Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
Pan Lodowego Ogrodu. Tom II - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom II

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
1 ... 33 34 35 36 37 38 39 40 41 ... 116
Перейти на страницу:

Być może.

Jednak nie miałem ochoty wejść w skalny korytarz, by wychynąć po drugiej stronie, ściśnięty między ścianą a przepaścią.

Miodunka zanosiła się świergotem, jakby gardło miało jej pęknąć. Gdzieś w wąwozie spadł pojedynczy kamyk. Strzelił ostro, odbijając się od skał, zagrzechotał po żwirze. Nic się nie ruszało.

A potem zobaczyłem krótki błysk na szczycie skały. Po prostu iskrę. Drobinkę słonecznego światła odbitą od lśniącego miką lub kryształem kawałka skały. Lub od polerowanej stali.

Strzepnąłem lejcami, każąc zwierzętom nagle zerwać się do biegu, i natychmiast ściągnąłem uprząż mocno i gwałtownie na lewą stronę. Jeden osioł niemal stanął dęba, drugi usiłował skręcić w miejscu i wszystko się splątało. Nogi, rzemienie, żerdzie dyszla, orczyki.

Onagery runęły bezwładnie, dwukółka przewróciła się z trzaskiem, rozsypując ładunek i wyrzucając na drogę tuż obok mnie ogłupiałego Brusa.

Ale stało się to, co chciałem zrobić. Leżące wśród szczątków uprzęży, ryczące przeraźliwie pociągowe zwierzęta i wywrócony wóz, bezsilnie obracający kołem w powietrzu, w jednej chwili wzniosły przed nami barykadę.

Pierwsza strzała uderzyła w momencie, kiedy wóz się wywracał, i wbiła się w wypukły bok onagera. Zwierzę wydało z siebie przeraźliwy wrzask, podobny do trąbienia, kolejne dwie strzały trafiły ze stukiem w dno dwukółki, następna z ostrym bzyknięciem przeleciała mi tuż nad głową jak stalowy szerszeń.

W naszych bagażach nie było łuków. Nie na wiele by się zresztą zdały.

Brus dźwigał się niemrawo, potrząsając głową, krew toczyła mu się strumykami po twarzy i kapała na drogę, kolejne strzały wbiły się z ohydnym plaśnięciem w boki zwierząt rzucających się rozpaczliwie wśród pozrywanej uprzęży. Podczołgałem się, by chwycić kij szpiega i przyciągnąć do siebie. Wydobyłem miecz, uwolniłem ostrze na drugim końcu kija, zmieniając go we włócznię.

Brus też czołgał się po rdzawych kamieniach, znacząc je strużkami krwi z rozbitej głowy, ale zamiast broni, tulił do siebie srebrną maskę kapłana. Kolejna strzała odbiła się od skały tuż obok wozu. Drzewce rozszczepiło się pękiem drzazg, zmieniając się w dziwaczny kwiat.

Wyglądało na to, że z Brusa na razie nie będzie pożytku. Założył maskę, słyszałem, jak brzęczy w środku słowami litanii do Podziemnej Matki.

Biegli.

Widziałem, że zeskakują ze skał i gnają w stronę dwukółki z obnażonymi mieczami. Słyszałem tupot ciężkich, wojskowych sandałów.

Trzech.

Byli już o kilkanaście kroków, kiedy z wąwozu wyłoniło się kolejnych trzech. Dwóch z łukami w rękach i jeszcze jeden idący na końcu. Ci nie biegli, tylko zwyczajnie maszerowali na nas, łucznicy z założonymi już strzałami na cięciwach. To nie były wygięte, klejone łuki zaganiaczy, lecz zwyczajna myśliwska broń. Zdążyłem dostrzec, że wszyscy napastnicy mają na sobie rozmaite ubrania podróżne, głównie w kolorach średnich kast.

Dwóch łuczników i czterech pieszych.

Na mnie jednego.

Brus leżał skulony na ziemi.

— Wszystko sama dajesz i wszystko sama zabierasz... — dotarło do mnie.

Nie mogłem uciekać i zostawić go tutaj, zresztą dopadliby mnie prędko. Na tym pustkowiu strzelcy mieliby ze mną najwyżej chwilę zabawy.

Moją jedyną szansą była reduta z przewróconego wozu i to, że nie spodziewali się oporu. Kimkolwiek byli, mieli zamiar napaść na podróżującego z adeptem kapłana. Na dwóch bezbronnych wędrowców.

Schowałem miecz do wnętrza drzewca i postanowiłem walczyć kijem. Niech kostur szpiega stanie się tym, czym powinien — ciągiem śmiertelnych niespodzianek. Niech mój przeciwnik dowie się, że mam miecz, dopiero gdy zagłębi mu się w trzewia.

Zdążyłem jeszcze wyrwać z obsady pogruchotany i podarty parasol i oprzeć go o ziemię, po czym przykląkłem za nim w gotowości, trzymając kij pod pachą.

Słyszałem, jak wrzeszczą w biegu, słyszałem, jak żwir zgrzyta pod podeszwami ciężkich, skórzanych sandałów.

Pozwoliłem, by ogień w mojej duszy znów zapłonął. Rzuciłem w niego wszystko, co jest pełne złej siły. Jak szmaty nasączone oliwą albo smolne drzazgi. Wspomnienie Maranaharu. Pożar trawiący Wioskę Chmur. Okrwawione łapy potrząsające głową mojej Aiiny. Nadzy ludzie stłoczeni w zagrodzie na żer Podziemnej Matki. Mgnienia krótkie i ulotne niczym iskry. Niech płonie. Niech huczy. A potem niech popłynie moimi żyłami.

Musiałem obudzić w sobie tygrysa. Jestem tygrysim szczenięciem. Zawsze byłem. Ja — Płomienisty Sztandar, Władca Tygrysiego Tronu, kai tohimon klanu Żurawia.

Czułem, że ogień mnie wypełnia, huczy w głowie, tryska z oczu, rozszerza nozdrza, że podnosi górną wargę. Że w szczęce rosną mi tygrysie kły.

Usłyszałem, jak wrzeszczą do siebie:

— Stary tu leży! Rozwalił łeb! Małego nie widzę!

— Szukać skrzynki! — Rozległo się z oddali, a wtedy rozpoznałem głos Mirah. Adeptki, która mogła być Mirah.

I wtedy ktoś uderzeniem miecza odrzucił parasol, pod którym się kuliłem.

I pozwoliłem, by ogień wybuchł.

Wystrzeliłem ze swojej kryjówki niczym zwinięta w kłębek żmija. Kij zawarczał w powietrzu, kiedy jeszcze byłem w skoku, trafiłem żołnierza z góry w nadgarstek, trzasnęła kość, moje nogi uderzyły o ziemię wśród jego wrzasku, drugi koniec kija trafił go w grdykę, napastnik runął w tył plecami na moje biodro, przekoziołkował i gruchnął o ziemię, wzbijając chmurę pyłu.

Drugi skoczył na mnie z mieczem uniesionym do skroni, ostrzem do przodu i wystawionym barkiem. W postawie kogoś, kto przywykł do krycia się za tarczą.

Obróciłem pierścień, ostrze szczęknęło gdzieś z tyłu, zawinąłem kijem, który był już włócznią. Uchylił się, ciął, sparowałem uderzeniem drzewca i kopnąłem mężczyznę w kolano, uchylił się, znowu sparowałem, ostrza szczęknęły, odskoczyliśmy od siebie.

Miał rozciętą dłoń, krew zaczęła kapać na ziemię, w chmurę kurzu podniesioną naszymi stopami. Zaczęliśmy krążyć wokół siebie jak psy. Wszystko to trwało zaledwie mgnienie. Dziwaczna, rozciągnięta w czasie chwila. Ten, którego powaliłem, nie zdążył się jeszcze podnieść, trzeci klęczący nad Brusem z mieczem w dłoni patrzył na nas ze zdumieniem, ale już podrywał się do mnie, widziałem jego otwarte we wrzasku usta, słyszałem, jak Brus mamroce w maskę: „Ciemiężyciele! Świnie pękniętego świata! Gniew Matki!".

Znowu doskoczyliśmy do siebie, nagle i wściekle, miecz zaszczekał o twarde drzewce, cięcie miecza, blok, pchnięcie włóczni, unik, cięcie, unik.

Jakby ktoś nagle i szybko zagrał na kebiryjskich bębenkach. W dziwacznym, dzikim rytmie tańca pustynnych wojowników.

I znowu cisza.

Tamten trzeci skoczył na mnie, ale zastygł w pół skoku, chwycony przez leżącego Brusa za pas. Zwalili się na ziemię, Brus ryczał modlitwy, jakby to były przekleństwa.

Znowu krążyliśmy wokół siebie. Przeciwnik miał szeroką, ogorzałą twarz, z blizną wijącą się przez policzek i po podbródku, przecięta koszula odchyliła się, pokazując poznaczoną tatuażem pierś, po której toczyła się krew z płytkiej rany. Jego oczy były niczym podłużne krople zakrzepłej smoły.

Już nie przybierał postawy piechoty. Krążył, pochylony na ugiętych nogach, wystawiając ostrze do przodu jak nóż. To weteran traktów, podłych zaułków, spelun i szulerni. Stoczył dziesiątki walk, ale nie mieczem i nie z przeciwnikiem dzierżącym włócznię.

Ten powalony jako pierwszy zaczął wstawać, potrząsając głową i charcząc, trzymał się jedną ręką za gardło. Łucznicy już dobiegali, słyszałem tupot ich sandałów zaraz za wozem.

1 ... 33 34 35 36 37 38 39 40 41 ... 116
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)