Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Czas żyć czas zabijać
Czas żyć czas zabijać - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Czas żyć czas zabijać

Электронная книга - «Czas żyć czas zabijać». Краткое содержание книги:

Czas żyć czas zabijać
1 ... 41 42 43 44 45 46 47 48 49 ... 111
Перейти на страницу:

- Według waszych zwiadowców się przecież nie znajdujemy. Czy jednak? - spytał Evan ostro, na moment jakby tracąc nieco ze swej pewności siebie.

- Nie, nie znajdujemy - uspokoił go Coverfly. - Jednak gdyby tak się stało, nas wyrżnęliby również - dopowiedział sobie, słusznie wnioskując z gwałtownej reakcji czarodzieja.

- To prawda - przyznał już spokojniejszy Evan. - A do tego, zapewniam was, pokonać ich nie jest łatwo. I jeszcze jedno. Kiedy zażyczyłem sobie tych więźniów, wiedzieliście dobrze, że nic dobrego ich nie czeka, a jednak mimo to mi ich wydaliście. A w związku z tym… Na ile jesteście tak naprawdę lepsi ode mnie, hę?

Czarodziej napił się wina. Wyglądał równie spokojnie, jak na samym początku tej dyskusji.

Skrzypiały osie, grzechotały koła. Mozolne dźwięki odbijały się ponuro od okolicznych ciemnych skał na równi z gorącym powietrzem, które dodatkowo potęgowało lejący się z nieba słoneczny żar. Koharow rozejrzał się po powłóczących noga za nogą ludziach i napotkał spojrzenie Sierżanta.

- Niektórzy długo już nie pociągną - stwierdził były żołnierz. Koharow tylko skinął.

Wiele osób kroczyło zgarbionych ciężko ku ziemi, niektórzy zataczali się przy tym z boku na bok - nieomylny znak, że jeszcze chwila i po prostu padną. Koharow wypluł kamyk, który ssał w ustach, żeby choć na chwilę oszukać pragnienie. Był osobiście odpowiedzialny za racjonowanie wody. W ciągu dnia pić pozwolono tylko kobietom i dzieciom. Pozostali otrzymywali pieczołowicie odmierzane porcje jedynie przy zachodzie słońca i potem raz jeszcze, niedługo przed wschodem. Koharow, myśląc o tym, aż pokręcił głową. Oszczędzał wodę za każdą cenę, ale jaki był w tym sens? Czy to nie zwyczajna podłość? Zgadzał się z Baklym i sam bez wahania wyruszył z nim w podróż bez powrotu, jednak tym samym skazał przecież na śmierć dziesiątki kobiet i dzieci, mężczyzn nawet nie liczył. Pocieszał się jedynie tym, że przecież gdyby pozostali w oazie, zginęliby niechybnie i tak. Albo zabiliby ich Czarni Jeźdźcy, albo, jak przekonywał go Bakly, zamęczyli cesarscy. A co, jeśli nie? A co, gdyby i Czerwona Gwiazda okazała się nie aż tak potężna, jak się wydawało? Tylko że teraz nie było już co gdybać. Decyzję podjął, nie było odwrotu, a konsekwencje trzeba ponieść.

Idący przed nim mężczyzna z tobołkiem potknął się i przewrócił. Trochę to trwało, zanim znów zdołał stanąć na nogi.

Piekielna suchość, pragnienie, spalona skóra, język klejący się do podniebienia. Długo już tak nie dadzą rady, to oczywiste. Koharow zatrzymał się i poczekał, aż dogoni go koniec karawany. Pochód grupy zapuszczającej się wciąż głębiej i głębiej w Pustynię Gutawską zamykał Bakly. Wielki mężczyzna kroczył swym niezmiennym tempem, schowany w grubym kożuchu, z krótko ostrzyżoną głową ocienioną rondem kapelusza.

- Ludzie już dalej nie mogą - powiedział wprost Koharow, gdy znalazł się z Baklym ramię w ramię.

- Zajmę się tymi, co zostaną z tyłu - odpowiedział tamten spokojnie.

Koharow zauważył, że kawałek przed Baklym maszeruje chłopak, którego widział nad mogiłą jego ojca. Nie do końca rozumiał dziwną więź, jaka się między tymi dwoma wytworzyła. Prawdę powiedziawszy, wcześniej nie dostrzegł, żeby trzymali się razem, aż do teraz, kiedy chłopak wyraźnie maszerował z tyłu karawany, za to w pobliżu Baklego.

- I co, poczekacie do zmierzchu i dogonicie nas, jak już się ściemni? - Koharowa zaskoczyło, że w tym ponurym mężczyźnie, który czasem aż nie przypominał w niczym człowieka, tliły się jednak jakieś ludzkie odruchy.

- Nie. Załatwię to bezboleśnie.

Koharow przełknął ślinę. Nie próbował ukrywać zdegustowania, obrzydzenia wręcz.

- Czarni Jeźdźcy depczą nam po piętach - powiedział Bakly spokojnie. - Jakie szanse będą mieli ci, co zostaną z tyłu?

- No to się zatrzymajmy! - Gdyby nie wysuszone na wiór gardło, Koharow wrzasnąłby z całej piersi. Tymczasem jedyne, co wydobyło mu się z gardła, to głośnawy skrzek.

- My mamy wodę, oni nie. Z każdym krokiem coraz bardziej pozbawiamy ich możliwości powrotu. Będą rozpaczliwie potrzebować naszej wody, do tego stopnia, że kiedy wreszcie zaatakują, będą zdesperowani, rozkojarzeni. Będzie nam o wiele łatwiej się ich pozbyć. Potem nie będziemy musieli tak się już spieszyć. O ile nie goni nas ktoś jeszcze - wyjawił swój plan Bakly.

Koharow chciał dodać, że skoro i tak popełniają samobójstwo, to po co to rozwlekać, ale właśnie zrównali się z młodą dziewczyną w szarym habicie i twarzą skrytą pod kapturem, która zatoczyła się, a potem przystanęła, aby złapać oddech. Z ramienia zsunął jej się tobołek, który niosła. Była za stara na to, aby jechać na wozie, i wciąż za młoda, aby wytrzymać tyle, co dorośli. Stała teraz, wpatrując się tępo w pustkę, i zupełnie tego nieświadoma, kiwała się powoli w przód i w tył. Nowy znajomy Baklego podbiegł do dziewczyny, zarzucił sobie tobołek na plecy i wziął ją za rękę. Odwrócił się na chwilę i spojrzał na Baklego niezwykle poważnym spojrzeniem.

- Chodź albo cię zabije - powiedział i zmusił dziewczynę, żeby ruszyła z miejsca. W jego głosie nie było groźby, nie było nienawiści, a jedynie sucha informacja.

Logika Baklego przerażała. Koharow ją rozumiał, ale i tak przerażała.

Kontynuowali swą wędrówkę. Rozciągająca się wokół nich ponura pustynia była tak rozpalona, że już i chodzenie po niej sprawiało ból. Koharow sam teraz trzymał się nieco z tyłu, aby w razie potrzeby pomóc dziewczynie czy w ogóle komukolwiek, kto zacząłby odstawać. Nie chciał dać Baklemu okazji do wprowadzenia swojego postanowienia w życie. Na parę chwil przyłączył się do niego Sierżant.

- Zaraz zaczną padać jak muchy - warknął.

Koharowowi zajęło dobrą chwilę, zanim zdołał mu odpowiedzieć. Musiał najpierw zebrać w ustach wystarczająco śliny, żeby choć trochę zwilżyć gardło.

- Sam mam dość. Wspomniałeś, że kiedyś walczyłeś przeciw Baklemu - zagaił.

Kiedyś, gdzieś… Na pewno gdzieś, gdzie było pod dostatkiem wody, a czaszki nie przewiercał żar lejący się z nieba. Koharowowi wydawało się, że zostało mu już tylko tyle życia, żeby wysłuchać tej jednej opowieści. Sierżant skinął głową, otworzył usta, ale natychmiast znów je zamknął. To było jak łykanie rozżarzonych węgli. Jar, którym szli, był w tym miejscu głębszy. Wznoszące się nad nimi, czerwone od wysokiej zawartości żelaza ściany były niczym rozpalone do białości płyty kuchenne zmieniające upał w nieomal widocznego nieprzyjaciela, który wgryzał się głęboko w ciało, wysysał z niego wodę, zmieniał krew w gęstą galaretę. Po kilkuset metrach albo trochę odpuściło, albo się nieco przyzwyczaili.

- Należałem wtedy do oddziału ciężkiej piechoty cesarskiej - rozpoczął swą historię Sierżant. - Do Wilków, to taki elitarny oddział. Wpadliśmy na siebie na ziemiach barona Coglia - ciągnął dalej po krótkiej przerwie, kiedy musieli pomóc wozom na stromiźnie. Pozostali starali się przy tym złapać choć trochę oddechu. - Miał ze sobą czarodzieja, który tak go przysposobił jakimś czarem, że żelazo zupełnie się go nie imało.

Wóz utknął w jakimś dole. Na początku ciągnęły go dwa woły, ale jedno ze zwierząt nie wytrzymało podróży. Sierżant zajął pozycję przy wozie, poczekał, aż Koharow pójdzie w jego ślady, po czym z pomocą dwóch kolejnych mężczyzn uwolnili koło i naprowadzili wóz na równiejszy teren. Niedaleko przed nimi tak samo męczyli się z drugim wozem najemnicy Craiga. Nikogo nie trzeba już było namawiać do tego, żeby pilnować wody jak oka w głowie.

1 ... 41 42 43 44 45 46 47 48 49 ... 111
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)