Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Czas żyć czas zabijać
Czas żyć czas zabijać - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Czas żyć czas zabijać

Электронная книга - «Czas żyć czas zabijać». Краткое содержание книги:

Czas żyć czas zabijać
1 ... 35 36 37 38 39 40 41 42 43 ... 111
Перейти на страницу:

Panująca cisza była aż przygnębiająca i Koharowowi przemknęło przez myśl, że może to zasadzka. Zachwycanie się zielenią sprawiło, że zapomniał o ostrożności. Spojrzał na Sierżanta, który tylko skinął głową porozumiewawczo, po czym bez słowa wskazał na potencjalne kryjówki, gdzie mogli się czaić przeciwnicy. Jego druga dłoń spoczywała w pełnej gotowości na rękojeści miecza. Koharow uniósł rękę, wyprostował palec wskazujący i środkowy. Jego ludzie natychmiast zaczęli nakładać cięciwy na łuki. Oaza ich wszystkich napełniła fałszywym poczuciem bezpieczeństwa. I tylko Bakly szedł dalej, wydawałoby się zupełnie beztrosko.

Oszalał? A co, jeśli zasypie go grad strzał? Co, jeśli wyskoczy na niego pięćdziesięciu chłopa? Od nieukończonej bramy dzieliło Baklego już tylko jakichś dziesięć kroków.

Druga ewentualność okazała się tą właściwą.

Zaskrzypiał piach, z cienia wynurzyły się trzy postaci i ruszyły naprzeciw samotnemu mężczyźnie. Z ociąganiem podążyły za nimi kolejne.

Najszybszy okazał się wysoki, potężnie zbudowany mężczyzna z siekierą na długim stylisku, który postanowił zaatakować Baklego jeden na jednego. Koharow zdołał tylko zarejestrować malującą się na jego twarzy furię i błysk ostrza trzymanego po prawej, przy ziemi. Uniesienie topora w górę do ciosu zajęło mu mniej niż mgnienie oka. Zasięg broni też budził respekt. Dwaj biegnący za nim uzbrojeni byli w miecze lub szable, z daleka trudno było rozpoznać. Jednak pierwszy, decydujący atak będzie należał do topornika, Koharow nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości. Szybki, skoncentrowany, bez skrupułów, zdecydowany. Jak berserker. Myślący i kalkulujący berserker. Może i brzmiało to paradoksalnie, ale Koharow widział już w życiu paru takich. Pustynia potrafiła z ludźmi robić i jeszcze dziwniejsze rzeczy.

- Nie strzelać! - krzyknął do swoich ludzi, żeby przypadkiem nie trafili Baklego. Sam tymczasem rzucił się do walki, chronić plecy Baklego, na wypadek gdyby tamci zdołali go otoczyć.

Ostrze siekiery świsnęło w powietrzu, Bakly z doskonałym wyczuciem zgrał się z przeciwnikiem i błyskawicznym obrotem ustawił się plecami do niego. Płynnym ruchem uchwycił obiema rękami stylisko topora, zmienił nieznacznie tor lotu ostrza, a swojego przeciwnika dosłownie owinął wokół siebie. Tamten nie zdążył zareagować. Zatoczył krótkie salto i wylądował plecami na ubitym piachu. Ułamek sekundy później ostrze jego własnej siekiery rozłupało mu klatkę piersiową i zniknęło głęboko między żebrami.

„Uwaga!” - chciał krzyknąć Koharow, widząc, jak kolejny z trójki atakujących zdołał się niebezpiecznie zbliżyć do Baklego, jednak nie zdążył wysłowić nawet pierwszej sylaby. Wielki mężczyzna nawet się nie obrócił, przyklęknął tylko na jedno kolano i bez mierzenia uderzył za siebie siekierą; dzięki szczęściu, czy może jakiemuś szóstemu zmysłowi, trafił atakującego prosto w brzuch. Ostrze niegroźnie trąciło Baklego w ramię, po czym miecz przeciwnika wypadł z bezwładnej ręki i padł na ziemię równocześnie z ciałem swojego właściciela. Bakly nie zatrzymywał się. Z nadludzką szybkością znów poderwał siekierę, zablokował opadające ostrze i gwałtownym szarpnięciem wyrwał miecz z ręki trzeciego przeciwnika, po czym potężnym kopnięciem w pachwinę posłał go, nieprzytomnego z bólu, na ziemię.

Spokojnie popatrzył na zbliżających się bez entuzjazmu kolejnych napastników. Zamachnął się, siekiera świsnęła w powietrzu, uderzyła w skrzydło bramy opartej o mur i rozłupała je na pół.

- Jak chcecie umrzeć, to chodźcie - powiedział z pustymi rękami zwisającymi luźno.

Nie brzmiało to jak groźba, to była niemalże po prostu propozycja. I właśnie ten ton sprawi, Koharow miał co do tego absolutną pewność, że druga grupa atakujących zrezygnuje z natarcia. Mężczyźni zatrzymali się, spoglądając ze strachem na swoich trzech towarzyszy u stóp Baklego. Nawet broń trzymali tak, jakby się chcieli jej jak najszybciej pozbyć. Powoli docierało do nich, co się właśnie przytrafiło ich najwaleczniejszym kolegom. Jeden wciąż próbował złapać oddech, drugi jęczał, trzymając się za brzuch, trzeci był martwy.

Bakly postąpił naprzód. Koharow przyglądał mu się gotowy skoczyć na pomoc, jednak prawdę powiedziawszy, nie wierzył, żeby miało dojść do kolejnego zwarcia. Bakly swoim występem złamał tamtym wolę walki. Koharow uświadomił sobie również, że i tak pewnie jego pomoc nie byłaby potrzebna. Spojrzał na zniszczoną bramę, przed oczami znów stanęły mu nieziemska szybkość i harmonia ruchów Baklego. Tymczasem za jego plecami Sierżant rozkazał karawanie podjąć marsz. Rozległo się miarowe skrzypienie kół wozów.

O ile wcześniej szli pośród pól, po drugiej stronie muru przeważały znakomicie utrzymane, zadbane ogrody z zagonami warzyw. Koharow nie mógł się nadziwić, jak urokliwa była ta oaza. Mogła wyżywić kilkudziesięciu, może nawet koło setki ludzi. I dokładnie tylu byłoby potrzeba, aby jej skutecznie bronić. Mężczyźni, którzy wyszli Baklemu na spotkanie, teraz wlekli się za nimi w bezpiecznej odległości. Rannych zabrali ze sobą, martwego zostawili tam, gdzie padł. Przed skupiskiem domów otoczonych soczyście zielonymi iglastymi drzewkami czekała grupa kobiet i dzieci. Koharow wyczuwał ich strach już na odległość. W pierwszej chwili chciał im powiedzieć, że nie muszą się obawiać, ale po krótkim namyśle zdecydował, że przecież sam tego nie może być pewien.

Bakly zatrzymał się przed milczącą grupą. Kiedy Koharow do niego dołączył, nie umiał odgadnąć, czy ich przywódca w ogóle stojących przed nim ludzi dostrzega. Wyglądał na bardzo głęboko zamyślonego, nic nie wskazywało na to, że dosłownie przed momentem stawił czoła trzem przeciwnikom, z których dwóch unieszkodliwił, a jednego zabił. Jakby tę walkę stoczył tak zupełnie mimochodem.

Stali w ciszy, dopóki nie dołączyła do nich karawana. Koharow poczuł na plecach gorąco bijące od koni.

- Boże, baby! - wykrzyknął jeden z najemników i ruszył w stronę grubej kobiety, u której boku stała dwójka dzieci.

To jeszcze nie są wszyscy mieszkańcy, pomyślał Koharow, przyglądając się ściśniętej grupce. Reszta się nadal ukrywa. Po plecach ciekł mu pot, językiem próbował bezskutecznie nawilżyć spękane wargi.

Tymczasem najemnik objął kobietę w pasie i mimo jej oporów wymusił na niej pocałunek. Próbowała się wyrwać, mężczyzna stracił równowagę, oboje wylądowali na ziemi w tumanie kurzu. Pozostali ludzie Craiga skwitowali to śmiechem i obleśnymi uwagami. Nikt inny się jednak nie poruszył, wszyscy tylko się przyglądali.

Najemnik, rozwścieczony prześmiewkami kompanów, zaczął podwijać spódnicę kobiety, przedramieniem docisnął jej kark do ziemi. Żarty, o ile w ogóle mogła być o nich mowa, się skończyły. Koharow zrozumiał, że za chwilę na ich oczach dojdzie po prostu do gwałtu. Bakly, który mógłby całe to zajście przerwać jednym słowem, stał tylko ponury i spoglądał na wszystko nieobecnym wzrokiem.

- Puść ją - Koharow usłyszał swój własny, schrypnięty głos. Ostrze sztyletu opierał przy tym na karku najemnika.

Sam sobie nie mógł przypomnieć, kiedy zrobił te trzy kroki.

- Nie wygłupiaj się, jest ich tutaj dość, wystarczy i dla ciebie - nie zrozumiał w pierwszej chwili najemnik.

- Puść ją - powtórzył Koharow. Docisnął ostrze mocniej, tuż obok jego czubka pulsowała nabrzmiała tętnica szyjna.

Podświadomie oczekiwał, że usłyszy szelest ubrań, kroki najemników spieszących na pomoc swemu koleżce. Było mu wszystko jedno. Podjął decyzję, wraz z nią poczuł wręcz ulgę.

- Nie przyszliśmy tu plądrować. Liczę do trzech, potem poderżnę ci gardło.

Mężczyzna wstał z ociąganiem. Oparł się przy tym kolanem o brzuch leżącej kobiety. Ta aż stęknęła z bólu.

1 ... 35 36 37 38 39 40 41 42 43 ... 111
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)