Czas żyć czas zabijać
- Автор: Жамбох Мирослав
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: Fabryka Słów
- ISBN: 9788375748017
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Czas żyć czas zabijać». Краткое содержание книги:
- To będzie wymagało wiele czasu i energii - sprzeciwił się czarodziej.
- I ludzi - zgodził się z nim Coverfly. - Każdy z tych obozów musi być obsadzony i dobrze chroniony. Wystarczy, że nieprzyjaciel przerwie choć jedno ogniwo tego łańcucha i znajdziemy się w poważnych kłopotach. Tak się jednak nie stanie. Czerwona Gwiazda już jest nasza, i to bez używania magii i… - „tych wszystkich głupich idiotyzmów”, chciał dodać, ale ugryzł się w porę w język.
- Więc jak to jest możliwe, że ci, których ścigamy, obchodzą się bez tego całego zaplecza? - dociekał Evan z ledwie tylko skrywaną ironią.
- Nie wiem - wyznał z rozbrajającą szczerością Coverfly. - Może po prostu szukają śmierci?
- Ten szlak to jakiś koszmar! Od świtu do zmierzchu robimy nie więcej niż jakieś pięć, sześć kilometrów - skarżył się z ponurą miną Craig. - Wygląda, jakby go ktoś naumyślnie zniszczył.
Już czwarty dzień posuwali się mozolnie drogą, która początkowo miała im zająć jeden, najwyżej półtora dnia.
- Dokładnie tak - zgodził się z jego obserwacją Koharow.
Dowódca najemników spojrzał na niego zaskoczony.
- Osobiście stawiałbym na mieszkańców Hutskiej. Wygląda na to, że odcięli się od reszty świata i mają nadzieję przeczekać, aż się to wszystko uspokoi.
- Odcięli się? - nie rozumiał Craig. - Ale po co? Niby w czym im to ma pomóc?
Słońce nad głowami prażyło niemiłosiernie i gdyby nie to, że znajdowali się w cieniu stromego występu wyrastającego z dna jaru, do którego musieli zjechać z powodu zawalonego mostu, zażywaliby teraz sjesty. Do tego musieli się dobrze przykładać do roboty, pchając wozy pod górę.
Mężczyzna wspomagający jedno z przednich kół nagle padł bezwładnie na ziemię. Koharow zaklął i skoczył zająć jego miejsce, zanim wóz stoczy się, gruchocząc kości leżącego, ale dwóch mężczyzn, którzy akurat mieli przerwę, było szybszych.
- Kolejny udar - mruknął Sierżant. - Zaczynamy się sypać.
- A wody nam przecież nie brakuje - odpowiedział najemnikowi Koharow, kiedy wreszcie zjechali na dno parowu, gdzie zarówno oni, jak i biedny, zmachany koń mogli wreszcie złapać oddech. - A teraz wyobraźcie sobie, że nie przygotowaliśmy się na nieoczekiwane opóźnienia. Zwalone mosty, ścieżki przysypane przez osuwiska albo w ogóle zniszczone. To wszystko kosztuje przecież czas, wysiłek, no i wodę. Kiedy się wreszcie dowleczecie do oazy, o ile w ogóle uda wam się tam dotrzeć, nie stanowicie dla miejscowych większego zagrożenia niż talerz zimnych zakąsek.
- Ale to w takim razie oznacza, że każdy podróżny, który liczył na łatwą przeprawę, może tutaj zwyczajnie zginąć! - wykrzyknął zszokowany Craig, ocierając czoło chustą, która bardziej przypominała kawałek brudnej ścierki niż elegancki spłachetek haftowanego jedwabiu, jakim jeszcze niedawno była.
- Niejedna oaza padła ofiarą oddziałów dokładnie takich jak nasz - odpowiedział beznamiętnie Koharow. - A poza tym tylko skończony idiota liczy na łatwą przeprawę. Zwłaszcza w dzisiejszych czasach.
Przesłonił oczy przed blaskiem słońca odbijającym się od okolicznych skał i spojrzał ku górze.
- No to z krzyża, panowie. Bakly już jest na górze.
- Mógłby nam oddać tego konia i wciągnąć tamten wóz sam - wymruczał najemnik, na co Sierżant tylko pokazał zęby w uśmiechu.
Kolejną godzinę zajęło im, zanim na górę dostał się trzeci, najcięższy wóz. Wszyscy rozsiedli się, gdzie tylko udało im się znaleźć trochę rzucanego przez głazy cienia, i tępo spoglądali przed siebie. Przez to, że w dalszym ciągu nie oszczędzali wody i każdy mógł podczas postojów pić do syta, Koharow czuł, jak słoneczny żar go wysusza, a krew gęstnieje mu w żyłach. Na głębinie będzie gorzej. Znacznie gorzej. Rozejrzał się po martwej pustyni i poczuł, jak część tej pustki zagnieżdża się w jego sercu. Widząc, jak zachowują się pozostali, zgadywał, że czuli się podobnie.
- Nie ma sensu już dziś robić popasu, słońce i tak zaraz zajdzie - odezwał się Bakly i wstał jako pierwszy.
Ktoś jęknął. Koharow z trudem uniósł się na nogi. Musiał włożyć sporo wysiłku, aby stanąć wyprostowanym.
- Jak dobrze pójdzie, przed wieczorem będziemy w Hutskiej - powiedział głośno tak, aby go każdy dobrze słyszał. Sam w to jednak nie wierzył. Jak do tej pory posuwali się naprzód coraz wolniej i wolniej i każdego dnia pokonywali mniejszy dystans, niż planowali dnia poprzedniego.
- Byłby z ciebie niezły podoficer - uśmiechnął się krzywo Sierżant, po czym sam krzyknął na swoich ludzi: - No dalej, ruszać się, do cholery! Jesteście bandą tłustodupych paniczyków czy na coś was jednak stać?!
Powoli ruszyli dalej. Toczące się mozolnie koła mełły piach, który mieszał się z potem na twarzach, pokrywając je warstwą szarego, pyłowego pudru.
Koharow uzmysłowił sobie w pewnym momencie, że nogi niosą go zupełnie mechanicznie, podczas gdy umysłem błądzi zupełnie gdzie indziej. Była to jedna z nieomylnych oznak zmęczenia. W takim transie człowiek mógł czasem pokonać całe kilometry, zanim się orientował, dokąd tak naprawdę idzie. Bywało w takich przypadkach, że na stracenie.
- Patrzcie, drzewo - powiedział ktoś z nabożnym zachwytem w głosie.
Czoło karawany zatrzymało się przed pokurczonym iglakiem. Tylko ostatnich kilka gałązek wskazywało, że jeszcze tliło się w nim jakieś życie.
- A tam rosną jakieś krzaki - wskazał ktoś kawałek dalej.
- Oaza musi już być niedaleko - skonstatował Craig.
- Bierzcie się w garść! Wozy ciasno do siebie, otoczyć je kordonem! - wykrzykiwał rozkazy Sierżant. Nikt nie protestował, posłuchali nawet najemnicy.
Ruszyli znów przed siebie. Podążali teraz prawdziwą drogą z widocznymi koleinami. Kilka chwil później ich oczom ukazał się pierwszy kanał nawadniający, a za nim pole obsadzone pokręconymi krzewami winorośli. Za nimi widać już było palmy i drzewa. Po dniach spędzonych w jałowej pustyni widok ten wydawał im się prawdziwym cudem. Karawana zwolniła, aż stanęła całkiem.
- Wody mają pod dostatkiem, a od czasu, kiedy przestały ją czerpać okoliczne oazy, nawet więcej niż normalnie - powiedział z zawiścią jeden z ludzi Koharowa.
- No dalej, jedziemy, jedziemy, do cholery jasnej! - krzyknął na nich Sierżant.
Bakly kroczył dalej przed siebie jednostajnym tempem i do tego czasu zdążył się już solidnie oddalić.
Koharow oderwał wzrok od uprawnych pól. Uświadomił sobie nagle jedną, zaskakującą rzecz. Jeżeli wytrzyma z mieczem w ręce i zabójczym słońcem nad głową jeszcze kilka lat, aż dokona tego, co sobie zamierzył, wróci na rolę. Zieleń, zapach świeżej ziemi i możliwość starania się o nią własnymi rękoma wydały mu się atrakcyjne jak nigdy dotąd.
Widział, jak zszokowani byli najemnicy widokiem zielonej wyspy w morzu popękanych głazów i morderczego żaru. Rozglądając się, doceniał wyrafinowany system irygacyjny, to jak był ocieniony i z jaką nabożną pieczołowitością ktoś pousuwał z kanałów wszystkie kamienie i poukładał je w schludne stosy.
Ujechali jeszcze dobry kilometr, zanim dostrzegli mur. Kamienny mur, zza którego wyglądały domy z równymi dachami. Już na pierwszy rzut oka stało się widoczne, że jest wciąż w budowie, a z porozrzucanych tu i ówdzie narzędzi domyślił się, że pracowano tu całkiem niedawno. Miejscowych czekało jeszcze sporo pracy, bo mur był dość niski i z pewnością nie potrafiłby zapewnić żadnej obrony przed najazdem. Nawet brama nie została nadal obsadzona. Do jej wykonania musiano użyć drewna z miejscowego, wypielęgnowanego gaju. Sam materiał musiał tu być na wagę złota.