Dwie wojowniczki [Le due guerriere - pl]
- Автор: Троиси Личия
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Videograf II
- ISBN: 978-83-7183-583-4
- Переводчик: Zuzanna Umer
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Dwie wojowniczki [Le due guerriere - pl]». Краткое содержание книги:
Filia przyciągnął ją do siebie, opasując ją w pasie obiema rękami.
— Musicie odpocząć, w przeciwnym wypadku, kiedy dojdziecie, nie będziecie dość wypoczęta do walki.
Czas był dla Rekli bezlitosny, ale on i tak uważał ją za fascynującą, a jej cierpienie czyniło ją w jego oczach jeszcze bardziej pociągającą. Była jego mistrzynią, dorastał u jej boku, nigdy nie widząc, jak się starzeje, i od podziwu, jaki odczuwał, kiedy był jeszcze dzieckiem, przeszedł do uwielbienia. To za nią, bardziej niż za Thenaara, oddałby życie.
— Nigdy nie zabraknie mi sił, aby służyć mojemu bogu, nigdy! — powiedziała ze złością Rekla.
Spróbowała się wyrwać, ale Filia ją powstrzymał. Chociaż teraz była już stara, zachowała nieoczekiwaną żywotność, co z pewnością zawdzięczała treningom.
— Jak tak dalej pójdzie, zabijecie się, zanim ją znajdziemy, a wtedy na co się to wszystko zda?
— Ty nie możesz zrozumieć, nikt nie może tego zrozumieć — syknęła Rekla z oczami pełnymi żaru. — Ja jestem inna niż wszyscy, tylko Thenaar mnie zna. To dla niego muszę iść naprzód, a jeżeli umrę, starając się go zadowolić, będzie to dobra śmierć.
— Rozumiem wasze pragnienie i wiem, że to ogłuszające milczenie Thenaara was niszczy — powiedział Filia, patrząc jej prosto w oczy.
Rekla przez moment była zaskoczona. Nigdy jeszcze się nie zdarzyło, żeby ktoś domyślił się prawdziwego źródła jej bólu.
— Nie ośmielaj się stawać na moim poziomie! — wykrzyknęła z oburzeniem. — Nigdy! — I wymierzyła mu policzek.
Mężczyzna dalej na nią patrzył, nie cofając się nawet na krok.
— Thenaar pragnie od was służby, a nie waszej śmierci. Tracąc życie na tropie tamtej dziewczyny, nie zaskarbicie sobie jego przychylności. Musicie żyć, aby mu służyć.
Rekla zacisnęła pięści, opuszczając oczy. Jej oddech zrobił się ciężki i Filia zrozumiał, że chce jej się płakać, ale nie może zrobić tego przy nim.
— Pozwólcie, żebym was niósł — powiedział wówczas z nieoczekiwanym porywem w głosie.
Spojrzała na niego ze zdumieniem.
— Będę waszymi nogami i przysięgam, że będę biegł, będę szybszy niż do tej pory. Ale teraz odpocznijcie, proszę was.
Błysk wdzięczności przebiegł przez niebieskie oczy kobiety. Potem wyraz jej twarzy znowu stwardniał w ironicznym uśmiechu.
— Za tak słabą mnie uważasz? Przeklęta starucha bez sił, larwa niezdolna do tego, aby przydać się swojemu bogu? — Rekla wrzasnęła z rozpaczy, a echo jej słów odbiło się o skaliste ściany kanionu. Kamień oderwał się ze szczytu górującej nad nimi grani i stoczywszy się na dół, zatrzymał się u ich stóp. Żadne z nich się nie poruszyło.
— Chcę wam tylko pomóc, nic więcej. Zdradzono was, oszustwem doprowadzono was do tego stanu. Moim ciałem mogę umożliwić wam odebranie tego, co wam zabrano, więc zrobię to.
Filia czuł, że serce wyskoczy mu z piersi. Rekla milczała przez czas, który wydawał mu się wiecznością, jak gdyby jego słowa nie dotknęły jej w najmniejszym stopniu. W końcu udała uśmiech, krótki, niemal pełen zrozumienia.
— No, niech będzie. Ale nie proś mnie, żebym się zatrzymała, nie proś mnie, abym przestała. Nie mogę.
Filia zachował dla siebie swoją radość. Przytaknął i pokłonił się przed nią głęboko.
— Wiem, moja pani, wiem.
Dubhe kilka razy zamrugała oczami. Panowała ciemność, straszliwa ciemność, a ona była wstrząśnięta.
— Można wiedzieć, co u diabła próbowałaś zrobić?
Podskoczyła. Tak, naprawdę mogła rozpoznać ten głos spośród tysięcy. To on. Koszula rozdarta tam, gdzie zranił go nóż Rekli; może chudsza i bledsza twarz, ale oczy zielone, intensywne i pełne życia.
— Teraz czujesz się dobrze? — Lonerin zbliżył swoją twarz, aby lepiej jej się przyjrzeć, i dopiero wtedy Dubhe rzuciła mu się na szyję, zapominając o skostniałym z zimna ciele i o zgryzocie, która niedawno popchnęła ją do rzucenia się w wodę. Nie mogła uwierzyć własnym oczom. Lonerin przeżył, był tutaj, koło niej, a poczucie samotności, które dręczyło ją przez te wszystkie dni, w jednej chwili znikło. Nigdy nie była tak szczęśliwa.
— Ostrożnie — mruknął, ale ona nawet tego nie usłyszała i ścisnęła go jeszcze mocniej. Zapach jego skóry był niezwykły i dopiero w tej chwili Dubhe zdała sobie sprawę, jak bardzo jej miły. Wzięła głęboki oddech, z przyjemnością rozkoszując się tą znajomą wonią.
Lonerin gwałtownie przyciągnął ją do siebie, prawie rozpaczliwie. Już od tak dawna chciał to zrobić, bo jemu też jej brakowało, bo teraz, wreszcie, wszystkie kawałki trafiły na swoje miejsca.
Upadli razem na twardą skałę przy brzegu jeziora, ogarnięci entuzjazmem i radością.
Dubhe podniosła głowę i błyszczącymi oczami patrzyła w twarz towarzysza, jeszcze nie dowierzając temu darowi od losu. To był cud, prawdziwy cud: Lonerin żył i właśnie teraz znajdował się w jej ramionach, jak gdyby nic się nie stało. On popatrzył jej przeciągle w oczy, po czym niespodziewanie pocałował ją z żarem, przyciskając swoje wargi do jej ust.
Dubhe straciła dech, nie była w stanie się poruszyć.
Zaskoczył ją i zaraz porwał ją wir emocji, niczym wezbrana, porywista rzeka. Żywy obraz Mistrza powrócił do jej myśli, jak gdyby nie minął nawet dzień od tamtej nocy, prawie pięć lat temu. Czuła się zagubiona, już nie potrafiła powiedzieć, gdzie była i czyje dłonie delikatnie gładziły ją po twarzy. Ale pozwoliła się ponieść: to było właściwe, wiedziała o tym i w gruncie rzeczy niczego innego nie pragnęła. Odwzajemniła ten ukradkowy i nieoczekiwany pocałunek. Nie sądziła, że będzie do tego zdolna, i zaskoczyło ją, że porusza się z taką pewnością. Była smutna i szczęśliwa jednocześnie, zawieszona pomiędzy przeszłością a teraźniejszością, jak nigdy wcześniej. Lonerin szeptał jej do ucha słowa, których nie rozumiała, ale które słodko spływały jej po szyi. Poddała się i dała ponieść temu ciepłu. Było tak, jak zawsze marzyła, kiedy Mistrz jeszcze żył, i jak marzyła jeszcze po jego śmierci, kiedy dawała się unieść pragnieniom nastolatki, która nigdy nie była dzieckiem.
— Kocham cię — powiedział.
Dubhe otworzyła oczy, niepewna, czy naprawdę usłyszała te słowa. W półmroku jaskini twarz Lonerina naprawdę wydawała się twarzą Mistrza. Jego oddech pachniał morzem i Dubhe przypomniała sobie dom nad oceanem w dniach, kiedy wiatr był silny, a belki w dachu skrzypiały. Jego głos był jak przybój, a przed jej oczami zaczęły przesuwać się wspomnienia.
Mistrzu…
Dopiero wtedy zaczęła się zastanawiać, czy było coś niewłaściwego w tym, co robili, ale już nie mogła się wycofać — teraz, kiedy metamorfoza była całkowita, kiedy wszystko było tak, jak być powinno.
Łza stoczyła się po jej policzku, a Lonerin osuszył ją delikatnie wierzchem dłoni.
— Nie płacz…
Dubhe potrząsnęła głową, mając w uszach morze, a przed sobą obraz Mistrza.
Potem świat wydał jej się miejscem milczącym i wyciszonym.
Zatem to była miłość, której nigdy dotąd nie poznała? Tak właśnie było, kiedy spotykali się mężczyzna i kobieta? Wszystko było jak sen, z którego nigdy nie chciała się obudzić. Wiedziała, że powrót do rzeczywistości będzie ciężki, że po przebudzeniu znajdzie odpowiedzi, które jej się nie spodobają. Ale teraz nie była już sama, należała do kogoś, a pocałunki Lonerina były znakiem tej przynależności, tak słodkiej i uspokajającej. Czyż nie tego pragnęła, od kiedy umarł Mistrz?