Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Szpital kosmiczny - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Szpital kosmiczny

Электронная книга - «Szpital kosmiczny». Краткое содержание книги:

Szpital kosmiczny
1 ... 33 34 35 36 37 38 39 40 41 ... 58
Перейти на страницу:

Kiedy Conway skończył, naczelny psycholog westchnął i milczał przez chwilę, po czym powiedział:

— W czasie wypadku przy luku numer sześć znajdowało się czterech czołowych Diagnostyków Szpitala, który w razie ich śmierci poniósłby olbrzymią stratę. Szybkie działanie, które podjęliście, pozwoliło uratować co najmniej trzech, toteż wyszliście na bohaterów. Jednak oszczędzę wam rumieńca zażenowania i nie będę wałkował tej sprawy. Nie mam również zamiaru — dodał sucho — stawiać was w kłopotliwej sytuacji, pytając, skąd się tam w ogóle wzięliście.

Conway zakasłał.

— Mnie by interesowało — odrzekł — dlaczego ten SRTT wpadł w taki szał. Można by powiedzieć, że to z powodu biegnącego mu na spotkanie tłumu, tylko że w ten sposób nie zachowuje się żadna inteligentna, cywilizowana istota. Nasi goście to wyłącznie przedstawiciele władz albo specjaliści z innych placówek i nie są to osoby wpadające w panikę na widok istoty obcej rasy. A w ogóle, po co aż tylu Diagnostyków wyszło mu na spotkanie?

— Zjawili się tam — powiedział O’Mara — ponieważ chcieli zobaczyć, jak wygląda osobnik klasy SRTT, kiedy nie upodabnia się do kogoś innego. Te dane mogły im pomóc w przypadku, którym się obecnie zajmują. Poza tym, gdy mamy do czynienia z nieznaną formą życia, nie można wywnioskować, jakie są pobudki jej działania. I w końcu, ów gość nie należy do żadnej kategorii osób zapraszanych do Szpitala. Tym razem jednak musieliśmy odstąpić od zasad, gdyż znajduje się u nas jego rodzic, w stanie agonalnym.

— Rozumiem — rzekł cicho Conway.

W tym momencie do pokoju wszedł Kontroler w stopniu porucznika i pospiesznie zbliżył się do O’Mary.

— Przepraszam, panie majorze — powiedział. — Udało mi się znaleźć ślad, który pomoże nam w poszukiwaniu gościa. Pielęgniarz klasy DBLF doniósł, że jakiś osobnik klasy PVSJ oddalił się z miejsca wypadku mniej więcej w interesującym nas czasie. Gąsienicowcom Illensańczycy nie wydają się zbyt przystojni, ale pielęgniarz oświadczył, że widziany przez niego osobnik wyglądał jeszcze gorzej, niczym potwór. DBLF uznał wręcz, że to pacjent cierpiący na jakąś straszną chorobę…

— Sprawdził pan, czy w Szpitalu nie ma istoty klasy PVSJ chorej na coś, co dałoby taki efekt?

— Tak jest, panie majorze. Nie ma takiego przypadku.

O’Mara przybrał srogą minę.

— Bardzo dobrze, Carson — powiedział. — Wie pan, co trzeba zrobić. — Skinieniem głowy zezwolił porucznikowi odejść.

Podczas tej rozmowy Conway z trudem tylko potrafił się opanować, gdy zaś Carson wyszedł, wybuchnął:

— To coś, co widziałem wychodzące z luku, miało macki i… i… W każdym razie było zupełnie niepodobne do PVSJ. Wiem, że SRTT potrafi zmieniać budowę fizyczną, ale żeby aż tak i w tak krótkim czasie…!

O’Mara podniósł się nagle.

— O tej formie życia — stwierdził — nie wiemy prawie nic. Nie znamy jej potrzeb, możliwości ani też modelowych reakcji emocjonalnych, a najwyższy czas, żebyśmy się tego dowiedzieli. Idę pogonić Colinsona z łączności, żeby coś wygrzebał: środowisko, tło ewolucyjne, wpływy kulturowe i społeczne, i tak dalej. Nie możemy sobie pozwolić na to, żeby jakiś gość tutaj ganiał, ot tak sobie. Narobi kłopotu tylko dlatego, że nic o nim nie wiemy. A co do was dwóch — dodał — chciałbym, żebyście mieli oczy szeroko otwarte i wypatrywali dziwacznie wyglądających pacjentów czy embrionów na oddziale pediatrycznym. Porucznik Carson poszedł właśnie ogłosić komunikat w tej sprawie. Jeżeli znajdziecie kogoś, kto może być naszym SRTT, podchodźcie do niego delikatnie. Starajcie się zdobyć jego zaufanie, nie wykonujcie żadnych gwałtownych ruchów, a przede wszystkim nie mąćcie mu w głowie. Niech tylko jeden z was mówi. I natychmiast skontaktujcie się ze mną.

Kiedy już wyszli od O’Mary, Conway zdecydował, że do końca pierwszej połowy dyżuru niewiele więcej zrobią. Odłożywszy więc obchód oddziału na popołudnie, ruszył w kierunku ogromnej sali, która służyła za stołówkę dla wszystkich ciepłokrwistych istot tlenodysznych z personelu Szpitala. W jadalni był jak zwykle tłok i choć podzielono ją na sektory dla poszczególnych ras, Conway widział wiele stolików, przy których zeszły się — z ogromną niewygodą dla niektórych — istoty trzech czy czterech różnych ras, by pogadać o sprawach zawodowych.

Conway wskazał Prilicli wolny stolik i sam zaczął się ku niemu przepychać. Na miejscu stwierdził, że jego asystent, wspomagany przez nadal jeszcze sprawne skrzydła, dotarł tam pierwszy i w odpowiednim czasie, by pokrzyżować zamiary dwóm ludziom z eksploatacji, kierującym się ku temu samemu stolikowi. Podczas tego pięćdziesieciometrowego przelotu uniosło się kilka głów, ale tylko na chwilę — bywalcy tej stołówki przyzwyczajeni byli do znacznie osobliwszych widoków.

— Sądzę, że większość naszego jedzenia będzie odpowiadać pańskiemu metabolizmowi — powiedział Conway, gdy już usiedli — ale może ma pan jakieś szczególne preferencje?

Prilicla miał preferencje, a Conway omal się nie zakrztusił, gdy je usłyszał. Jednak nie o kombinację dobrze ugotowanego spaghetti i surowej marchewki tu chodziło, które to zestawienie samo w sobie nie było jeszcze takie złe, ale raczej o sposób, w jaki Cinrussańczyk zabrał się do jedzenia. Za pomocą wszystkich wściekle pracujących manipulatorów gębowych Prilicla zwijał spaghetti w swego rodzaju linę, która następnie znikała w jego przypominającym dziób otworze gębowym. Podobne rzeczy zazwyczaj nie działały na Conwaya, ale tym razem widok ów wywołał nieprzyjemne reakcje w jego żołądku.

Nagle Prilicla zatrzymał się.

— Mój sposób przyswajania pokarmu nie odpowiada panu — powiedział. — Przesiądę się…

— Nie, nie — rzekł szybko Conway, pojmując, że empata odebrał jego reakcję. — Zapewniam pana, że to niepotrzebne. Jednak widzi pan, tutejsza etykieta wymaga, aby istoty przebywające w mieszanym towarzystwie używały tych samych przyrządów do jedzenia co gospodarz albo najstarszy rangą wśród siedzących przy stole. Hmm, poradzi pan sobie z widelcem?

Prilicla poradził sobie z widelcem. Conway nigdy nie widział tak szybko znikającego spaghetti.

Z tematu jedzenia rozmowa przeszła, dość zresztą naturalnie, na szpitalnych Diagnostyków oraz system hipnotaśmowy, bez którego owi dostojni medycy — podobnie zresztą jak cały Szpital — nie mogliby pracować.

Diagnostycy zasłużenie cieszyli się szacunkiem i podziwem wszystkich w Szpitalu, po trochu zaś także współczuciem. Hipnotaśma bowiem nie tylko dawała zwykłą wiedzę — również cała osobowość istoty przekazującej tę wiedzę przechodziła do umysłów biorców. Tym samym Diagnostycy poddawali się dobrowolnie najdrastyczniejszym rodzajom wielokrotnej schizofrenii, przy czym owe obce składniki w ich umysłach bywały tak odmienne pod każdym względem, że często posługiwały się nawet odmiennym systemem logicznym.

Jedynym wspólnym mianownikiem było tylko pragnienie wszystkich lekarzy — bez względu na wielkość, kształt czy liczbę nóg — by wyleczyć chorego.

Przy pobliskim stoliku siedział Diagnostyk — Ziemianin, który wyraźnie zmuszał się, by zjeść najzupełniej normalny befsztyk. Conway skądinąd wiedział, że ten człowiek zajmował się przypadkiem wymagającym zastosowania wiedzy zawartej na hipnotaśmie fizjologicznej Tralthańczyków. Wiedza ta uwypukliła w jego myślach osobowość dawcy zapisu, a Tralthańczycy brzydzili się mięsem we wszystkich postaciach…

1 ... 33 34 35 36 37 38 39 40 41 ... 58
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)