Oko czasu [Time's Eye - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М., Кларк Артур Чарльз
- Серия: Odyseja czasu #1
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Vis-
- ISBN: 978-83-61516-00-2
- Переводчик: Stefan Baranowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Oko czasu [Time's Eye - pl]». Краткое содержание книги:
Ale w tym momencie rozległ się krzyk, który niósł się przez cały obóz. Ludzie zaczęli biec ku rzece, tysiące ich ruszyło w jednej chwili, jak gdyby wiatr powiał nad polem traw. Podbiegł posłaniec i powiedział coś szybko do Eumenesa i Hefajstiona.
Bisesa spytała de Morgana:
— O co chodzi?
— Zbliża się — powiedział faktor. — W końcu przybywa. Kto?
— Król…
Rzeką płynęła mała flotylla statków. W większości były to szerokie, płaskodenne barki albo wspaniałe tryremy z wydętymi fioletowymi żaglami. Ale statek płynący na czele flotylli był mniejszy i nie miał żagla; pchały go do przodu ramiona piętnastu par wioślarzy. Nad sterem znajdował się daszek, obszyty fioletowymi i srebrnymi nićmi. Kiedy statek zbliżył się do obozu, daszek podniesiono i oczom zgromadzonych na brzegu ukazał się człowiek otoczony sługami, leżący na czymś, co wyglądało jak pozłacane łóżko.
Przez tłum przebiegł pomruk. Bisesa i de Morgan, zapomniani przez wszystkich poza strażnikami, parli wraz z innymi w stronę niskiego brzegu.
Bisesa zapytała:
— Co oni teraz mówią?
— Że to podstęp — odparł de Morgan. — Że Król nie żyje, że to tylko jego zwłoki, które powracają na pogrzeb.
Statek dobił do brzegu. Na rozkaz Hefajstiona grupa żołnierzy ruszyła do przodu z rodzajem noszy. Ale ku ogólnemu zaskoczeniu człowiek na łóżku poruszył się. Odprawił gestem żołnierzy z noszami, po czym powoli, z wysiłkiem, z pomocą swych odzianych w białe szaty sług, podniósł się na nogi. Tłum stojący na brzegu w milczeniu obserwował jego zmagania. Mężczyzna miał na sobie tunikę z długimi rękawami, fioletową pelerynę i ciężki pancerz. Peleryna była przetykana i obszyta złotem, a tunika bogato zdobiona wzorami przedstawiającymi promienie słońca i rozmaite postacie.
Był niski i krępy, jak większość Macedończyków. Był gładko ogolony, a brązowe włosy z przedziałkiem pośrodku, zaczesane do tyłu, były na tyle długie, że dotykały ramion. Ogorzała twarz znamionowała siłę, była szeroka i przystojna, a spojrzenie spokojne i przenikliwe. Kiedy stanął naprzeciw zgromadzonego na brzegu tłumu, trzymał głowę dziwnie przechyloną na bok, tak że oczy miał uniesione, a usta otwarte.
— Wygląda jak gwiazda rocka — szepnęła Bisesa. — A głowę trzyma jak księżna Diana. Nic dziwnego, że go kochają…
Przez tłum przebiegł kolejny pomruk.
— To on — wyszeptał de Morgan. — To właśnie mówią. — Bisesa zerknęła na niego i zaskoczona ujrzała łzy w jego oczach. — To on! To Aleksander we własnej osobie! Mój Boże, mój Boże.
Wybuchły owacje, które rozprzestrzeniały się jak ogień w suchej trawie, a ludzie wymachiwali pięściami, włóczniami, mieczami. Rzucano kwiaty i na pokład statku spadł delikatny deszcz płatków.
20. Miasto namiotów
O świcie, w dwa dni po wyruszeniu, mongolski wysłannik powrócił. Wydawało się, że los kosmonautów został postanowiony.
Sabie trzeba był obudzić szturchaniem. Kola już czuwał, z oczami zapuchniętymi od bezsenności. W przesyconym stęchlizną mroku jurty, w której dzieci delikatnie chrapały na swych posłaniach, kosmonautom przyniesiono śniadanie złożone z lekko przaśnego chleba oraz miskę czegoś, co przypominało gorącą herbatę. Była aromatyczna, przypuszczalnie sporządzona z rosnących na stepie ziół i traw i okazała się zaskakująco orzeźwiająca.
Kosmonauci poruszali się sztywno. Oboje szybko powracali do siebie po pobycie na orbicie, ale Kola tęsknił za gorącym prysznicem czy chociażby możliwością umycia twarzy.
Wyprowadzono ich z jurty i pozwolono im się załatwić. Niebo pojaśniało, a pokrywa chmur wydawała się dziś stosunkowo cienka. Kilku koczowników klęczało zwróconych na południe i wschód, oddając cześć rodzącemu się dniowi. Był to jeden z niewielu publicznych przejawów ich uczuć religijnych; Mongołowie byli wyznawcami szamanizmu i wystrzegali się publicznych rytuałów, zastępując je wróżbami, egzorcyzmami i praktykami magicznymi, odbywanymi w zaciszu swych jurt.
Kosmonautów zaprowadzono do małej grupy mężczyzn. Osiodłano sześć koni, a dwa zaprzężono do małego wozu na drewnianych kołach. Konie były masywne i wyglądały na niezdyscyplinowane, podobnie jak ich właściciele, którzy rozglądali się wokół niecierpliwie, jak gdyby chcieli mieć już ten przykry obowiązek za sobą.
— W końcu stąd wyjeżdżamy — mruknęła Sabie poważnie. — Oto nadchodzimy, cywilizacjo.
— Jest takie powiedzenie — ostrzegł Kola. — Wpaść z deszczu…
— Rusz dupę.
Kosmonautów popchnięto w stronę wozu. Musieli się nań wgramolić z wciąż związanymi rękami. Kiedy usiedli na gołych deskach, zbliżył się do nich jakiś Mongoł wyglądający na siłacza nawet przy swoich pobratymcach i zaczął do nich głośno mówić. Jego chropawa twarz była pofałdowana jak mapa plastyczna.
Sabie zapytała:
— Co on mówi?
— Nie mam pojęcia. Ale pamiętam, że widzieliśmy go już przedtem. Myślę, że to ich wódz. I ma na imię Scacatai. — Wódz przyszedł im się przyjrzeć podczas pierwszych godzin niewoli.
— Ten dupek ma zamiar zbić na nas kapitał. Jakich słów wtedy użyłeś?
— Darughachi. Tengri.
Sabie popatrzyła gniewnie na Scacataia.
— Chwytasz? Tengri, Tengri. Jesteśmy ambasadorami Boga. I nie mam zamiaru jechać do Domu Uciech z rękami związanymi na plecach. Rozwiąż nas albo usmażę ten twój tyłek na wolnym ogniu.
Oczywiście Scacatai nic z tego nie zrozumiał, ale ton Sabie odniósł skutek. Po dalszej niezrozumiałej dla obu stron wymianie zdań skinął na jednego ze swych synów, który rozciął więzy Sabie i Koli.
— Dobra robota — powiedział Kola, masując przeguby.
— To małe piwo — powiedziała Sabie. — Teraz następna sprawa. — Zaczęła pokazywać na Sojuz i na spadochron leżący pod jedną z jurt. — Chcę mieć to, co moje. Przynieś go do wozu. I to, co ukradłeś z Sojuza… — Musiała niemało gestykulować, żeby wytłumaczyć, o co chodzi, ale wreszcie Scacatai niechętnie kazał swym ludziom załadować spadochron, a z jurty przyniesiono część ich ekwipunku. Niebawem na wozie leżał spadochron, skafandry kosmiczne i pozostałe rzeczy. Kola sprawdził, czy są tam awaryjne zestawy medyczne i rakietnice — oraz sprzęt radioamatorski, który stanowił jedyną nić łączącą ich ze światem zewnętrznym, z Caseyem i pozostałymi w Indiach.
Sabie pogrzebała w rzeczach i wydobyła tratwę ratunkową. Wręczyła ją uroczyście Scacataiowi.
— Proszę — powiedziała. — Dar niebios. Kiedy odjedziemy, wyciągnij tę zatyczkę, o tak. Kapujesz? — Pokazała parę razy, co ma zrobić, aż stało się jasne, że Mongoł zrozumiał. Następnie skłoniła się, a Kola poszedł za jej przykładem, po czym wdrapali się na wóz.
Jeźdźcy ruszyli. Jeden z nich chwycił linę, do której były uwiązane konie ciągnące wóz i pojazd ciężko potoczył się naprzód.
— Dzięki za baraninę, koleś — zawołała Sabie.
Kola przyjrzał się jej. Stopniowo, od stanu całkowitej słabości i bezbronności, zaczynała panować nad sytuacją. Wydawało się, że w ciągu tych kilku dni po wylądowaniu wywietrzał z niej cały strach, że uczyniła to wysiłkiem woli, ale jej determinacja sprawiała, że Kola poczuł się zaniepokojony.
— Masz tupet, Sabie. Wyszczerzyła zęby w uśmiechu.
— Kobieta nie zostanie astronautką, jeśli nie nauczy się być twarda. Zresztą fajnie jest opuszczać to miejsce w lepszym stylu, niż tu przybyliśmy…
Rozległ się głośny huk i chór pomieszanych krzyków. Scacatai wyciągnął zatyczkę tratwy ratunkowej. Mongołowie wpatrywali się z rozdziawionymi ustami w ów jasnopomarańczowy przedmiot, który nagle pojawił się znikąd. Zanim wioska znikła w oddali, dzieci zaczęły wskakiwać na nadmuchaną tratwę.