Inny wiatr [The Other Wind - pl]
- Автор: Гуин Урсула К. Ле
- Серия: Ziemiomorze #6
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 83-7337-353-5
- Переводчик: Paulina Braiter-Ziemkiewicz
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Inny wiatr [The Other Wind - pl]». Краткое содержание книги:
W „Innym wietrze” powracamy do Ziemiomorza, Archipelagu, w którym mieszkają magowie i smoki, i do bohaterów znanych z poprzednich tomów: Geda, Tenar, Tehanu, Arrena, Irian… Czas bowiem połączyć rozproszone wątki, czas pokazać, ku czemu wiodło przeznaczenie.
— Ogień i powietrze.
Tehanu nie odpowiedziała, lecz jej ręka, smukła brązowa dłoń, nie szpon, chwyciła rękę Tenar i uścisnęła ją mocno.
— Nie wiem, czym jestem, matko — szepnęła głosem, który rzadko rozbrzmiewał donośnie.
— Ale ja wiem. — Tenar czuła, jak serce ciąży jej coraz bardziej.
— Nie jestem taka jak Irian. — Tehanu próbowała pocieszyć matkę, dodać otuchy, lecz w jej głosie dźwięczała tęsknota, zazdrość, pragnienie.
— Zaczekaj, zaczekaj i sama się przekonasz — odparła matka. Mówienie przychodziło jej z trudem. — Będziesz wiedziała, co zrobić… kim jesteś… gdy nadejdzie czas.
Mówiły tak cicho, że księżniczka nie słyszała ich słów, choć i tak zapewne by nic nie zrozumiała. Zupełnie o niej zapomniały. Dosłyszała jednak imię Irian i rozchylając długimi palcami zasłony, odwróciła głowę. Jej oczy rozbłysły pośród ciepłych czerwonych cieni.
— Irian, gdzie jest?
— Gdzieś z przodu. O, tam. — Tenar machnęła ręką, wskazując dziób statku.
— Znajduje odwagę, tak?
— Nie musi jej znajdować — odparła po chwili Tenar. — Jest nieulękła.
Księżniczka westchnęła. Jej jasne oczy wyglądały z cienia ku dziobowi. Irian stała tam obok Lebannena. Król coś mówił ożywiony, gestykulował. Roześmiał się, a stojąca obok Irian, dorównująca mu wzrostem, także wybuchnęła śmiechem.
— Naga twarz — mruknęła po kargijsku Seserakh, a potem z namysłem, niemal niedosłyszalnie dodała po hardycku: — Nieulękła.
Opuściła zasłony i pozostała bez ruchu, niewidoczna.
Zostawili za sobą długie błękitne wybrzeża Havnoru. Góra Onn wznosiła się wysoko na północy. Czarne bazaltowe filary wyspy Omer sterczały po prawej stronie, gdy statek pokonywał Cieśninę Ebavnoru, zmierzając w stronę Morza Najgłębszego. Słońce świeciło jasno, wiał lekki wiatr — kolejny piękny letni dzień. Kobiety siedziały pod daszkiem z żagla, ustawionym przez marynarzy obok kabiny na rufie. Żeglarze wierzyli, że kobiety na pokładzie przynoszą szczęście, i starali się jak najbardziej uprzyjemnić im życie. Czarodzieje mogli przynosić szczęście lub pecha, więc ich również żeglarze traktowali z szacunkiem, ustawiając drugi daszek w kącie pokładu, skąd roztaczał się doskonały widok naprzód. Kobiety siedziały na aksamitnych poduszkach (dowód zapobiegliwości króla bądź jego ochmistrza); magowie na zwojach płótna żaglowego, spisujących się równie dobrze.
Olcha odkrył, iż ludzie nadal traktują go jak jednego z magów. Nie mógł nic na to poradzić, choć czuł się zakłopotany. A jeśli Onyks i Seppel sądzą, że uważa się za równego im, gdy tymczasem nie jest już nawet zwykłym czarownikiem? Nie miał mocy, stracił dar. Odczuwał to równie boleśnie, jak mógłby odczuć utratę wzroku, paraliż ręki. Teraz nie potrafiłby naprawić stłuczonego dzbanka, chyba że klejem. A i to uczyniłby kiepsko, bo nigdy nie musiał robić nic takiego.
Poza swymi umiejętnościami utracił coś jeszcze, coś większego, głębszego. Strata ta, podobnie jak śmierć żony, sprawiła, że pogrążył się w pozbawionej radości pustce, której nie mogło naruszyć nic nowego. Nic się nie wydarzy, nic nie zmieni.
Nieświadom owego ukrytego oblicza swego daru, póki go nie stracił, zastanawiał się teraz, rozmyślał nad jego naturą. Uznał w końcu, że przypomina to wiedzę, dokąd się zmierza, znajomość kierunku, w którym leży dom. Trudno to wyodrębnić czy opisać, to po prostu więź, na której wspiera się wszystko inne. Bez niej czuł tylko rozpacz. Był bezużyteczny.
Ale przynajmniej nikomu nie szkodził. Nawiedzały go wyłącznie ulotne, pozbawione znaczenia sny. Ani razu nie trafił w nich na upiorne pustkowia, porośnięte suchą trawą wzgórze, pod mur. Z ciemności nie dobiegały żadne głosy.
Często myślał o Krogulcu. Żałował, że nie może z nim porozmawiać, z Arcymagiem, który zużył całą swą moc. Niegdyś najpotężniejszy wśród potężnych, obecnie żył w biedzie i pogardzie. A przecież król bardzo pragnął okazać mu szacunek, zatem Krogulec sam wybrał biedę. Może bogactwa i majątki zawstydzałyby tylko człowieka, który utracił swe prawdziwe bogactwo.
Onyks wyraźnie żałował, że pozwolił Olsze dokonać owej niezwykłej wymiany. Już wcześniej traktował go bardzo uprzejmie. Teraz jednak zachowywał się z najwyższym szacunkiem i rewerencją, natomiast jego stosunek do czarnoksiężnika z Palnu wyraźnie ochłódł. Sam Olcha nie czuł niechęci wobec Seppela i nadal mu ufał. Dawne Moce to Dawne Moce. Człowiek odwołuje się do nich na własne ryzyko. Seppel uprzedził, jaka będzie cena, a on ją zapłacił. Nie do końca rozumiał, jak bardzo okaże się wysoka, ale to już nie wina Seppela, tylko jego własna. Nigdy nie dostrzegał prawdziwej wartości swego daru.
Siedział zatem obok dwóch czarowników niczym fałszywa moneta pośród szczerozłotych i słuchał ze skupieniem, ufali mu bowiem i mówili swobodnie, a w ich słowach kryła się nauka, o której nie mógł marzyć jako zwykły wioskowy czarownik.
Tu, w jasnym cieniu płóciennego daszku, rozmawiali o wymianie znacznie większej niż ta, której dokonał, by pozbyć się snów. Onyks kilkakrotnie wymawiał słowa w Dawnej Mowie, które wspomniał na dachu Seppeclass="underline" Verw nadan. Powoli Olcha zaczynał pojmować, iż słowa te znaczą wybór, podział, rozdzielenie jedności na dwie części. Dawno, dawno temu, przed czasami królów z Enladu i powstaniem pisma hardyckiego, może w ogóle przed językiem hardyckim, gdy istniała jedynie Mowa Tworzenia, ludzie dokonali wyboru. Zrezygnowali z jednej wielkiej mocy bądź czegoś, co posiadali, po to by zdobyć inną.
Trudno mu było zrozumieć rozmowę magów — nie dlatego że coś ukrywali, lecz ponieważ poszukiwali znaczeń wydarzeń z odległej, mglistej przeszłości, czasów, których nie sięga pamięć. Z konieczności w ich ustach pojawiały się często słowa z Dawnej Mowy. Czasami Onyks całkowicie na nią przechodził. Seppel zawsze odpowiadał po hardycku — oszczędnie używał Słów Tworzenia. W pewnej chwili uniósł dłoń, powstrzymując Onyksa, a gdy czarodziej z Roke spojrzał na niego pytająco, odparł łagodnie:
— Magiczne słowa mogą działać.
Nauczyciel Olchy, Gap, także nazywał słowa z Dawnej Mowy magicznymi. Każde ukrywa w sobie potężny czyn, powtarzał. Prawdziwe słowo tworzy prawdę. Gap bardzo rzadko używał znanych sobie magicznych słów. Wymawiał je jedynie w potrzebie, a gdy zapisywał jakąkolwiek runę prócz zwykłych hardyckich, zmazywał ją, gdy tylko skończył. Większość magów zachowywała podobną ostrożność, niektórzy dlatego że zazdrośnie strzegli swej wiedzy, inni z szacunku, jaki żywili wobec Mowy Tworzenia. Nawet Seppel, czarnoksiężnik dysponujący znacznie rozleglejszą wiedzą i zrozumieniem owych słów, wolał nie odwoływać się do nich w rozmowie, lecz trzymać się pospolitego języka, który pozwalał nie tylko na błędy i kłamstwa, ale też niepewność i zmianę zdania.
Być może, właśnie to stanowiło część wielkiego wyboru, jakiego ludzie dokonali u zarania dziejów, rezygnacja z dogłębnej znajomości Dawnej Mowy, którą niegdyś władali równie dobrze jak smoki. Olcha zastanawiał się, czy uczynili to, aby zdobyć własny język, język pasujący do ludzi, w którym mogli kłamać, oszukiwać, zwodzić i wymyślać cuda, jakie nigdy nie istniały i nie powstaną.
Smoki znały jedynie Dawną Mowę. A przecież ludzie zawsze powtarzali, że smoki kłamią. Czy tak jest rzeczywiście? Skoro magiczne słowa są prawdziwe, czy smok może nimi skłamać?
Seppel i Onyks dotarli do jednej z pełnych namysłu chwil przerwy w swej rozmowie. Widząc, iż Onyks drzemie, Olcha zwrócił się do czarnoksiężnika z Palnu.