Dwie wojowniczki [Le due guerriere - pl]
- Автор: Троиси Личия
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Videograf II
- ISBN: 978-83-7183-583-4
- Переводчик: Zuzanna Umer
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Dwie wojowniczki [Le due guerriere - pl]». Краткое содержание книги:
„Gdybyś zajmował się więcej mną, zamiast zawsze myśleć o wojnie… „ — Soana u jego boku miała nadąsaną twarz, którą bardzo lubił. Nie była naprawdę zła, udawała. Często odgrywali tę scenkę.
„Masz rację” — burknął.
Uśmiechnęła się słodko.
„Ja też byłam już za stara”.
„No to powinienem był pokochać cię wcześniej. Bo ja kochałem cię na długo, zanim ty mnie zechciałaś”.
„Wiem”.
Ido wyciągnął dłoń, aby pogłaskać ją po policzku. Ocknął się przechylony i zobaczył, jak ziemia w szybkim tempie staje się coraz bliższa. W ostatniej chwili uczepił się lejców.
Zasnął. Nie zdając sobie z tego sprawy, przeszedł z czuwania do snu.
Stary idiota… — powiedział do siebie i wymierzył sobie siarczysty policzek.
Był zbyt zmęczony. W tym stanie nie będzie mógł walczyć. Popędził konia, musiał się obudzić. Bieg nie potrwał długo; wkrótce znalazł zupełnie świeże ślady, znak, że tamta dwójka była bardzo blisko.
Kiedy tylko zeskoczył z konia, ogarnęło go przemożne wrażenie, że powtarza rolę ze starego scenariusza. Wszystko było tak, jak poprzedniego wieczoru, tylko że on był o wiele słabszy.
Zostawił zwierzę na miejscu i zaczął się czołgać po ziemi, dopóki me zobaczył ich wyraźnie w ciemnościach nocy. Mężczyzna nie spał. Siedział odwrócony do niego plecami, a jego łysa głowa błyszczała w mdłym nocnym świetle.
Ido podniósł na chwilę wzrok. Była to cudowna noc, jasna i przejrzysta. Światło gwiazd sprawiało, że na ziemi kładły się cienie.
Chłopiec leżał na ziemi obok Zabójcy. Wydawał się wykończony i patrzył na gnoma. Ido utkwił w nim wzrok i położył palec na ustach. Nie powinien się poruszać, on sam wszystko zrobi. Zaczął posuwać się na czworakach po piasku, a San obserwował go z wytrzeszczonymi oczami.
Teraz znajdował się o krok od Zabójcy i mógł poczuć zapach jego potu: zdawało się, że w niczym się nie zorientował. Ido położył dłoń na rękojeści miecza. W tym momencie mężczyzna odwrócił się gwałtownie. Miał już w ręku sztylet, gotowy uderzyć w gardło agresora. Ido ledwo zdążył skoczyć na nogi i dobyć miecza.
Przez chwilę stali nieruchomo, ze skrzyżowanym orężem, studiując się nawzajem.
— Szybki jesteś — zauważył Zabójca.
Z tym zagiętym nosem i wąskimi ustami naprawdę przypomina węża — pomyślał Ido.
— Ty też, muszę przyznać.
To była chwila. Mężczyzna skierował sztylet ku piersi przeciwnika, który stracił na chwilę czujność. On uskoczył i poczuł, jak cios przenika jego bok. Wszystkie jego mięśnie skurczyły się z bólu.
Do diabła, stary, wytrzymaj!
Przemierzył mieczem przestrzeń przed sobą, ale mężczyzna skoczył i znalazł się za jego plecami, chwytając dłońmi jego głowę.
Ido już nie dawał rady. Rana była głęboka, ręce mu mrowiły i z trudem utrzymywał w garści swoją broń.
Dlaczego on nie jest tak zmęczony jak ja?
Wolną dłonią Zabójca zacisnął mu sznur wokół szyi. Chciał go udusić. Ido spróbował zaprzeć się nogami, aby się uwolnić, ale udało mu się tylko zaczerpnąć kolejny zdławiony oddech. Uciekając się do swoich ostatnich sił, zdzielił go rękojeścią miecza, a tamten na chwilę rozluźnił uścisk. Ido wykorzystał to, żeby znowu go uderzyć, ale musnął go tylko przelotnie, zaś Zabójca znowu wymierzył w niego sztylet.
Chociaż jego odruchy były prawie stłumione, Idowi udało się jeszcze odeprzeć cios z pewną skutecznością, ale zaczynał mdleć. W tej całej ciemności podążał tylko za błyskiem ostrza sztyletu, jak gdyby wokół niego nie było niczego innego.
Raptem chwycił miecz oburącz i niewiarygodnym wysiłkiem spróbował zignorować ból rany. Tym razem go uderzył, trafił, i poczuł, jak miecz wbija się w ciało. Zabójca wydał lekki jęk, zgiął się na chwilę i sztylet wypadł mu z dłoni.
Może mi się uda — pomyślał Ido.
Podniósł się, ale tamten spojrzał na niego z uśmiechem. Obrócił się wokół własnej osi i znowu był za nim. Gwałtownie popchnął go na ziemię i gnom poczuł, jak kolanem naciska mu na łopatkę. Ból w klatce piersiowej był rozdzierający.
Zabity przez zmęczenie i starość, cóż to za idiotyczna śmierć!
Mężczyzna zacisnął mu dłonie wokół gardła. Ramiona drżały mu lekko — znak, że rana, którą wymierzył mu Ido, była głęboka. Gnom już miał dość, nie był w stanie nawet się wywinąć.
Nagle jednak poczuł, jak uchwyt się rozluźnia, po czym usłyszał głuchy odgłos upadku. Wydawało mu się to niemożliwe. Miał wolne gardło i dyszał, starając się odzyskać siły.
— Dobrze się czujesz?
Głos dziecka. W jego polu widzenia pojawiła się brudna twarz i dwoje błyszczących oczu. San. San zaatakował Zabójcę. Teraz stał przed nim, drżąc, a jego wstrząśnięta twarz była blada.
— Spokojnie, spokojnie — wyszeptał Ido, bardziej do siebie.
— Uderzyłem go w ramię, ale nie wiem, czy nie żyje…
Ido nie mógł się co do tego upewnić, ale przyjął, że jest tylko ranny. W takim razie musieli się pospieszyć, nie upłynie wiele czasie zanim Zabójca odzyska świadomość.
— Pomóż mi! — Chłopiec chwycił gnoma za ramiona i pomógł mu wstać. Ido poczuł, jak rana się rozciąga, ale najgorszy ból był w piersi. Chyba miał pęknięte żebro; wyliczył, że za niedługi czas straci przytomność.
— Zdejmij koszulę, podrzyj ją i zrób długi pas. Musisz zatamować mi krwotok.
San szlochał, pozwolił się opanować panice. Mimo to wszystkie polecenia wykonał doskonale, a Ido zauważył, że kiedy chłopiec dotykał jego rany, nie odczuwał bólu, wręcz przeciwnie.
Nie zastanawiał się, dlaczego tak było, ani nad tym, w jaki sposób dzieciak uwolnił się z lin. Musieli wsiadać na konia, nie było czasu do stracenia.
San był zręczny, a bandaże zawiązane dość ściśle, ale i tak wdrapywanie się na grzbiet konia było straszne. Ido wciąż tracił przytomność.
— Usiądź przede mną, ty poprowadzisz.
Chłopiec nie rozumiał, ale usłuchał.
— Jedź za tą czerwoną gwiazdą, która świeci na horyzoncie i wskazuje zachód. Tam jest Kraina Ognia. W dzień zobaczysz Thal, wielki wulkan… Musisz cały czas jechać w tamtym kierunku.
San płakał. Mimo wszelkich wysiłków opanował go strach, cały drżał.
— Nie zostawiaj mnie…
— San, teraz nie ma już czasu. Jedź! — powiedział Ido słabym głosem.
Koń nie ruszał się. San był jak sparaliżowany.
— Poradzisz sobie, co to takiego, jechać w kierunku czerwonej gwiazdy? Jutro mnie obudzisz i wtedy ja poprowadzę konia. Muszę zasnąć, San, muszę odzyskać siły, inaczej nie dam rady.
Chłopiec popatrzył na niego, przez chwilę milczał, po czym kiwnął głową. Kopnął w bok konia i wreszcie wyruszyli.
San cały czas płakał, ale go posłuchał. To był naprawdę odważny dzieciak i Ido, zanim stracił świadomość, uśmiechnął się do siebie.
Kiedy słońce zaczęło palić go w twarz, przebudził się gwałtownie. Wszystko było światłem, intensywnym, nie do zniesienia.
Może to są słynne zaświaty kapłanów i wkrótce przyjdzie po mnie Soana…
Ostre ukłucie bólu w piersi dało mu do zrozumienia, że nie umarł, i powoli jego wzrok odzyskał ostrość.
Przez ledwo uchylone oczy zobaczył dobrze sobie znany krajobraz: dymiący i ogromny Thal prosto przed nim, rozogniona pustynia jego ziemi. Opuścił wzrok. San pochylał się nad jego brzuchem, w brudnej i podartej koszuli, ze spuchniętym i fioletowym policzkiem. Poczuł w boku dziwne odrętwienie. Dziecko trzymało na jego ranie dłoń, jakby otoczoną niewyraźną świetlistą otoczką.