Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Oko czasu [Time's Eye - pl]
Oko czasu [Time's Eye - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Oko czasu [Time's Eye - pl]

Электронная книга - «Oko czasu [Time's Eye - pl]». Краткое содержание книги:

Jest rok 1885. Przebywający na Granicy Północno-Zachodniej młody dziennikarz, Rudyard Kipling, jest świadkiem niezwykłego spotkania brytyjskich żołnierzy z wytworem nieprawdopodobnie zaawansowanej technologii: unoszącą się w powietrzu kulą, która wydaje się obserwować wszystko wokół. Niebawem zza okolicznego wzgórza wyłania się uszkodzony helikopter z 2037 roku…
1 ... 33 34 35 36 37 38 39 40 41 ... 84
Перейти на страницу:

Ale w tym momencie rozległ się krzyk, który niósł się przez cały obóz. Ludzie zaczęli biec ku rzece, tysiące ich ruszyło w jednej chwili, jak gdyby wiatr powiał nad polem traw. Podbiegł posłaniec i powiedział coś szybko do Eumenesa i Hefajstiona.

Bisesa spytała de Morgana:

— O co chodzi?

— Zbliża się — powiedział faktor. — W końcu przybywa. Kto?

— Król…

Rzeką płynęła mała flotylla statków. W większości były to szerokie, płaskodenne barki albo wspaniałe tryremy z wydętymi fioletowymi żaglami. Ale statek płynący na czele flotylli był mniejszy i nie miał żagla; pchały go do przodu ramiona piętnastu par wioślarzy. Nad sterem znajdował się daszek, obszyty fioletowymi i srebrnymi nićmi. Kiedy statek zbliżył się do obozu, daszek podniesiono i oczom zgromadzonych na brzegu ukazał się człowiek otoczony sługami, leżący na czymś, co wyglądało jak pozłacane łóżko.

Przez tłum przebiegł pomruk. Bisesa i de Morgan, zapomniani przez wszystkich poza strażnikami, parli wraz z innymi w stronę niskiego brzegu.

Bisesa zapytała:

— Co oni teraz mówią?

— Że to podstęp — odparł de Morgan. — Że Król nie żyje, że to tylko jego zwłoki, które powracają na pogrzeb.

Statek dobił do brzegu. Na rozkaz Hefajstiona grupa żołnierzy ruszyła do przodu z rodzajem noszy. Ale ku ogólnemu zaskoczeniu człowiek na łóżku poruszył się. Odprawił gestem żołnierzy z noszami, po czym powoli, z wysiłkiem, z pomocą swych odzianych w białe szaty sług, podniósł się na nogi. Tłum stojący na brzegu w milczeniu obserwował jego zmagania. Mężczyzna miał na sobie tunikę z długimi rękawami, fioletową pelerynę i ciężki pancerz. Peleryna była przetykana i obszyta złotem, a tunika bogato zdobiona wzorami przedstawiającymi promienie słońca i rozmaite postacie.

Był niski i krępy, jak większość Macedończyków. Był gładko ogolony, a brązowe włosy z przedziałkiem pośrodku, zaczesane do tyłu, były na tyle długie, że dotykały ramion. Ogorzała twarz znamionowała siłę, była szeroka i przystojna, a spojrzenie spokojne i przenikliwe. Kiedy stanął naprzeciw zgromadzonego na brzegu tłumu, trzymał głowę dziwnie przechyloną na bok, tak że oczy miał uniesione, a usta otwarte.

— Wygląda jak gwiazda rocka — szepnęła Bisesa. — A głowę trzyma jak księżna Diana. Nic dziwnego, że go kochają…

Przez tłum przebiegł kolejny pomruk.

— To on — wyszeptał de Morgan. — To właśnie mówią. — Bisesa zerknęła na niego i zaskoczona ujrzała łzy w jego oczach. — To on! To Aleksander we własnej osobie! Mój Boże, mój Boże.

Wybuchły owacje, które rozprzestrzeniały się jak ogień w suchej trawie, a ludzie wymachiwali pięściami, włóczniami, mieczami. Rzucano kwiaty i na pokład statku spadł delikatny deszcz płatków.

20. Miasto namiotów

O świcie, w dwa dni po wyruszeniu, mongolski wysłannik powrócił. Wydawało się, że los kosmonautów został postanowiony.

Sabie trzeba był obudzić szturchaniem. Kola już czuwał, z oczami zapuchniętymi od bezsenności. W przesyconym stęchlizną mroku jurty, w której dzieci delikatnie chrapały na swych posłaniach, kosmonautom przyniesiono śniadanie złożone z lekko przaśnego chleba oraz miskę czegoś, co przypominało gorącą herbatę. Była aromatyczna, przypuszczalnie sporządzona z rosnących na stepie ziół i traw i okazała się zaskakująco orzeźwiająca.

Kosmonauci poruszali się sztywno. Oboje szybko powracali do siebie po pobycie na orbicie, ale Kola tęsknił za gorącym prysznicem czy chociażby możliwością umycia twarzy.

Wyprowadzono ich z jurty i pozwolono im się załatwić. Niebo pojaśniało, a pokrywa chmur wydawała się dziś stosunkowo cienka. Kilku koczowników klęczało zwróconych na południe i wschód, oddając cześć rodzącemu się dniowi. Był to jeden z niewielu publicznych przejawów ich uczuć religijnych; Mongołowie byli wyznawcami szamanizmu i wystrzegali się publicznych rytuałów, zastępując je wróżbami, egzorcyzmami i praktykami magicznymi, odbywanymi w zaciszu swych jurt.

Kosmonautów zaprowadzono do małej grupy mężczyzn. Osiodłano sześć koni, a dwa zaprzężono do małego wozu na drewnianych kołach. Konie były masywne i wyglądały na niezdyscyplinowane, podobnie jak ich właściciele, którzy rozglądali się wokół niecierpliwie, jak gdyby chcieli mieć już ten przykry obowiązek za sobą.

— W końcu stąd wyjeżdżamy — mruknęła Sabie poważnie. — Oto nadchodzimy, cywilizacjo.

— Jest takie powiedzenie — ostrzegł Kola. — Wpaść z deszczu…

— Rusz dupę.

Kosmonautów popchnięto w stronę wozu. Musieli się nań wgramolić z wciąż związanymi rękami. Kiedy usiedli na gołych deskach, zbliżył się do nich jakiś Mongoł wyglądający na siłacza nawet przy swoich pobratymcach i zaczął do nich głośno mówić. Jego chropawa twarz była pofałdowana jak mapa plastyczna.

Sabie zapytała:

— Co on mówi?

— Nie mam pojęcia. Ale pamiętam, że widzieliśmy go już przedtem. Myślę, że to ich wódz. I ma na imię Scacatai. — Wódz przyszedł im się przyjrzeć podczas pierwszych godzin niewoli.

— Ten dupek ma zamiar zbić na nas kapitał. Jakich słów wtedy użyłeś?

— Darughachi. Tengri.

Sabie popatrzyła gniewnie na Scacataia.

— Chwytasz? Tengri, Tengri. Jesteśmy ambasadorami Boga. I nie mam zamiaru jechać do Domu Uciech z rękami związanymi na plecach. Rozwiąż nas albo usmażę ten twój tyłek na wolnym ogniu.

Oczywiście Scacatai nic z tego nie zrozumiał, ale ton Sabie odniósł skutek. Po dalszej niezrozumiałej dla obu stron wymianie zdań skinął na jednego ze swych synów, który rozciął więzy Sabie i Koli.

— Dobra robota — powiedział Kola, masując przeguby.

— To małe piwo — powiedziała Sabie. — Teraz następna sprawa. — Zaczęła pokazywać na Sojuz i na spadochron leżący pod jedną z jurt. — Chcę mieć to, co moje. Przynieś go do wozu. I to, co ukradłeś z Sojuza… — Musiała niemało gestykulować, żeby wytłumaczyć, o co chodzi, ale wreszcie Scacatai niechętnie kazał swym ludziom załadować spadochron, a z jurty przyniesiono część ich ekwipunku. Niebawem na wozie leżał spadochron, skafandry kosmiczne i pozostałe rzeczy. Kola sprawdził, czy są tam awaryjne zestawy medyczne i rakietnice — oraz sprzęt radioamatorski, który stanowił jedyną nić łączącą ich ze światem zewnętrznym, z Caseyem i pozostałymi w Indiach.

Sabie pogrzebała w rzeczach i wydobyła tratwę ratunkową. Wręczyła ją uroczyście Scacataiowi.

— Proszę — powiedziała. — Dar niebios. Kiedy odjedziemy, wyciągnij tę zatyczkę, o tak. Kapujesz? — Pokazała parę razy, co ma zrobić, aż stało się jasne, że Mongoł zrozumiał. Następnie skłoniła się, a Kola poszedł za jej przykładem, po czym wdrapali się na wóz.

Jeźdźcy ruszyli. Jeden z nich chwycił linę, do której były uwiązane konie ciągnące wóz i pojazd ciężko potoczył się naprzód.

— Dzięki za baraninę, koleś — zawołała Sabie.

Kola przyjrzał się jej. Stopniowo, od stanu całkowitej słabości i bezbronności, zaczynała panować nad sytuacją. Wydawało się, że w ciągu tych kilku dni po wylądowaniu wywietrzał z niej cały strach, że uczyniła to wysiłkiem woli, ale jej determinacja sprawiała, że Kola poczuł się zaniepokojony.

— Masz tupet, Sabie. Wyszczerzyła zęby w uśmiechu.

— Kobieta nie zostanie astronautką, jeśli nie nauczy się być twarda. Zresztą fajnie jest opuszczać to miejsce w lepszym stylu, niż tu przybyliśmy…

Rozległ się głośny huk i chór pomieszanych krzyków. Scacatai wyciągnął zatyczkę tratwy ratunkowej. Mongołowie wpatrywali się z rozdziawionymi ustami w ów jasnopomarańczowy przedmiot, który nagle pojawił się znikąd. Zanim wioska znikła w oddali, dzieci zaczęły wskakiwać na nadmuchaną tratwę.

1 ... 33 34 35 36 37 38 39 40 41 ... 84
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)