Tajemna historia Moskwy
- Автор: Sedia Ekaterina
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Tajemna historia Moskwy». Краткое содержание книги:
Ale nie innym. To kara, podejrzewał, za jego dawne tchórzostwo i drobne, ale codzienne zdrady. Wszyscy mówili, że jest im dobrze, gdzie są, a niektórzy zagrozili napuszczeniem na niego Ochrany. Wszyscy chcieli wierzyć, że najgorsze minęło, że przeżyją, bo są albo zbyt ważni, albo zbyt niepozorni. Herszel uśmiechnął się smutno na myśl o ich złudzeniach i nagle poczuł się zakłopotany swoją zarozumiałością – przecież wcale się od nich nie różnił.
W końcu tylko jego rodzina zgodziła się pójść do podziemia. Była to lekcja, jak przypuszczał – smutna lekcja o smutnym stanie kraju, gdzie jedyna droga ucieczki prowadziła pod ziemię, gdzie na jego życiu zależało tylko pogańskim bóstwom, w które nawet nie wierzył.
Fiodor pokiwał w milczeniu głową. Siedział obok Oksany, która przytulała się do najmłodszej córki Herszela i Rozy, wiecznego niemowlęcia w powijakach. Dziecko zaczęło radośnie gaworzyć i Oksana się roześmiała.
– Prawda, jaka milutka? – Zapytała Fiodora.
Wzruszył ramionami, nie chcąc podejmować tematu; dzieci były mu obojętne, zwłaszcza te, które jeszcze nie umiały mówić. Słuchał głosów wznoszących się dokoła. Skupiony na opowieści Herszela, stracił coś ważnego i teraz wytężał słuch, żeby to nadrobić. Elena zadecydowała, że wypad na powierzchnię jest najlepszym wyjściem, i pozostawało tylko pytanie, kto poprowadzi ekspedycję. Na pewno nie Pan, oświadczyła. Pan, z rozłożystym porożem i smutnymi oczyma, dąsał się w kącie, wyzywająco krzyżując koźle nogi i ludzkie ręce.
To nic osobistego, wyjaśnił Wij. Zeszłym razem akcja przebiegała zbyt chaotycznie, była niezorganizowana. Nie możesz wypędzać wszystkich swoich sług na powierzchnię i ukazywać się w postaci kolorowej zjawy, bo zostaniesz wzięty za diabła lub halucynacje. Mogliby ocalić więcej ludzi, dodał, gdyby wysłali kogoś, kto bardziej przypominał człowieka.
– Jak ty – burknął z kąta Pan. Zawtórował mu powszechny śmiech, który ucichł, gdy tylko pomocnicy Wija podeszli z widłami, żeby podnieść jego straszne powieki.
– Wij ma rację – poparła go Elena – zwłaszcza że to będzie rekonesans. Powinniśmy wysłać ludzi. Może ty pójdziesz, Fiodorze?
Fiodor nie spodziewał się takiego obrotu sprawy.
– Ja?! Dlaczego?!
– Ponieważ niedawno przybyłeś z powierzchni – odparła Oksana. – Podobnie jak ja.
– Jeśli chcesz, możesz zabrać moje szczury – zaproponował Sowin. – Też chciałbym pójść, ale…
– W porządku – przerwała mu Elena. – Naprawdę nie musisz się tłumaczyć. Nie chcesz iść, nie idź.
– Ja też mogę? – Zapytał Fiodor.
– Nie. Ty jeszcze nie zapłaciłeś.
Za wszystko trzeba płacić, tyle Fiodor wiedział. Nie zdawał sobie sprawy, że jego cierpienia uznano za błahe, że został osądzony i stwierdzono u niego braki. Jego drobne pospolite udręki poczytano za afektacje zasadniczo zdrowej duszy, wolnej od ran i prawdziwego smutku. Pomyślał, że to dziwne, czuć się winnym i niedocenionym, podczas gdy całe jego życie było niczym więcej niż jedynie nieprzerwanym pasmem beznadziei i powolnym opadaniem ku najniższemu wyobrażalnemu stanowi energetycznemu. I co za to dostał? Miał być rzucony z powrotem w kotłujący się rynsztok, z którego zdołał uciec, z cygańską dziewczyną i stadem szczurów do towarzystwa.
– Nie jest źle – powiedziała Oksana i delikatnie poklepała go po ręce. Nagle to ona była tą silną, to ona dodawała otuchy i panowała nad sytuacją. – Jestem pewna, że wszystko pójdzie dobrze.
– Jak wrócimy na powierzchnię?
– Nie wiem. – Oksana popatrzyła pytająco na Elenę. Elena wzruszyła ramionami i spojrzała na Pana. Pan parsknął w piwo.
– Nie chcecie mojej pomocy, znajdźcie sobie kogoś innego.
– Ja was tam dostarczę – oznajmił Ojczulek Mróz. Choć siedział spory kawałek dalej, przy barze, trudno było nie zwrócić uwagi na jego dudniący głos i widoczną z daleka czerwoną czapkę. – O ile nie macie nic przeciw wczesnej zimie.
Fiodor pomyślał o menelach i żebrakach, o długich fluorescencyjnych tunelach podziemnych skrzyżowań i stacji przesiadkowych metra.
– Byle nie za srogiej – poprosił.
– Nie będzie za zimna – zgodził się Ojczulek Mróz. – Ale śnieżna.
Była noc i świecił księżyc w pełni. Wyszli z zamarzniętego lasu pełnego girland, kwiatów i niezwykłych drzew z czystego lodu, a gdy się obejrzeli, zobaczyli, że las jest tylko warstwą szronu na oknie wystawy. Fiodor zadarł głowę, patrząc na duże wilgotne płatki śniegu sypiące się z niskich chmur, podświetlonych srebrzystą poświatą.
– Tego mi brakowało – powiedziała Oksana. Zadrżała, chowając ręce głęboko w kieszenie wyświechtanego paletka z nastroszonym sztucznym futrem na kołnierzu i łatami na łokciach. – Naprawdę.
– Mnie chyba też – mruknął Fiodor. Zastanowił się przelotnie, dlaczego nie jest poruszony pięknem śniegu i zupełnie niezwykłą ciszą nocy, i dopiero po chwili uświadomił sobie, że padający śnieg stłumił zwyczajny ryk samochodów i rozbrzmiewające od czasu do czasu pijackie krzyki. Podejrzewał, że ta niezdolność do odczuwania wzruszenia jest swego rodzaju wadą wrodzoną, i chciałby coś z tym zrobić, chciałby nauczyć się czuć coś poza upartym strachem przed Cyganami i całym światem.
Szczury otaczały ich jak ciemna kałuża – rozbiegały się i zbiegały, przyciskając się mocno do siebie i kolejno podnosząc różowe łapki, by chronić je przed kontaktem ze śniegiem.
– Lepiej chodźmy – powiedziała Oksana. – Marzną.
– Dokąd? – Zapytał Fiodor.
– Gdzie możemy się ukryć ze stadem szczurów? W taborze, jak sądzę.
Fiodor chuchnął na palce.
– Wiesz, gdzie są?
Pokręciła głową.
– To nie ma znaczenia. Możemy pójść na którykolwiek dworzec, zobaczyć, czy są tam Cyganie. – Popatrzyła na linię dachów na tle nieba. – Najbliżej jest Kijowskiej. Sprawdźmy, kogo tam znajdziemy. Jeśli wolisz, możemy spróbować w parku.
Fiodor ruszył z nią po zasypanej śniegiem ulicy. Słaby wiatr tworzył wiry śniegu; podnosiły się i upadały, obciążone grubymi płatkami. Zła pogoda dla narciarzy, pomyślał, śnieg jest za ciężki, za mokry. Będzie się przyczepiać do nart wielkimi grudami.
Szczury otoczyły szczelniej stopy Oksany, próbując schować się pod spódnicą i rąbkiem płaszcza. Niektóre ośmieliły się do tego stopnia, że wskoczyły na buty Fiodora i wcisnęły się w nogawki. Czuł na łydkach ich futro, zaskakująco ciepłe i miękkie. Z westchnieniem zgarnął kilka gryzoni i włożył do kieszeni. Inne uznały to za zaproszenie, błyskawicznie wspięły się na jego ramiona i wcisnęły pod grubą pikowaną kurtkę, którą pożyczył od Sowina, za ciasną, ze zbyt długimi rękawami.
– Polubiły cię – powiedziała z uśmiechem Oksana. Biały śnieg osiadał na jej czarnych włosach, tworząc grubą przejrzystą koronę, gdy się topił i znowu zamarzał.
„A ty?" – chciał zapytać, ale nie mógł zmusić języka do wypowiedzenia tych słów. Lepiej zastanawiać się w duchu niż raz na zawsze zyskać pewność, że przez swoją niezdolność do odczuwania jest antypatyczny; nigdy nie próbował rozważać paradoksu swojej obojętności i silnego pragnienia, żeby ktoś go polubił, choćby Cyganka – zwłaszcza Cyganka.
13 PTAK GAMAJUN
Galina znów śniła o Maszy. Oczami duszy ujrzała kawkę, wielką i spuchniętą z powodu choroby, ale z ludzkimi rękami, całymi i gładkimi, jak je pamiętała.