Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2005
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7469-032-4
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]». Краткое содержание книги:
Gniewnym wzrokiem omiotła pozostałych strażników i pomaszerowała dalej. Angua dostrzegła w tłumie gapiów jeszcze kilka podobnych. Tu i tam zauważyła błysk bieli.
— Ja na przykład pomyślę, że ci Klatchianie to bardzo mężni ludzie — mruknął Marchewa. — Obawiam się, Nobby, że to białe piórko miało cię zawstydzić i skłonić, żebyś się zaciągnął.
— Aha. No to w porządku — odetchnął Nobby, człowiek, u którego wstyd nie budził wstydu. — I niby co mam z nim zrobić?
— To mi przypomina… — wtrącił nerwowo Colon. — Mówiłem wam, co powiedziałem lordowi Rustowi?
— Do tej pory siedemnaście razy — odparła Angua, obserwując kobiety z piórkami. Po czym dodała, jakby do siebie: — „Wracaj z tarczą albo na tarczy”.
— Ciekawe, czy mogłaby mi dać jeszcze trochę — zastanawiał się Nobby.
— Co takiego? — spytał Marchewa.
— Te pióra. Wyglądają na prawdziwe gęsie. Przydałoby mi się dużo więcej…
— Chodziło mi o to, co powiedziała Angua.
— Co? Aha… tak mawiały kiedyś kobiety, kiedy posyłały swoich mężczyzn na wojnę. Wracaj z tarczą albo na tarczy.
— Na tarczy? — zdziwił się Nobby. — Znaczy, jak na saniach albo coś w tym rodzaju?
— Jak martwy — wyjaśniła Angua. — To znaczyło: wróć jako zwycięzca albo wcale.
— No, ja tam zawsze wracałem ze swoją tarczą — zapewnił Nobby. — Żadnych problemów.
— Nobby… — westchnął Colon. — Ty zwykle wracałeś z własną tarczą, z tarczami wszystkich pozostałych, workiem zębów i piętnastoma parami jeszcze ciepłych butów. Na wózku.
— No, przecież nie ma sensu ruszać na wojnę, jak się nie jest po stronie wygrywających — oświadczył Nobby, mocując białe piórko do hełmu.
— Ty, Nobby, zawsze byłeś po stronie wygrywających, a to z takiego powodu, że zwykle czaiłeś się gdzieś z boku i patrzyłeś, kto wygrywa, a potem z jakiegoś zabitego biedaka ściągałeś właściwy mundur. Słyszałem, że generałowie pilnie uważali, co masz na sobie, żeby wiedzieć, jak toczy się bitwa.
— Wielu żołnierzy służyło w różnych regimentach — bronił się Nobby.
— Jasne. To szczera prawda — zgodził się Colon. — Tylko zwykle nie podczas jednej bitwy.
Wrócili wszyscy na komendę. Większa część zmiany wzięła sobie dzień wolny. W końcu kto niby dowodził? Co mieliby dzisiaj robić? Zostali tylko ci, którzy nigdy nie myśleli o sobie jak o niebędących na służbie, oraz młodzi rekruci, których gorący zapał jeszcze nie wygasł.
— Jestem pewien, że pan Vimes coś wymyśli — uznał Marchewa. — Wiecie, lepiej odprowadzę Goriffów do ich baru. Pan Goriff mówi, że się spakują i wyjadą. Wielu Klatchian wyjeżdża. I trudno im się dziwić.
Marzenia senne wznosiły się wraz z nim jak bąble powietrza. Vimes wynurzył się z czarnej otchłani snu.
Ostatnio cenił sobie chwile tuż po przebudzeniu. Wtedy właśnie pojawiały się rozwiązania. Podejrzewał, że niektóre części mózgu wstawały nocą i pracowały nad problemami poprzedniego dnia, by rano, gdy tylko otworzy oczy, przedstawić mu rezultaty.
Teraz jednak pojawiły się tylko wspomnienia. Skrzywił się. Przybyło kolejne. Jęknął. Dźwięki odbijającej się po stole jego odznaki odtworzyły się w pamięci. Zaklął.
Zsunął nogi z pościeli i nie patrząc, sięgnął do nocnej szafki.
— Bingely-bingely biip!
— No nie… Dobra, która godzina?
— Pierwsza po południu! Dzień dobry, Tu-Wstaw-Swoje-Imię.
Vimes mętnym wzrokiem popatrzył na De-terminarz. Pewnego dnia — wiedział to — będzie musiał spróbować zrozumieć instrukcję tego piekielnego urządzenia. Albo to, albo rzuci je w przepaść[9].
— Co… — zaczął i znowu jęknął. Powróciło właśnie, by go dręczyć, brzdęknięcie rozwiniętego turbanu, kiedy zawisł na nim całym ciężarem.
— Sam? — Do sypialni weszła Sybil z filiżanką w ręku.
— Tak, kochanie?
— Jak się czujesz?
— Nawet siniaki mam posinia… — Kolejne wspomnienie wypełzło z głębin poczucia winy. — Niech mnie, czy ja naprawdę go nazwałem strugą…
— Tak — potwierdziła jego żona. — Fred Colon zjawił się rano i wszystko mi opowiedział. Bardzo dobry opis, moim zdaniem. Chodziłam kiedyś z Ronniem Rustem. Zimny jak ryba.
Kolejne wspomnienie pękło w głowie Vimesa niczym bańka gazu bagiennego.
— Czy Fred ci mówił, gdzie kazał Rustowi wsadzić jego rozkazy?
— Tak. Trzy razy. Zdaje się, że ciąży mu to na sercu. Chociaż, znając Ronniego, trzeba by użyć młota.
Vimes już dawno się przyzwyczaił do faktu, że cała arystokracja znała się po imieniu.
— A czy Fred powiedział ci coś oprócz tego? — zapytał nieśmiało.
— Tak. O tym lokalu, o pożarze i wszystko. Jestem z ciebie dumna. — Pocałowała go.
— Co ja teraz mam robić?
— Wypić herbatę, a potem się umyć i ogolić.
— Powinienem iść na komendę i…
— Golenie! W dzbanku masz gorącą wodę.
Kiedy wyszła, zwlókł się z łóżka i poczłapał do łazienki, gdzie na marmurowym blacie rzeczywiście czekał dzban gorącej wody. Przyjrzał się twarzy w lustrze. Niestety, należała do niego. Może gdyby się najpierw ogolił… A potem może umyć te kawałki, które zostaną.
Odpryski wspomnień z zeszłej nocy cały czas z szacunkiem zwracały na siebie jego uwagę. Głupio wyszło z tym gwardzistą, ale niekiedy zwyczajnie nie ma czasu na dyskusje.
Nie powinien tego robić ze swoją odznaką. To już nie są dawne czasy. Teraz ma obowiązki. Powinien zostać i starać się choć trochę złagodzić…
Nie. To się nigdy nie udaje.
Zdołał jakoś nałożyć pianę na twarz. Dekret o Zamieszkach… Wielcy bogowie… Starannie jeździł brzytwą po skórzanym pasie. Mleczne oczy Rusta spoglądały z głębin pamięci. To drań! Tacy ludzie uważają, ale szczerze uważają, że straż to coś w rodzaju psa pasterskiego, który kąsa stado, szczeka, kiedy mu każą, i nigdy, ale to nigdy nie ugryzie pasterza…
O tak. Vimes był absolutnie pewien, kto jest nieprzyjacielem.
Tyle że…
Nie ma odznaki, nie ma straży, nie ma pracy…
Kolejne wspomnienie pojawiło się spóźnione.
Z pianą kapiącą mu na koszulę wyciągnął z kieszeni zapieczętowany list Vetinariego i rozciął brzytwą kopertę.
Wewnątrz była czysta kartka papieru. Odwrócił ją, ale po drugiej stronie też nic nie znalazł. Zdumiony, obejrzał kopertę.
Szlachetny sir Samuel Vimes.
Miło z jego strony, że tak precyzyjnie się wyraził, pomyślał Vimes. Jaki jest sens wysyłania wiadomości bez żadnej wiadomości? Niektórzy mogliby pewnie w roztargnieniu wsunąć do koperty niewłaściwą kartkę papieru, ale nie Vetinari. Co miał na celu, wysyłając list, który stwierdzał tylko, że Vimes jest szlachcicem? Na miłość bogów, sam doskonale zdawał sobie sprawę z tego krępującego faktu…
Jeszcze jedno drobne wspomnienie pękło cicho, jakby mysz puszczała wiatry w czasie huraganu.
Kto to powiedział? Każdy dżentelmen…
Vimes patrzył przed siebie niewidzącym wzrokiem. Przecież jest dżentelmenem, prawda? Oficjalnie.
Nie zaczął krzyczeć, nie wybiegł z pokoju. Skończył się golić, umył się, włożył czystą bieliznę. Bardzo spokojnie.
Na dole Sybil szykowała mu posiłek. Nie była dobrą kucharką. Vimesowi to odpowiadało, bo sam nie był dobrym jedzącym. Po całym życiu spędzonym na ulicach żołądek nie funkcjonował należycie. Zawsze pożądał tych małych, brązowych, chrupiących kawałków, z grupy pokarmów dla bogów, a na Sybil można było polegać, że za długo zostawi patelnię na smoku.
9
Jedna z uniwersalnych zasad szczęśliwego życia brzmi: Zawsze bądź ostrożny wobec dowolnego pomocnego urządzenia, które waży mniej niż instrukcja jego obsługi.