Czas żyć czas zabijać
- Автор: Жамбох Мирослав
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: Fabryka Słów
- ISBN: 9788375748017
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Czas żyć czas zabijać». Краткое содержание книги:
Coverfly zastanawiał się przez chwilę, czy jego podwładni jednak nie pozwalają sobie na zbyt wiele, ale dał sobie z tym spokój. Wystarczy, że musieli walczyć o życie z pustynią, niepotrzebne mu są dodatkowo swary w pierwszej linii.
- Do czego są wam te rzeczy? - Spojrzał z kolei na Evana.
- Do tego, aby zdobyć Gwiazdę, jeśli wam się nie powiedzie.
- Gdyby mi nie wchodzili w drogę ci wasi Czarni Jeźdźcy, szłoby to nam o wiele łatwiej - odciął się baron.
Gdyby nie list, już dawno by tego smarkatego gnoja zabił. Nawet ochrona by mu nie pomogła. Potem by ich wszystkich wrzucił w jakąś rozpadlinę, zasypał żwirem i po kłopocie. Owa wizja wydała mu się nad wyraz kusząca, przynosiła wewnętrzne ukojenie.
- Swój ładunek będziecie tu, panie, mieć jeszcze dziś wieczorem. Bardzo mnie ciekawią wyniki waszej pracy - zwrócił się do czarodzieja, po czym skinął na Hoovery’ego. - Ma to tutaj być przed zmrokiem.
- Jasne, panie - otrzymał odpowiedź i zanim zdążył przybocznego trzepnąć za tak karygodne gwałcenie etykiety, tamtego już nie było. Pozostał po nim tylko stojący na stole kielich.
Było już dobrze po zmroku, jednak zeszli się wszyscy popatrzeć na starania czarodzieja. Jemu samemu nie wydawało się to przeszkadzać. Jeśli już, było wręcz na odwrót. Wypakowywanie rzeczy czarodzieja niezwykle wszystkich zaskoczyło. Owinięte w materiał trzy nieprawdopodobnie masywne i ciężkie zbroje, które musiały być kute chyba na olbrzymów.
- Pff… Ten chłop musiałby mieć chyba ze trzy metry, i to najmarniej! - prychnął Hoovery, który z pomocą dwóch innych ludzi tachał właśnie olbrzymi kirys. - Jeszcze nie słyszałem, żeby żelazne posągi pomogły komukolwiek w boju.
Mimo niezadowolenia nosił jednak kolejne elementy zbroi. Pomiędzy domami słychać już było huk przenośnej kuźni. Inni w tym czasie montowali poszczególne części na specjalne drewniane stelaże, które czarodziej również przywiózł ze sobą. Z powodu panujących ciemności gapie rozpalili tu i ówdzie ogniska, aby lepiej widzieć postępy prac. Noc stawała się coraz głębsza i żelazne monstra nabierały kształtu. Na pociemniałych z wiekiem pancerzach tańczyły odblaski płomieni.
- Takiej przyłbicy jeszcze nigdy nie widziałem. To musi być od czorta stare - powiedział mężczyzna, który właśnie odwinął tkaninę z wielkiego hełmu z zakratowaną zasłoną i o objętości wiadra.
Najwięcej dyskusji wzbudziła jednak broń, a zwłaszcza oburęczny miecz, którym najsilniejszy nawet spośród żołnierzy nie był w stanie władać. Hoovery, który przyniósł miecz na ramieniu, zdołał go przez krótką chwilę utrzymać przed sobą w pozycji szermierskiej, ale na tym się skończyło. Na więcej z dwuipółmetrowym ostrzem nawet on nie zdołał sobie pozwolić. Wszyscy jednak podchodzili dobrze się przyjrzeć niezwykłej broni. Stal wypolerowana została tak, że odbijały się w niej gwiazdy, a ostrze odpowiadało bojowym parametrom broni używanej przez imperialną szlachtę do szermierczych pojedynków.
- Takie ostrze u tak wielkiego majchra jest zupełnie bez sensu - komentował ze znawstwem Hoovery. - Nie wytrzyma pierwszego lepszego uderzenia przecież.
Coverfly słyszał go z pewnego oddalenia, jednak zanim jeszcze dotarł na miejsce, wiedział już dobrze, na co się zanosiło. Hoovery już tak miał, że najpierw działał, a dopiero potem ewentualnie myślał. A tym razem działać musiał szybko, zanim czarodziej zorientuje się, co tu się z jego dobytkiem wyprawia. Hoovery obrócił się ku kłodzie, którą ktoś przyciągnął jako prowizoryczną ławkę. Chwycił miecz obiema rękami, zarzucił sobie na ramię i stamtąd podrzucił do pionu, wybalansował, po czym z całej siły ciął z góry do dołu, niczym siekierą. Ostrze weszło w kłodę, przecięło ją na pół i utknęło dopiero w ziemi.
- Ani zadrapania. - Hoovery pokręcił głową z niedowierzaniem po wnikliwych oględzinach. - Może powinniśmy spróbować o kamień?
Coverfly nie zdołał powstrzymać wesołego uśmiechu.
- Ej! Ty tam! - Czarodziej wreszcie zwrócił uwagę na otaczające Hoovery’ego zamieszanie. - Dość błaznowania. Przynieś mi miecz tutaj i idź przyprowadzić więźniów! - rozkazał.
Hoovery posłuchał. Odłożył broń na wskazane miejsce i poszedł wykonać drugą część polecenia. Evan w tym czasie przystąpił do drobiazgowej inspekcji, sprawdzając, czy zbroje zostały odpowiednio poskładane.
- Jeśli mu się wydaje, że będzie je mógł poskuwać razem na tych rusztowaniach, to się grubo myli - zamruczał pod nosem człowiek, który miał się opiekować kuźnią. Nie przestawał jednak pompować nogą miecha.
Coverfly stał nieco dalej, ukryty w cieniu żywopłotu, niezauważony przez nikogo. Tej przyjemności czarodziejowi dawać nie chciał. Był ciekaw tak samo jak inni, to prawda, jednak w odróżnieniu od pozostałych, całe to widowisko postrzegał jako dość złowieszcze. Dobrze pamiętał, czego czarodziej chciał od niego kilka dni wcześniej. Parę chwil później eskorta dostarczyła więźniów. Wszyscy poza jednym byli starzy. Widać było, że z racji wieku tułaczka po pustyni nie za bardzo im się uśmiechała, woleli więc zaryzykować i zostać w oazie. Może nawet wiedzieli o jakimś pomniejszym, dodatkowym źródle wody. Jedyny nieco młodszy mężczyzna wśród nich miał nogę amputowaną w kolanie.
- Materiał mizerny, ale co robić - westchnął rozczarowany Evan. - Dobrze przynajmniej, że mamy parę sztuk. Zamknijcie ich wewnątrz! - zakrzyknął.
Szum rozmów ucichł zupełnie, wszyscy ścieśnili się wokół, chcąc widzieć jak najlepiej. Powiązani więźniowie zostali upchnięci w pancernych zbrojach, po dwóch w każdej. Miejsca w środku nie mieli jednak zbyt wiele. Wiszące na stelażach płyty podzwaniały co chwila, kiedy nieboracy próbowali rozpaczliwie jakoś się w środku rozmieścić.
- Żeby nie pozrzucali tylko. Składanie tego wszystkiego do kupy zajęło nam trochę czasu! - krzyknął ktoś do wtóru rechotliwych śmiechów.
- Pewnie myśli, że mu w tym będą chodzić - podśmiewał się ktoś inny.
Wszyscy w dalszym ciągu uważali czarodzieja za szarlatana i nie mogli się doczekać momentu, w którym jego łgarstwo wyjdzie na jaw. Coverfly zakazał swoim przybocznym mówić komukolwiek o igłach destylujących wodę z ciała, więc reszta oddziału nie miała o nich pojęcia. Sam baron milczał. On już się nauczył, że czarodzieja nie należało nie doceniać. Przeczuwał, że to, czego zaraz będzie świadkiem, wcale a wcale mu się nie spodoba. Najbardziej zaskoczyło go to, że więźniowie nie próbowali nawet stawiać oporu. Albo byli tak przerażeni, albo ich czarodziej jakoś omamił czy może czymś napoił.
Czarodziej dał znak dłonią, żeby zamknąć zbroje ostatnimi płytami, odcinając tym samym więźniów od świata zewnętrznego. Kiedy obrócił twarz w stronę bijącego od paleniska kuźni blasku, Coverfly zauważył, jak nieziemsko skrzą mu się oczy, jak niezwykle ma napiętą skórę twarzy. Nie zauważył żadnego gestu, nie dosłyszał żadnego zaklęcia, jak tego oczekiwał. Zamiast tego Grigor Evan wyciągnął przed siebie prawą rękę, dłoń zacisnął w pięść i włożył ją prosto w żar paleniska. Stojący wokół ludzie struchleli, słychać było pojedyncze zszokowane okrzyki. Czarodziej jednak nie dał żadnych oznak bólu i stał tylko bez ruchu. Coverfly oczekiwał swądu palonego mięsa, jednak nic takiego się nie stało. Zamiast tego żar paleniska zaczął nagle zmieniać kolor z białego na żółty, potem na czerwony, a chwilę później pozostały widoczne jedynie żarzące się słabo węgle. Wreszcie i te zgasły. Evan ruszył sztywnym krokiem ku żelaznym posągom z uwięzionymi wewnątrz ich cielsk spętanymi ludźmi. Koniuszki palców jarzyły mu się białym blaskiem. Dotknął palcami pierwszej zbroi w miejscu, gdzie stykały się dwie odrębne płyty pancerza. Wśród gapiów rozszedł się szmer zaskoczenia. Pod dotykiem czarodzieja płyty zrosły się w jednolitą całość. Evan przystąpił potem do drugiej zbroi i do trzeciej. Kiedy skończył, jego palce znów wyglądały jak dawniej.