Oko czasu [Time's Eye - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М., Кларк Артур Чарльз
- Серия: Odyseja czasu #1
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Vis-
- ISBN: 978-83-61516-00-2
- Переводчик: Stefan Baranowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Oko czasu [Time's Eye - pl]». Краткое содержание книги:
Yeh-lii był cierpliwy; zmuszony porozumiewać się z nimi za pośrednictwem niepewnego łańcucha tłumaczeń Basila i Koli zapytał, jak się nazywają i skąd przybyli. Usłyszawszy odpowiedź, która stała się ich odpowiedzią szablonową — z Tengri, czyli z Niebios — przewrócił oczami. Mógł być astrologiem, ale nie był głupcem.
— Musimy przedstawić lepsze wyjaśnienie — powiedział Kola.
— Co ci ludzie wiedzą o geografii? Czy chociaż wiedzą, jaki kształt ma Ziemia?
— Nie mam zielonego pojęcia.
Sabie żwawo zerwała się na nogi, uklękła i odsunąwszy filcową matę, odsłoniła pokrytą pyłem ziemię. Koniuszkiem palca zaczęła szkicować prymitywną mapę: Azja, Europa, Indie, Afryka. Postukała palcem w sam środek rysunku.
— Jesteśmy tutaj…
Kola przypomniał sobie, że Mongołowie zawsze orientowali się na południe, podczas gdy mapa Sabie była zorientowana na północ; po odwróceniu kierunków wszystko stało się o wiele bardziej zrozumiałe.
— Patrzcie — powiedziała Sabie. — Tutaj mamy Ocean. — Przeciągnęła palcami po obszarze na zewnątrz kontynentów, rysując pofałdowane koło. — Przybyliśmy z daleka, zza Oceanu. Lecieliśmy jak ptaki na naszych pomarańczowych skrzydłach… — To niezupełnie była prawda, ale było to bliskie prawdy i Yeh-lii wydawał się na razie przyjmować takie wyjaśnienie.
Basil powiedział:
— Yeh-lii pyta o yam. Rozesłał jeźdźców na wszystkie główne szlaki. Ale niektóre z nich uległy przerwaniu. Mówi, że wie, iż na świecie wystąpiło wielkie zakłócenie. Pragnie wiedzieć, co z tego rozumiecie i co to oznacza dla imperium.
— Nie wiemy — powiedziała Sabie. — Taka jest prawda. Jesteśmy ofiarami tej osobliwej zmiany tak samo jak wy.
Wydawało się, że Yeh-lii to akceptuje. Podniósł się leniwie i przemówił znowu.
Basil wydał stłumiony okrzyk podniecenia.
— Sam Cesarz jest pod wrażeniem waszego daru, tej pomarańczowej tkaniny i pragnie was widzieć.
Spojrzenie Sabie stwardniało.
— Teraz wreszcie coś się ruszyło.
Wstali, po czym szybko uformowała się grupa, na której czele szedł Yeh-lii, Sabie, Kola i Basil w środku, a wokół nich falanga muskularnych strażników.
Kola zesztywniał ze strachu.
— Sabie, musimy być ostrożni. Pamiętaj, że jesteśmy własnością Cesarza. On rozmawia tylko z członkami własnej rodziny i może kilkoma najważniejszymi współpracownikami, takimi jak Yeh-lii. Nikt inny się nie liczy.
— Tak, tak, jasne. Dobrze nam idzie, Kola. Jesteśmy tu zaledwie parę dni, a już zaszliśmy tak daleko… Teraz po prostu będziemy musieli zmienić punkt widzenia.
Wprowadzono ich do znacznie bardziej okazałej komnaty. Ściany były obwieszone bogato haftowanymi gobelinami, a podłogi pokryte kilkoma warstwami chodników i dywanów tak grubych, że tworzyły miękkie podłoże. Miejsce było pełne ludzi. Wokół kłębili się dworzanie, a pod ścianami, na których wisiała różnoraka broń, stali muskularni żołnierze, obserwując kosmonautów i wszystkich innych, nawet siebie samych. W rogu jurty cicho przygrywała orkiestra lutniowa. Wszystkie instrumentalistki — były nimi bardzo młode dziewczyny — były olśniewająco piękne.
Ale mimo tego wielkiego bogactwa była to wciąż zwykła jurta, pomyślał Kola, a panujący wokół smród tłustego mięsa i nieświeżego mleka był równie dojmujący jak w skromnym domu Scacataia.
— Barbarzyńcy — mruknął. — Nie wiedzieli, czym są miasta i gospodarstwa; traktowali je wyłącznie jako źródło łupów. Plądrowali świat, ale sami wciąż żyli jak pastuchy, napełniając swe namioty skarbami. A w naszych czasach ich potomkowie są ostatnimi koczownikami na świecie, wciąż uwiązani do swych barbarzyńskich korzeni…
— Zamknij się — syknęła Sabie.
Idąc za Yeh-lii, powoli dotarli do środka jurty. Wokół tronu, który stanowił centrum tego wielkiego obszaru, stało kilku młodzieńców. Wyglądali bardzo podobnie. Może to synowie Cesarza, pomyślał Kola. Było tu też wiele kobiet, które siedziały wokół tronu. Wszystkie były ładne, choć niektóre wyglądały na sześćdziesiąt lat; młodsze z nich były olśniewająco piękne. Żony czy konkubiny?
Yeh-lii odsunął się na bok i stanęli przed samym Cesarzem.
Wyglądał na mniej więcej sześćdziesiąt lat. Siedząc na bogato rzeźbionym tronie, nie wydawał się wysoki. Ale był szczupły i trzymał się prosto, robił wrażenie, że jest w bardzo dobrej formie. Twarz miał pełną i niczym specjalnym się nie wyróżniał — był typowym Azjatą — włosy miał lekko przyprószone siwizną i starannie wypielęgnowaną brodę. W dłoni trzymał kawałek tkaniny spadochronu i bacznie się im przyglądał. Następnie obrócił się i coś powiedział do jednego ze swych doradców.
— Ma oczy kota — powiedziała Sabie.
— Sabie, wiesz, kto to jest, prawda?
— Oczywiście. — Ku jego zdziwieniu była bardziej podniecona niż przestraszona.
Czyngis-chan obserwował ich swymi czarnymi, nieodgadnionymi oczyma.
21. Powrót do Jamrud
O świcie Bisesę obudziło granie trąbek. Kiedy przeciągając się, wyszła z namiotu, świat wypełniała niebieskoszara poświata. Na obszarze całej delty powietrze wypełniał dźwięk trąbek wraz z dymem nocnych ognisk.
Naprawdę znajdowała się w obozie Aleksandra Wielkiego; to nie był sen ani koszmar. Ale rankami najbardziej brakowało jej Myry i tęskniła za córką, nawet w tym zdumiewającym miejscu.
Podczas gdy Król i jego doradcy naradzali się, co robić, Bisesa, de Morgan i inni spędzili noc w obozie, w delcie Indusu. Przybyszy z przyszłości, „nowożytnych”, trzymano pod strażą, ale przydzielono im osobny namiot, żeby mogli się przespać. Namiot był wykonany ze skóry. Zniszczony i podrapany, śmierdział końmi, jedzeniem, dymem i żołnierskim potem. Ale był to namiot oficerski i jedynie Aleksander i jego generałowie mieli bardziej luksusowe kwatery. Poza tym wszyscy byli żołnierzami nawykłymi do niewygód; wszyscy oprócz Cecila de Morgana, a ten zrozumiał, że lepiej nie narzekać.
De Morgan rzeczywiście milczał przez całą noc, ale oczy miał pełne życia. Bisesa podejrzewała, że kalkuluje, jak wielki wpływ na rozwój wypadków może mieć w swej nowej roli niezastąpionego tłumacza. Ale narzekał na „barbarzyński” akcent Macedończyków.
— Zmieniają ”ch” w „g”, a „th” w „d”. Kiedy mówią „Filip”, to brzmi jak „Bilip”…
Kiedy zrobiło się jasno, Eumenes, królewski sekretarz, wysłał do namiotu Bisesy szambelana, aby powiadomić ich o decyzji Króla. Większa część armii miała tu na razie pozostać, ale oddział — zaledwie tysiąc żołnierzy! — uda się doliną Indusu do Jamrud. Większość z nich będą stanowili tarczownicy; będą to oddziały szturmowe, używane w takich operacjach jak nocne wypady i przymusowe marsze, którym powierzono ochronę Aleksandra. W tej wyprawie miał wziąć udział sam Król wraz z Eumenesem oraz swoim ulubieńcem i kochankiem, Hefajstionem. Aleksander był najwyraźniej zaintrygowany perspektywą zobaczenia tych żołnierzy z przyszłości w ich fortecy.
Armia Aleksandra, zahartowana latami nieustannych walk, była niezwykle zdyscyplinowana i w ciągu zaledwie kilku godzin wszystkie przygotowania zakończono, po czym wydano rozkaz wymarszu.
Na przedzie ustawili się piechurzy z bronią i lekkimi plecakami. Każda jednostka, zwana dekas, choć zwykle składała się z szesnastu żołnierzy, miała swego służącego i grupę zwierząt, które dźwigały ich ekwipunek. Tymi zwierzętami były głównie muły, ale było też kilka cuchnących wielbłądów. Oprócz piechoty, miało im towarzyszyć kilkuset konnych Aleksandra. Konie przypominały dziwne małe bestie; telefon Bisesy powiedział, że pochodzą prawdopodobnie z hodowli europejskiej lub środkowoazjatyckiej i w oczach ludzi przywykłych do widoku arabów wydawały się nieforemne. Miały jedynie miękkie skórzane podkowy, które z pewnością szybko się rozpadną na kamienistej i nierównej ziemi. Nie miały też strzemion; ci niscy, silni mężczyźni mocno ściskali nogami boki swych koni i kierowali nimi za pomocą paskudnie wyglądających wędzideł.