Oko czasu [Time's Eye - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М., Кларк Артур Чарльз
- Серия: Odyseja czasu #1
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Vis-
- ISBN: 978-83-61516-00-2
- Переводчик: Stefan Baranowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Oko czasu [Time's Eye - pl]». Краткое содержание книги:
Być może. Ale na zielonej ziemi za miastem Kola dojrzał ogromne stada owiec, kóz i koni, które pasły się spokojnie.
— Dokładnie tak, jak mówią legendy — mruknął. — Zawsze byli tylko koczownikami. Panowali nad światem, a mimo to troszczyli się tylko o to, żeby ich stada miały się gdzie paść. A gdy nadejdzie czas, aby ruszyć na zimowe pastwiska, całe to miasto zostanie zlikwidowane i przeniesione na południe…
Konie raz jeszcze ruszyły do przodu i posuwając się niskim grzbietem, grupa pojechała w stronę miasta.
W bramie zatrzymał ich strażnik w niebieskiej, ozdobionej gwiazdami tunice i filcowej czapce.
Sabie powiedziała:
— Myślisz, że nasi opiekunowie próbują nas sprzedać?
— Może będą chcieli dostać łapówkę. Ale w tym imperium wszystko należy do rządzącej arystokracji — Złotej Rodziny. Ludzie Scacataia nie mogą nas sprzedać — już jesteśmy własnością Cesarza.
W końcu grupie pozwolono ruszyć dalej. Dowódca straży przydzielił im specjalny pododdział i Sabie, Kola oraz jeden z ich mongolskich towarzyszy, a także wóz wyładowany ich rzeczami został wpuszczony do miasta.
Posuwali się szeroką ulicą, kierując się prosto do wielkiego kompleksu namiotów w centrum. Ziemię pokrywało grząskie błoto. Jurty były tutaj okazałe, a niektóre z nich ozdobiono bogatymi tkaninami. Ale pierwszym wrażeniem Koli był wszechobecny smród, jak w wiosce Scacataia, tylko że spotęgowany tysiąckrotnie; omal nie zaczął się krztusić.
Ulice były zatłoczone i to nie tylko przez Azjatów. Byli tu Chińczycy, a może także i Japończycy, ludzie ze Środkowego Wschodu, być może Persowie czy Ormianie, Arabowie, a nawet okrągłoocy Europejczycy. Ludzie ci byli odziani w pięknie uszyte tuniki, buty i czapki, a szyje, przeguby i palce wielu z nich ozdabiały wspaniałe klejnoty. Jarmarczne kombinezony kosmonautów przyciągały uwagę niektórych, podobnie jak skafandry kosmiczne i pozostałe rzeczy leżące na wozie, ale nikt nie wydawał się tym jakoś szczególnie zainteresowany.
— Są przyzwyczajeni do obcych — powiedział Kola. — Jeżeli mamy rację co do naszego położenia w czasie, jest to stolica imperium kontynentalnego. Nie wolno nam nie doceniać tych ludzi.
— Och, oczywiście — powiedziała Sabie ponuro.
Kiedy zbliżyli się do centralnego kompleksu pawilonów, obecność żołnierzy stała się bardziej widoczna. Kola zobaczył łuczników i szermierzy, uzbrojonych i gotowych do walki. Nawet ci, którzy nie byli na służbie, gniewnie patrzyli na przechodzącą grupę, przerywając jedzenie i grę w kości. Tego wielkiego namiotu musiało strzec z tysiąc żołnierzy.
Dotarli do pawilonu wejściowego, który był tak duży, że łatwo mógłby pomieścić całą jurtę Scacataia. Nad wejściem wisiały białe ogony jaków. Nastąpiły kolejne pertraktacje, po czym do wnętrza kompleksu wysłano posłańca.
Powrócił w towarzystwie wysokiego człowieka, najwyraźniej Azjaty, o zdumiewająco niebieskich oczach, odzianego w misternie haftowaną kamizelkę i pantalony. Człowiek ten przyprowadził ze sobą grupę doradców. Przyglądał się kosmonautom i ich ekwipunkowi, przejechał ręką po materiale kombinezonu Sabie i oczy mu się zwęziły ze zdumienia. Zamienił kilka niezrozumiałych zdań ze swymi doradcami. Potem pstryknął palcami, odwrócił się i ruszył do wyjścia. Służący zaczęli wynosić rzeczy kosmonautów.
— Nie — głośno powiedziała Sabie. Kola skulił się wewnętrznie, ale Sabie nie ustępowała. Wysoki mężczyzna powoli się obrócił i popatrzył na nią oczyma rozszerzonym ze zdziwienia.
Sabie podeszła do wozu, wzięła spadochron i rozłożyła go przed wysokim mężczyzną.
— To wszystko to nasza własność. Darughachi Tengri. Ty rozumieć? To należy do nas. A ten materiał to nasz dar dla Cesarza, dar niebios.
Kola powiedział nerwowo: — Sabie…
— Naprawdę mamy niewiele do stracenia, Kola. Zresztą to ty zacząłeś tę komedię.
Wysoki mężczyzna zawahał się. Potem na jego twarzy pojawił się uśmiech. Warknął, wydając jakieś rozkazy i jeden z jego doradców pobiegł w głąb kompleksu.
— Wie, że blefujemy — powiedziała Sabie. — Ale nie wie, co o nas myśleć. To niegłupi facet.
— Jeżeli jest tak niegłupi, powinniśmy być ostrożni. Doradca powrócił z jakimś Europejczykiem. Był to niski, chuchrowaty człowieczek, który mógł mieć około trzydziestu lat, ale z powodu grubej warstwy brudu i nierówno przystrzyżonych włosów i brody trudno było mieć pewność. Obrzucił dwójkę kosmonautów szybkim, taksującym spojrzeniem. Następnie szybko coś powiedział do Koli.
— To brzmi jak francuski — powiedziała Sabie.
I tak rzeczywiście było. Miał na imię Basil i urodził się w Paryżu.
W czymś w rodzaju poczekalni służąca podała im jedzenie i picie — trochę przyprawionego mięsa i rodzaj lemoniady. Była młodą, pulchną dziewczyną, liczącą nie więcej niż czternaście czy piętnaście lat; była skąpo ubrana. Też wyglądała trochę na Europejkę, miała oczy pozbawione wyrazu. Kola zastanawiał się, jak daleko jest jej rodzinny dom.
Zamiar wysokiej osobistości wkrótce stał się jasny. Basil biegle znał mongolski i miał służyć jako tłumacz.
— Oni przypuszczają, że wszyscy Europejczycy mówią tym samym językiem — powiedział Basil — od Uralu aż po Atlantyk. Ale ponieważ są tak daleko od Paryża, to zrozumiały błąd…
Francuski Koli był zupełnie dobry, w istocie lepszy niż jego angielski. Jak w wypadku wielu rosyjskich uczniów uczono go francuskiego jako drugiego języka. Ale wersja francuszczyzny, jakiej używał Basil, która pochodziła z okresu zaledwie kilkuset lat po narodzinach samego narodu, była trudna do zrozumienia.
— To jak spotkać Chaucera — wyjaśnił Kola Sabie. — Pomyśl, jak bardzo angielski zmienił się od tego czasu… tylko że Basil musiał się urodzić ponad sto lat przed Chaucerem. — Ale nazwisko Chaucera nic Sabie nie mówiło.
Basil był bystry, miał elastyczny umysł — Kola przypuszczał, że gdyby tak nie było, nie zaszedłby tak daleko — i zaledwie w parę godzin udało im się osiągnąć zadowalające porozumienie.
Basil powiedział, że jest kupcem, że przybył do stolicy świata, aby zbić fortunę.
— Kupcy kochają Mongołów — powiedział. — Oni otworzyli przed nami wschód! Chiny, Korea… — Chwilę trwało, zanim zorientowali się, jakich nazw używa na określenie znanych im miejsc. — Oczywiście większość kupców to muzułmanie i Arabowie, większość ludzi we Francji nie wie, że Mongołowie w ogóle istnieją…! — Basil chciał przy okazji upiec własną pieczeń i zaczął zadawać pytania, skąd kosmonauci przybyli, czego chcą i co ze sobą przywieźli.
Wtrąciła się Sabie.
— Słuchaj no, koleś, nie potrzebujemy agenta. Twoim zadaniem jest tłumaczyć nasze słowa temu — temu wysokiemu człowiekowi.
— Yeh-lii — powiedział Basil. — On się nazywa Yeh-lii Ch’u-ts’ai. Jest Khitanem…
— Zaprowadź nas do niego — powiedziała Sabie.
Choć Basil się opierał, jej stanowczy ton nie pozostawiał żadnych wątpliwości i to bez potrzeby tłumaczenia. Basil klasnął w dłonie, na co pojawił się szambelan i poprowadził ich do samego Yeh-lii.
Szli ze schylonymi głowami wyłożonymi filcem korytarzami; stropy nie były przewidziane dla ludzi ich wzrostu.
W małej komnacie, w rogu owego pałacu namiotów, na niskiej sofie, spoczywał Yeh-lii. U jego boku kręcili się służący. Na podłodze przed nim leżały rozłożone wyblakłe rysunki, które wyglądały jak mapy, rodzaj kompasu, klocki pokryte rzeźbami postaci, które trochę przypominały postacie buddyjskie oraz stos małych przedmiotów — kilka klejnotów i małe monety. Kola odgadł, że specjalnością tego człowieka jest astrologia. Wytwornym gestem Yeh-lii zaprosił ich, aby usiedli na niskich sofach.