Czas żyć czas zabijać
- Автор: Жамбох Мирослав
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: Fabryka Słów
- ISBN: 9788375748017
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Czas żyć czas zabijać». Краткое содержание книги:
- Gołymi rękoma nas porozrywał. Nie wiem, ilu wtedy chłopa zabił. Dwudziestu, trzydziestu, pięćdziesięciu… Naprawdę nie mam pojęcia. Zostałem ja i dwunastu moich ludzi. Dowódca uciekł i wyszło tak, że nagle nie widzieliśmy sensu w kontynuowaniu tej rzezi - podjął dalej Sierżant.
Koharow z zaskoczeniem zauważył, że żołnierz delikatnie uśmiecha się do tych wspomnień.
- No i tak zostaliśmy z Baklym. Zaoferował nam, żebyśmy pracowali dla takiego samego gościa jak on.
Koharow przez chwilę trawił to, co usłyszał. Gołymi rękoma zabił pięćdziesięciu cesarskich żołnierzy?
- W oazie postawiłem mu się z pięcioma moimi ludźmi - powiedział tylko.
- Wiem, widziałem was. - Sierżant wzruszył ramionami. - Twoja decyzja, ja tam się innym z buciorami nie pcham w postanowienia.
Zagrzechotały kamienie, ktoś musiał się potknąć lub pośliznąć. Koharow uniósł wzrok i zobaczył, że był to ów chłopak, którego ojca Bakly zabił w oazie. Niesione przez niego brzemię musiało się okazać ponad jego siły. Wydawało mu się, że inni też musieli dosłyszeć ten dźwięk, wiedzieć, co oznacza, jednak nie zatrzymał się nikt, nikt się nawet nie obejrzał. Wszyscy snuli się tępo przed siebie, bardziej duchy niż żywi ludzie.
Bakly zrównał się z leżącym na ziemi z zamkniętymi oczami chłopakiem, zatrzymał się i przez kilka chwil mu się przyglądał.
- Rozbijemy tu obóz - oznajmił. Nie był to głośno wydany rozkaz, a jednak w okamgnieniu ucichły kroki i skrzypienie kół wozów.
- Miejsce na obóz nie jest najlepsze - ocenił Koharow, kiedy rozejrzał się po okolicy. Same ściany może i nie były już tak strome, jednak wokół roiło się wręcz od porozrzucanych wielkich głazów, które potencjalnie mogły zapewnić doskonałą osłonę i pozwalały nieprzyjacielowi na podejście do obozu niezauważonym.
- Proponujesz więc, żebyśmy szli dalej? - spytał Bakly spokojnie.
Koharow rozejrzał się po ludziach. Wszyscy byli krańcowo wycieńczeni, siedzieli i leżeli tam, gdzie się zatrzymali. Pokręcił głową.
- Miejsce na obóz jest wyśmienite.
I tak umrą. Co za różnica, gdzie?
Zanim wygnańcy z oazy z wielką wprawą porozpinali swoje proste plecione daszki, które miały im zapewnić iluzję bezpieczeństwa i przynajmniej na początku wieczora cień, Koharow wybrał strategiczne punkty i umieścił w nich straże. Craig, przedkładając własną wygodę nad obowiązki, zezwolił swoim ludziom oddalić się na spoczynek. Widać wydawało mu się to niemożliwe, aby ktokolwiek zechciał ścigać ich aż tak daleko.
Bakly przeszedł się po okolicy i wrócił do wozu, przy którym co wieczór odbywali naradę. Pozostali śledzili z napięciem tarczę słoneczną coraz niżej zwieszającą się nad horyzontem. Nie mogli się doczekać tego, o czym myśleli przez cały dzień - przydziału wody.
- Kiedy nas w takim razie zaatakują? - spytał Sierżant, zrzucając z wozu na ziemię wielką skórzaną torbę.
- Nad ranem - odpowiedział Koharow w zamyśleniu. - Przez to, że jadą konno i bez obciążenia, mogą sobie pozwolić na dłuższe popasy. Myślę, że dogonią nas jeszcze dziś w nocy, a napadną o świcie. Dużo wody im nie zostało.
- Ciekawi mnie bardzo, czego oni od was tak naprawdę chcą - Craig zwrócił się do Baklego. - Taka wyprawa w pustynię to nie przechadzka różanym sadem. To musi być coś naprawdę niezwykle ważnego.
- Nająłem was, żebyście zapewnili nam eskortę do Wotty, o pięć dalszych dni drogi stąd. Nic więcej i nic mniej. Wywiążcie się, a pieniądze są wasze.
Craig uniósł ręce w ugodowym geście. Koharow spojrzał na Sierżanta, ale nie odezwał się ani słowem. Jutro koło południa powinni minąć punkt bez powrotu. Zapasy wody, jakie przy sobie mieli, nie wystarczą już potem, aby wrócić. Jeszcze dziś daliby radę. Nawet gdyby co słabsi nie wytrzymali tak drakońskiego racjonowania wody. Większość by się jednak uratowała. Większość miałaby szansę przeżyć. Wahał się jednak tylko przez bardzo krótką chwilę. Pomyślał zaraz o niszczącej sile Czerwonej Gwiazdy, o Czarnych Jeźdźcach, o imperialnym wojsku i nie powiedział nic.
Tymczasem Sierżant zaczął rozwijać swój tobołek: stalowe naramienniki, rękawice, tarczę i hełm. Ukrytej pod luźnym chałatem nieokreślonej barwy kolczugi nie zdejmował nigdy, nawet w największy upał.
- Zamierzacie w tym spać? - zapytał drwiąco Craig.
- Nie, ale chcę je mieć pod ręką na wypadek pośpiechu - odpowiedział mu spokojnie żołnierz.
Koharow w duchu się z nim zgodził. Sam co prawda zbroi nie nosił, lecz planował przygotować się na noc podobnie.
- Jak to jest, że oni mogą podróżować konno? Zawsze mi się wydawało, że tak daleko na pustyni nie da rady wytrzymać - zmienił temat Craig.
Koharow popatrzył na swoich towarzyszy, ale nikt inny nie kwapił się z odpowiedzią.
- Trimitri kiedyś hodował konie. Sprowadzał nawet specjalne rasy z Południa, żeby uzyskać takie zwierzęta, które są w stanie wytrzymać żar lepiej niż jakiekolwiek inne.
- Czyli że całą tę okolicę trzyma w szachu zwykły koniarz - uśmiechnął się Craig.
- Dokładnie tak, szalony koniarz - przytaknął mu Koharow bez uśmiechu, zastanawiając się równocześnie, czy najemnik, którego upokorzył w oazie, zdołał już o tym zapomnieć. Najprawdopodobniej nie.
Więcej nikomu już się gadać nie chciało, siedzieli więc w milczeniu, jedli i rozkoszowali się swoim przydziałem wody. Po zakończeniu nieformalnej narady Craig wstał i zamierzał wrócić do swoich ludzi, kiedy nagle rozległ się gwizd pustynnego susła. Koharow zerwał się na równe nogi; widząc to, poderwał się również Sierżant. Te susły umiały przeżyć prawie wszędzie. A skoro tak, to może tutaj też, w każdym razie Koharow miał taką nadzieję, kiedy wybierał ten właśnie dźwięk jako sygnał straży.
- Są tu - skonstatował.
Licząc się z dużym prawdopodobieństwem napadu, rozmieścił swoje czujki dalej od obozu niż zazwyczaj. Dzięki temu mieli więcej czasu na zorganizowanie obrony. Z drugiej jednak strony wystawiało to jego ludzi na znacznie większe ryzyko.
Bakly uniósł się z ziemi.
- Wszystko według wcześniejszego planu. Koharow i jego ludzie polują, Craig i najemnicy tworzą dwa kręgi ochronne. Ten zewnętrzny musi być wysunięty na tyle, żeby z tych swoich krótkich łuków musieli mierzyć mocno w górę. Ja z cywilami stanowimy ostatnią linię obrony wody.
- Ruszamy!
- Kobiety i dzieci pod wozy - zawołał Koharow. - Wróg się zbliża! Dalej, chłopy, zaciągać płachty na wozy!
- Pewni jesteście, że wystarczy wam ten kozik? - Craig z niedowierzaniem wskazał katzbalger Baklego, zapinając w pośpiechu skórzaną kamizelę zbrojoną metalowymi lamelkami. Koharow nie czekał, aż padnie odpowiedź. Skulił się, prześliznął pod wozem i ruszył na południowy zachód. Biegł szybko, schylony nisko przy ziemi. Za każdym razem kiedy nierówności terenu dawały mu choć trochę osłony, zatrzymywał się, kontrolował sytuację, po czym równie ostrożnie ruszał znów przed siebie. Z boku, o jakieś dziesięć metrów dalej, dostrzegł Sierżanta biegnącego równolegle z nim. Zdołali pokonać niecałych sto metrów, kiedy zabrzmiał kolejny umówiony sygnał. Jeźdźcy zrównali się z pierwszą linią czujek.
Koharow znał taktykę Trimitriego lepiej niż ktokolwiek inny. Uczył się jej, śledząc, wnikliwie badając pozostałości po napadniętych karawanach, przepytując tych nielicznych, którzy jakimś cudem zdołali się z owych ataków uratować. Czarni Jeźdźcy podchodzili cicho, likwidowali czaty, a potem z niewielkiej odległości i ukrycia prowadzili precyzyjny ostrzał tak długo, aż udało im się zniszczyć zapasy wody. Potem wystarczyło już tylko poczekać, aż ofiary zdziesiątkuje pragnienie, i bez zbędnego ryzyka zgarnąć zdobycz. A dzięki swoim makabrycznym sposobom pozyskiwania wody z ciał tej również mieli pod dostatkiem.