Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]

Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:

Imperium szykuje się do wojny z Yezd, ale pojawia się nowe zagrożenie — bunt księcia Draxa i jego wojsk. Zdrada najemników doprowadza Videssos na skraj katastrofy i tylko talent dowódczy Marcusa Scaurusa i zręczna dyplomacja jego sprzymierzeńca zamieniają klęskę w zwycięstwo. Jednak Imperium Videssos w dalszym ciągu czeka walka z Yezd, Do odległej krainy potężnych koczowników wyrusza poselstwo, które ma pozyskać ich pomoc. Jego droga najeżona jest niebezpieczeństwami, o sojusz z koczownikami stara się również Yezd…
1 ... 34 35 36 37 38 39 40 41 42 ... 130
Перейти на страницу:

Trzymając miecz nad głową, trybun poszedł w jego ślady. Jego dodatkowe cale bardzo mu się teraz przydały — woda sięgała mu co najwyżej po szyję. Dwójkami i trójkami, kolejni legioniści wchodzili do wody.

— Nie więcy — ostrzegał przewodnik. — Droga nie jest… yyy… szeroka — przypomniał sobie odpowiednie słowo. Posuwał się naprzód, zbaczając co chwilę to kilka kroków na lewo, to na prawo, to znów przystawał jakby badając stopą dno.

— Niech nas bogowie mają w swojej opiece, jeżeli ci cholerni wyspiarze dopadną nas teraz — powiedział Gajusz Filipus, oglądając się nerwowo. Stąpnął w jakieś głębsze miejsce i zniknął, by wynurzyć się za chwilę, parskając i kaszląc.

— Szlag by trafił… — mruknął.

Marek zadowolony był z poziomu wyszkolenia swoich żołnierzy — pływanie było jedną z najważniejszych części ich treningu. Nawet gdy zdarzyło się komuś zejść z wąskiego brodu, był w stanie sam się wyratować — na szczęście prąd w Arandos nie był zbyt silny. Ostatecznie stracili tylko jednego człowieka — Vaspurakanera, który zniknął pod wodą i utonął, zanim można było do niego dotrzeć. Jak wiadomo, górale byli kiepskimi pływakami — ich rzeki to maleńkie strużki w lecie, rwące potoki wiosną i jesienią, a zamarznięte na kamień tafle zimą.

Kiedy trybun wdrapał się w końcu na południowy brzeg rzeki, videssański wieśniak przywitał go wyciągniętą po zapłatę ręką. Skaurus przyglądał mu się z namysłem, grzebiąc jednocześnie w sakiewce.

— Skąd mogę wiedzieć, że nie pokażesz tego przejścia pierwszemu Namdalajczykowi, który się tu pojawi?

Jeżeli spodziewał się jakichś zapewnień czy obietnic ze stron, Videssanczyka, to musiał się rozczarować. Z wyrachowana szczerością wieśniak odpowiedział:

— Pewnie, że bym pokazał, co by tylko chcieli zapłacić. Ali po co by mieli płacić, jak trzymajo wszystkie mosty? — jego żal był całkiem szczery.

— Posłuchaj tego faceta! — wykrzyknął Senpat Sviodo Sprawdzał właśnie, czy też jego pando-ura nie zniszczyła sic podczas przejścia. — Czy to dziwne, że Videssańczycy ciągle się tłuką między sobą?

— Chyba nie — Marek zapłacił przewodnikowi, który przyjrzał się dobrze każdej monecie, sprawdzając niektóre w zębach, by upewnić się czy rzeczywiście były złote.

— Niezłe — zauważył farmer. — Złamałbym se zęba na tc| jednej Ortaiasa, co żeście mi dali, no ale to tylko jedna.

Z braku jakiegokolwiek innego miejsca, do którego mógłby je schować, włożył monety do ust. Lewy policzek obwisł mu pod ciężarem złota.

— Dżenkuje penknie — wymamrotał niewyraźnie.

Dzieci piszczały i ochlapywały się nawzajem, kiedy ich matki i legioniści przenosili je przez rzekę. Niektóre kobiety także musiały być przeniesione przez żołnierzy — te najniższe, i te, które ze względu na ciążę nie mogły się szybko poruszać. Helvis, wysoka i silna, poradziła sobie bez trudu. Sama niosła Dostiego, a jeden z legionistów zajął się Malrikiem. Jej lniana bluzka i długa, wełniana spódnica przylgnęły wspaniale do jej ciała, kiedy wyszła z wody.

Trybun z żalem oderwał od niej swój wzrok i spojrzał na brzeg, gdzie kilka jardów dalej ludzie Gagika Bagratouni wpatrywali się ponuro w rzekę, opłakując śmierć towarzysza. Ten widok kazał mu spytać wieśniaka:

— Dlaczego nie wbijecie jakichś pali w dno, żeby można było tędy bezpiecznie przejść?

— I żeby każdy wiedział, gdzie to jest? — Tubylec potrząsnął głową, rozbawiony. — Dzięki, ale nie.

— Do czego go używacie, że to taka tajemnica? — zapytał Marek, ale kiedy w odpowiedzi Vi-dessańczyk wyciągnął tylko rękę, dodał pospiesznie: — Nieważne. Nie jestem aż taki ciekawy, żeby znowu ci płacić.

— Nie to nie. — Farmer poczekał aż ostatni z legionistów przekroczył rzekę, po czym ponownie wlazł do wody. Kiedy dotarł do północnego brzegu odkrył, że ktoś przywłaszczył sobie jego tunikę. Marek, który przyglądał mu się z drugiego brzegu, czekał na wybuch złości. Nic takiego się nie stało. Nagi, tak jak go stworzyła matka natura, Videssańczyk zniknął w krzakach, które pokrywały gęsto brzegi Arandos.

— A czemu miałby się przejmować? — powiedział Senpat. Wydął komicznie policzek. — Zostaje mu jeszcze dziewięć sztuk złota, nawet bez tej starej szmaty.

Namdalajczycy dotarli już całkiem daleko od Arandos. Legioniści byli o dwa dni drogi na południe od rzeki, kiedy wyszli prosto na dwóch wyspiarzy, dosiadających swych koni z arogancją i pewnością ludzi, którzy czują się panami wszystkiego, czego doglądają. Ta arogancja zniknęła jak dym na wietrze, kiedy wyjechali zza grupki potężnych dębów i zobaczyli kolumnę Skaurusa. Widział, jak wymienili przerażone spojrzenia. Zaraz potem gnali wściekle przez pole pszenicy, poganiając swoje ciężkie wierzchowce, tak jakby były to konie wyścigowe, kierując się w stronę rzeki.

Marek cofnął się o krok, przez krótką chwilę równie i zaskoczony jak żołnierze Księstwa. Przypomniał sobie, że on i też miał jazdę, spory oddział ludzi Zigabenosa.

— Za nimi! — krzyknął.

Videssańczycy ruszyli z wahaniem, tak jakby nie zdarzyło im t się nigdy wcześniej z kimś walczyć. Okrzyki piechurów dodały im jednak ducha, tak jak i widok uciekających co sił Namdalajczy-ków. Wyspiarze byli już tylko o sto jardów przed pościgiem, kiedy zniknęli za jednym z niskich pagórków.

Żołnierze Imperium wkrótce powrócili, tym razem nadjeżdżając dumnym kłusem. Prowadzili jednego konia, a w rękach trzymali parę kolczug doskonałej roboty i dwa stożkowate hełmy.

— Gdzie drugi koń? — zawołał ktoś.

— Musieliśmy go zabić — odparł jeden z nich.

— Idioci! Partacze! Kupa cholernych niedołęgów! — Videssańczycy uznali te dobroduszne kpiny za pochwały, którymi były rzeczywiście.

— To bardzo dobrze — powiedział Gajusz Filipus. — Znowu mogą czuć się mężczyznami. Będziemy z nich mieli jakiś pożytek.

— Zgadza się — potwierdził Marek. — A swoją drogą, iluż to ludzi może mieć Drax? Miałem nadzieję, że trzyma się Arandos i czeka na ewentualne ataki tego, co mogli uzbierać arystokraci po zachodniej stronie rzeki, ale zdaje się, że to on jedzie prosto na nich. Cokolwiek by o nim mówić, nie poprze staje na małym, co?

— Hmm — starszy centurion zastanawiał się nad jego słowami. — Jeśli za bardzo się rozciągnie, zajmą się nim Yezda, bez względu na to, co my zrobimy.

— To prawda — przyznał Marek, zaniepokojony. Od pól torą roku nawet nie widział żadnego z wojowniczych nomadów. Łatwo było o nich zapomnieć w gmatwaninie wojen domowych, które wstrząsały Imperium. Jednak gdyby nie oni, nie doszłoby do tych wojen, a ich wypady na ziemie Videssos były niczym zwiastuny odległej burzy.

Nie dość odległej powiedział Gajusz Filipus, gdy Skaurus podzielił się z nim swoimi przemyśleniami.

Grupa dębów okazała się znacznie większa niż przypuszczał trybun. Właściwie był to spory las, ciągnący się na wiele mil. Posiadłość jakiegoś arystokraty? — zastanawiał się po cichu. Na wpół dojrzałe żołędzie, ciemnozielone i brązowe, z ostrymi czubkami, chowały się pomiędzy liście o ostrych brzegach. Słyszał dzika grzebiącego w ziemi, gdzieś daleko, miedzy drzewami — wszystkie świnie uwielbiają żołędzie.

Maszerujący legioniści rozgarniali ciemnobrązowe pozostałości po opadłych jesienią liściach. Delikatny szum działał na niego kojąco, jak odgłos morskich fal.

Od głosy kroków, które zupełnie nie harmonizowały z tym miłym dźwiękiem, przywołały Skaurusa do rzeczywistości. Zza kępy drzew, przy których ścieżka zakręcała w prawo, wypadł jakiś mężczyzna. Jego pierś falowała w ogromnym wysiłku. Krew z głębokiej rany na środku czoła spływała na tunikę i mieszała się z kurzem drogi, Przerażenie na jego twarzy zmieniło się w pełną niedowierzania radość, gdy rozpoznał Videssańczyków w towarzyszących Rzymianom jeźdźcach.

1 ... 34 35 36 37 38 39 40 41 42 ... 130
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)