Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #3
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-893-0
- Переводчик: Janusz Ochab
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:
— Nie jesteś tu przywiązana, kochanie, ale jeśli zostaniesz ze mną, najprędzej zobaczysz ludzi tu, wewnątrz jako „nas”. Zostań albo nie — jak wolisz. Nie mam czasu na kłótnie.
Przez moment myślał, że brutalność tego co powiedział była dla niej zbyt ciężka do zniesienia. Ale Dosti zaczął się wiercić w jej ramionach — uspokajała go, najpierw podświadomie, potem z prawdziwą czułością. Spojrzała na niego, na Skaurusa, podczas gdy lewA dłonią dotykała delikatnie swojego brzucha.
— Zostanę z tobą — powiedziała w końcu.
Marek tylko odchrząknął. Upychał właśnie zwinięty namiot do swoich bagaży. Jak z wężem połykającym królika, wydawało się to niemożliwe, ale mimo wszystko namiot zniknął w czeluściach plecaka. To samo stało się z jego drewnianym kuferkiem. Stół i krzesło musiały pozostać — nie było czasu ładować je na muła. Zarzucił plecak na ramiona; Rzymianie sami sobie byli mułami.
Helvis miała dziwnie zamyśloną minę. Marek odwrócił sic do niej plecami, ale jej słowa kazały mu wrócić do poprzedniej pozycji.
— Są chwile, kochanie, kiedy tak bardzo przypominasz mi Hemonda.
— Co? Dlaczego? — zapytał zaskoczony. Rzadko rozmawiała z trybunem o ojcu Malrika wiedząc, że na wzmiankę o Hemondzie Marek robił się drażliwy, i pamiętając jak zezłościł się kiedyś, gdy w roztargnieniu nazwała go imieniem swego zmarłego męża.
— Na Wagera, to nie dlatego, żebyś tak się zachowywał! — uśmiechnęła się przypominając sobie, jej oczy złagodniały. Kiedy chciał czegoś ode mnie, śmiał się, wygłupiał, szturcha! mnie w bok, aż w końcu mu ulegałam. — Podniosła brew, patrząc na niego z wyrzutem. — Ty wykładasz rzeczy jak rzeźnik, rzucający kawał miecha na stół, a jak mi się to nie podoba, to do lodu ze mną.
Marek czuł jak się czerwieni.
— Gdzie jest, w takim razie, podobieństwo?
— Znałeś Hemonda. Dopiąłby swego, bez względu na wszystko. I ty także dostaniesz zawsze czego chcesz. Teraz też — westchnęła. — Jestem gotowa.
Legioniści maszerowali ustawieni w czworobok, z kobietami, dziećmi i rannymi w środku. Na-mdalajczycy śledzili ich ruchy, tak jak spodziewał się tego Marek. Bez własnej jazdy nic nie mógł na to poradzić. Uważał zresztą, że i tak będzie miał szczęście, jeśli skończy się tylko na śledzeniu. Sądząc z odgłosów, jakie dochodziły z videssańskiego obozu, Drax pozwalał swoim ludziom dobrze się bawić.
Ci z Videssańczyków, którym udało się uciec z pogromu, przyłączali się do oddziału Skaurusa — pojedynczo i dwójkami, niektórzy pieszo, inni na koniach. Trybun pozwalał im pozostać — wciąż byli żołnierzami, a każdy jeździec mógł się przydać, chociażby jako zwiadowca.
Jeden z nich przyniósł wiadomości o losie Zigabenosa. Pojmany przez Namdalajczyków. Jeszcze jedna z tak wielu rfych wieści; Marek zmartwił się, ale nie był specjalnie zaskoczony. Spodziewał się usłyszeć tego rodzaju rzeczy, bez względu na to czy były prawdziwe, czy też nie. Zapytał żołnierza:
— Skąd wiesz, że tak było?
— No cóż, powinienem o tym wiedzieć. Widziałem to — odparł Videssańczyk. Jego akcent przypominał Markowi Phostisa Apokavkosa. Spojrzał na trybuna z oburzeniem, jak każdy obywatel Imperium, którego słowa podawano w wątpliwość. — Ściągnęli go z konia. Na piekło Skotosa, nie udałoby im się to nigdy, gdyby go wcześniej nie ranili. Ale najpierw dał im nieźle popalić. Niech cholera weźmie wszystkich Namdalajczyków.
— Widziałeś, jak go złapali i nie zrobiłeś nic, żeby mu pomóc? — zahuczał złowieszczo Czerwony Zeprin. Potężny Halogajczyk, przez wiele lat służący w osobistej straży Imperatora, wciąż nosił w sercu żal i wstyd, że nie zginął wraz z pułkiem swoich rodaków, którzy nadaremnie starali się obronić Mavrikiosa pod Maragha. Nie była to jego wina — Imperator odesłał go, by dowodził lewym skrzydłem jego armii. Mimo to, Zeprin obwiniał tylko siebie. Teraz, z toporem w ręku, spoglądał groźnie na umęczonego Videssańczyka.
— I jakiż z ciebie żołnierz, człowieku? Mężczyzna odchrząknął i splunął.
— Żywy — odparował — czyli o niebo lepszy od tego drugiego rodzaju. — Zmierzył Halo-gajczyka zuchwałym spojrzeniem.
Zawsze rumiana twarz Zeprina nabiegła teraz krwią. Ryknął w swoim języku coś, co brzmiało jak syk żaru polanego wodą. Zanim Marek i Videssańczyk zdążyli się poruszyć, uniósł wysoko topór, który z ogromną siłą opadł na hełm nieszczęśnika i rozpłatał czaszkę aż po zęby. Wstrząsany śmiertelnymi drgawkami, upadł na ziemię, martwy zanim jeszcze jej dotknął.
Halogajczyk wyszarpnął z niego swą broń.
— Tchórzliwe ścierwo — mruknął, wycierając ostrze o kępkę trawy. — Żołnierz, który nie pozostanie przy swoim panu, nie zasługuje na nic więcej.
— Mogliśmy się czegoś jeszcze od niego dowiedzieć — powiedział Marek, ale na tym poprzestał. Gdy jakiś większy oddział legionistów łamał szyk i rozbiegał się, jego żołnierze musieli być ukarani: co dziesiąty musiał potem zginąć, by wszyscy mogli z siebie zmyć hańbę tchórzostwa. Zanim podjął służbę, trybun uważał tę karę za odrażającą w swym barbarzyństwie — teraz myśl o niej nie budziła w nim żadnych emocji. Ta zmiana go zawstydziła. Wojna kalała wszystko, czego się dotknęła.
Arandos była ciemnobrązową rzeką, szeroką na kilkaset jardów. Przerzucono nad nią wiele mostów, ale wszystkie były kontrolowane przez ludzi Draxa. Być może, udałoby się ich pokonać, ale to wymagało czasu, którego legioniści nie mieli. Gdyby Drax nie zajmował się uciekinierami z armii Videssos, już dawno by ich dogonił, zamiast dawać im te dodatkowe trzy dni na ucieczkę. Na-mdalajczyk był jak pies, któremu rzucono tyle kości naraz, że nie wiedział, do której ma się zabrać najpierw. Skaurus, z kolei, czuł się jak zając osaczony przez myśliwych.
Choć sam nie wierzył w powodzenie tego planu, porozsyła! Videssańczyków, by zapytali wieśniaków z okolicznych wsi o jakiś bród, rozumując, że ci chętniej będą rozmawiać ze swoimi rodakami niż z obcymi im Rzymianami. Niemal krzyknął z radości, gdy Apokavkos przyprowadził starego chłopa z wielkimi, odstającymi uszami. Ten przeszedł od razu do rzeczy:
— Ile to będzie warte dla ciebie?
— Dziesięć sztuk złota. Po drugiej stronie rzeki — odparł trybun.
— A ty na krzyż, jeśli kłamiesz — dodał Gajusz Filipus. Tubylec podrapał się po głowie, zastanawiając się nad słowami centuriona — Videssańczycy nie znali czegoś takiego jak ukrzyżowanie. Ale groźba dźwięcząca w głosie weterana była jednoznaczna. Mimo to mężczyzna pokiwał głową, zgadzając się na warunki.
Prowadził legionistów na wschód, wzdłuż brzegu Arandos, aż znaleźli się w bezpiecznej odległości od najbliższego mostu. Wtedy zwolnił, rozglądając się po brzegu za jakimś znakiem, nie wspominając jednak, o co mu chodzi. W końcu odchrząknął z satysfakcją:
— No to jesteśwa.
— Gdzie? — dla Skaurusa ten fragment rzeki wyglądał zupełnie tak samo jak każda inna część Arandos.
— Na krzyż z kłamliwym gnojkiem — powiedział Gajusz Filipus, ale po łacinie. Farmer, który zupełnie go nie rozumiał, ściągnął przez głowę długą do kolan tunikę, która była jego jedynym okryciem, i wszedł do rzeki.
Woda sięgała niemal po jego odstające uszy, i Marek zaczął się poważnie zastanawiać, co z nim zrobić. Wieśniak wydawał się jednak zupełnie nie zbity z tropu. Odwrócił się do nich, z mokrym uśmiechem na twarzy.
— Woda po zimie jeszcze całkiem nie zleciała, ale ni ma sie co bać. Chodźcie, głębi już nie będzie.