nie została nadal obsadzona. Do jej wykonania musiano użyć drewna z miejscowego, wypielęgnowanego gaju. Sam materiał musiał tu być na wagę złota.

1 ... 34 35 36 37 38 39 40 41 42 ... 111
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)