Oko czasu [Time's Eye - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М., Кларк Артур Чарльз
- Серия: Odyseja czasu #1
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Vis-
- ISBN: 978-83-61516-00-2
- Переводчик: Stefan Baranowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Oko czasu [Time's Eye - pl]». Краткое содержание книги:
Bisesa i Brytyjczycy mieli podróżować z macedońskimi oficerami, którzy szli pieszo tak jak ich żołnierze, a nawet jak towarzysze i generałowie Króla. Jedynie Król z powodu odniesionych ran musiał jechać na wozie ciągnionym przez kilka koni. Razem z nim jechał jego osobisty lekarz, Grek imieniem Filip.
Ale kiedy wyruszyli, Bisesa zdała sobie sprawę, że tysiąc żołnierzy ze swym ekwipunkiem, służącymi, zwierzętami jucznymi i oficerami to tylko rdzeń całej kolumny. Za nimi ciągnął tłum kobiet i dzieci, handlarzy z wyładowanymi wozami, a nawet kilku pastuchów prowadzących stado wychudłych owiec. Po kilku godzinach marszu ten obdarty orszak rozciągnął się na długości pół kilometra.
Prowadzenie takiej armii wraz z jej ekwipunkiem przez wiejską okolicę wymagało ogromnego wysiłku, czego nie kwestionował nikt z zainteresowanych. Mimo to, kiedy marsz nabrał właściwego rytmu, żołnierze, z których część już pokonała tysiące kilometrów z Aleksandrem, znosili to bez szemrania, automatycznie stawiając kolejne kroki, tak jak to czynią żołnierze podczas forsownego marszu. Marsz nie był niczym nowym dla Bisesy ani dla brytyjskich żołnierzy i nawet de Morgan znosił wysiłek w milczeniu, okazując hart ducha i determinację, którą Bisesa niechętnie musiała podziwiać. Czasami Macedończycy śpiewali dziwne, tęskne pieśni w nieznanych tonacjach, które w uszach Bisesy brzmiały jakoś fałszywie. Ci ludzie z zamierzchłej przeszłości wciąż wydawali jej się dziwni: niscy, przysadziści, barwni, jak gdyby należeli to zupełnie innego gatunku.
Kiedy tylko nadarzyła się okazja, przyglądała się Królowi.
Siedząc na wspaniałym, ciężkim, złotym tronie i podróżując przez Indie dzięki sile zwierząt, Aleksander miał na sobie pasiastą tunikę, na głowie złoty diadem oplatający fioletową macedońską czapkę, a w dłoni dzierżył berło. Nie miał w sobie zbyt wiele z Greka. Może fakt, że przyjął perskie zwyczaje, był czymś więcej niż dyplomatyczny zabieg; może dał się skusić wspaniałości i bogactwu tego cesarstwa.
Podczas całej podróży, u jego boku siedział potulny prorok, Aristander, brodaty starzec w brudnej białej tunice, o ostrym, taksującym spojrzeniu. Bisesa domyślała się, że ten oficjalny jasnowidz Króla może być zaniepokojony wpływem ludzi z przyszłości na swoją pozycję. Tymczasem perski eunuch imieniem Bagoas opierał się nonszalancko o oparcie tronu. Był przystojnym, mocno umalowanym młodzieńcem, odzianym w przeświecającą togę i od czasu do czasu głaskał Króla po głowie. Bisesę rozbawiły gniewne spojrzenia, jakie Hefajstion rzucał na tę postać.
Aleksander siedział skulony na swym tronie. Z pomocą telefonu Bisesa bez większych trudności ustaliła, w jakim okresie jego panowania spotkała go na swej drodze. Wiedziała więc, że ma trzydzieści dwa lata i chociaż ciało miał silne, robił wrażenie wyczerpanego. Po wielu latach nieustannej kampanii, kiedy prowadził swych ludzi w wir walki z pełnym poświęcenia męstwem, które niekiedy musiało graniczyć z szaleństwem, Aleksandrowi dawały się we znaki skutki kilku poważnych obrażeń. Wydawało się, że ma nawet trudności z oddychaniem, a kiedy stał, to tylko dzięki wyjątkowej sile woli.
Dziwnie było pomyśleć, że ten wciąż młody człowiek już doszedł do tego, że sprawował rządy na obszarze ponad dwóch milionów kilometrów kwadratowych i że bieg historii zależał od jego kaprysów, a jeszcze dziwniejsze było, gdy człowiek sobie uświadomił, że jego kariera minęła już swe apogeum. Tylko kilka miesięcy dzieliło go od śmierci, a dumni, lojalni oficerowie, którzy mu towarzyszyli, wkrótce zaczną rozszarpywać jego królestwo. Bisesa zastanawiała się, jaki nowy los go teraz czeka.
Po południu przerwano marsz i żołnierze szybko zbudowali rozległe miasteczko namiotów w delcie Indusu.
Gotowanie było, jak się okazało, powolnym i skomplikowanym procesem i upłynęło trochę czasu, zanim zapalono ogniska i jedzenie zaczęło bulgotać w kotłach i garnkach. Ale w międzyczasie było mnóstwo picia, była muzyka, tańce, a nawet improwizowane przedstawienia teatralne. Handlarze rozstawili swoje stragany, a w obozie pojawiło się kilka prostytutek, które po chwili zniknęły w namiotach żołnierzy. Jednak większość obecnych kobiet to były żony albo kochanki żołnierzy. Oprócz Hindusów, byli tu także Macedończycy, Grecy, Persowie, Egipcjanie, a nawet jakieś egzotyczne postacie, których narodowości Bisesa praktycznie nie znała, jak Scytowie czy Baktrianie. Wielu z nich miało dzieci, niektóre po pięć czy sześć lat, których karnacja i kolor włosów zdradzały mieszane pochodzenie i w całym obozie rozlegał się osobliwy gwar zawodzących głosików.
W nocy Bisesa leżała w swoim namiocie i próbowała zasnąć, słuchając płaczu dzieci, śmiechu kochanków i żałosnego zawodzenia pijanych, stęsknionych za domem Macedończyków. Bisesę wyszkolono tak, aby mogła brać udział w kilkugodzinnych misjach latających i zwykle przebywała poza bazą nie więcej niż jeden dzień. Ale żołnierze Aleksandra wyruszyli z Macedonii, przemaszerowali przez całą Eurazję i dotarli aż do Granicy Północno-Zachodniej. Próbowała wyobrazić sobie, jak to musiało być: towarzyszyć Aleksandrowi przez całe lata, docierać do miejsc tak odległych i niezbadanych, że owa armia mogłaby równie dobrze toczyć walki na księżycu.
Po kilku dniach marszu Macedończycy i ich towarzysze zaczęli się uskarżać na dziwne dolegliwości. Pojawiające się infekcje atakowały bardzo gwałtownie i były nawet ofiary śmiertelne, ale prymitywna wiedza medyczna Bisesy i Brytyjczyków pozwalała na ich rozpoznanie i w pewnym stopniu umożliwiała leczenie. Dla Bisesy było oczywiste, że Brytyjczycy i ona sama przywlekli jakieś wirusy z przyszłości, na które Macedończycy nie byli odporni; podczas swej odysei, byli narażeni na wiele nowych chorób, ale nawet oni nie zdołali pokonać zarazków z odległej przyszłości. Prawdopodobnie wszyscy mieli szczęście, że te infekcje szybko ustąpiły. Nie było oznak infekcji odwrotnych, to znaczy zarażeń Brytyjczyków przez wirusy przenoszone przez Macedończyków. Bisesa przypuszczała, że jakiś epidemiolog mógłby wysmażyć niezły artykuł na temat tej chronologicznej asymetrii.
Dni mijały w nieustannym marszu. Prowadzeni przez zwiadowców Aleksandra oraz dzięki starannym inspekcjom doliny Indusu wracali do Jamrud inną drogą niż ta, którą przyszła Bisesa.
Pewnego dnia, nie więcej niż o kilka dni drogi od Jamrud, dotarli do miasta, którego nikt z nich nie znał. Zatrzymano się i Aleksander wysłał na rozpoznanie grupę zwiadowców, którym towarzyszyła Bisesa i kilku Brytyjczyków.
Miasto było dobrze rozplanowane. Było wielkości dużego centrum handlowego, zbudowane na dwóch kopcach, z których każdy otoczono murem potężnych szańców z wypalonej cegły. Miało szerokie, proste aleje tworzące siatkę prostopadłych ulic i robiło wrażenie, ze jeszcze niedawno było zamieszkane. Ale kiedy zwiadowcy ostrożnie przekroczyli jego bramy, wewnątrz nie znaleźli nikogo, żadnych ludzi.
Nie było na tyle stare, żeby obrócić się w ruinę; było zbyt dobrze zachowane. Takie elementy jak drewniane dachy wciąż były nietknięte. Ale zostało porzucone już jakiś czas temu. Pozostawione meble i ceramika były potłuczone, a jeśli kiedyś było tu jakieś pożywienie, ptaki i psy już dawno je rozkradły i wszystko pokrywał rdzawy, unoszony wiatrem pył.