Odwieczny Wróg
- Автор: Кунц Дин Рэй
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Odwieczny Wróg». Краткое содержание книги:
Flyte przerwał, łyknął szampana, posmakował.
Sandler poczuł autentyczne oburzenie.
– Ależ to ohydne! Pańska książka była rozprawą naukową. Nigdy nie miał pan na celu wędrówki na listy bestsellerów. Prosty człowiek miałby przeogromne kłopoty z przebrnięciem przez Odwiecznego wroga. Zrobienie fortuny na takim dziele nie jest możliwe.
– To fakt potwierdzony wysokością moich honorariów. Jestem na procencie od nakładu – powiedział Flyte. Dokończył kawioru.
– Był pan szanowanym archeologiem.
– Ech tam, nigdy nie aż tak bardzo szanowanym – stwierdził autokrytycznie Flyte. – Choć nie byłem nigdy parszywą owcą, jak to często później mówiono. Postępowanie moich kolegów nie mieści się panu w głowie, panie Sandler, dlatego że nie rozumie pan natury tego zwierzęcia – mam na myśli zwierzę-naukowca. Ma on wpojone, iż wszelka wiedza przyrasta pomalutku, ziarnko do ziarnka. W istocie, przeważnie tak jest. Dlatego też naukowcy nie są w ogóle przygotowani na to, aby zrozumieć wizjonerów, dochodzących z dnia na dzień do takiego wglądu w istotę rzeczy, który wstrząsa całymi obszarami nauki. Kopernik był wyśmiewany przez współczesnych, gdyż wierzył, że planety obracają się wokół Słońca. Oczywiście okazało się, że Kopernik miał rację. Takich przykładów w historii nauki jest mnóstwo. – Flyte spłonął rumieńcem i popił trochę szampana. – Nie chcę porównywać się z Kopernikiem lub którymś z tamtych wielkich mężów. Próbuję tylko wytłumaczyć, dlaczego moi koledzy byli skazani na obrócenie się przeciwko mnie. Powinienem dostrzec, co się święci.
Kelner zabrał półmisek po kawiorze, a podał sok pomarańczowy dla Sandlera i świeże owoce dla Flyte'a.
– Czy nadal wierzy pan w prawdziwość pańskiej teorii? – zapytał Sandler, kiedy zostali sami.
– Bez zastrzeżeń! – wykrzyknął uczony. – Mam rację, a przynajmniej istnieje diablo wyraźna szansa, że tak jest. Historia jest pełna niewyjaśnionych, tajemniczych zaginięć zbiorowych. Historycy i archeologowie nie potrafią ich sensownie wytłumaczyć.
Łzawiące oczy profesora spojrzały bystro i przenikliwie spod siwych krzaczastych brwi. Pochylił się nad stolikiem. Utkwił w Sand-lerze hipnotyczny wzrok.
– 10 grudnia 1939 roku – mówił – u podnóży Nan-ling armia trzech tysięcy żołnierzy chińskich, maszerując na front z Japończykami, najzwyczajniej rozpłynęła się w powietrzu, nie wszedłszy w rejon walk. Nie znaleziono ani jednego ciała. Ani jednego grobu. Ani jednego świadka. Japońscy historycy wojskowi nigdy nie odnaleźli ani jednego zapisu mówiącego o tym właśnie chińskim oddziale. We wsiach, przez które szli zaginieni żołnierze, żaden wieśniak nie usłyszał strzałów ani innych oznak walki. Armia rozpłynęła się w powietrzu. A w roku 1711, podczas hiszpańskiej wojny sukcesyjnej, wysłano do walk w Pireneje czterotysięczny oddział. Zginęli co do jednego! Na znanym, łatwym terenie, przed rozbiciem pierwszego obozowiska.
Flyte nadal był zafascynowany swoim tematem jak siedemnaście lat temu, kiedy pisał książkę. Owoce i szampan przestały być ważne. Wpijał się wzrokiem w Sandlera, jakby chciał go sprowokować, by zaprzeczył niesłychanym teoriom profesora Flyte'a.
– A na większą skalę? Niech pan weźmie pod uwagę wielkie miasta Majów: Copan, Piedras Negras, Palenąue, Menche, Seibal i kilka innych, wyludnionych z dnia na dzień. Dziesiątki tysięcy, setki tysięcy Majów porzuciło swe domostwa, gdzieś koło 610 roku naszej ery, w ciągu jednego tygodnia, może nawet dnia. Niektórzy prawdopodobnie uciekli na północ, założyli nowe miasta, ale istnieją dowody, że niezliczone tysiące po prostu znikły. Wszystko w ciągu szokująco krótkiego czasu. Nie zawracali sobie głowy zabieraniem garnków, narzędzi, przyborów kuchennych… Moi uczeni koledzy powiadają, że ziemia wokół tych miast stała się jałowa, przez co ludy te musiały koniecznie przenieść się na północ, na bardziej żyzne tereny. Ale jeśli ten wielki exodus był planowany, dlaczego zostawiono dobytek? Cenne ziarno siewne? Dlaczego nawet jedna osoba, która przeżyła, nie powróciła, aby zgarnąć pozostawione skarby? – Flyte lekko stuknął w stół pięścią. – To kłóci się ze zdrowym rozsądkiem! Emigranci nie wyruszają na długą, wyczerpującą wędrówkę bez przygotowania, nie biorąc każdego narzędzia, które może się przydać. Poza tym ślady w niektórych domach w Piedras Negras i Seibal wskazują na to, że rodziny wyruszyły po przygotowaniu wyszukanych posiłków – ale przed ich zjedzeniem. To na pewno świadczy o pośpiechu. Żadna współczesna teoria nie odpowiada zadowalająco na te pytania – poza moją, choćby i była niesamowita, dziwna czy nieprawdopodobna.
– Lub straszna – dodał Sandler.
– Właśnie.
Profesor zapadł się w krzesło bez tchu. Zoczył swój kieliszek, złapał, opróżnił i oblizał wargi.
Kelner wyrósł przy nich, napełnił kieliszki.
Flyte szybko skonsumował swoje owoce, jakby w obawie, że kelner zdmuchnie mu sprzed nosa cieplarniane truskawki, jeśli długo pozostaną nieruszone.
Sandlerowi zrobiło się żal starego pana. To jasne, że minęło sporo czasu, odkąd profesor mógł zakosztować drogiego posiłku w eleganckiej atmosferze.
– Oskarżono mnie, że usiłuję wytłumaczyć każde tajemnicze zniknięcie od czasu Majów do sędziego Cratera i Amelii Earhart jedną teorią. To wielce krzywdzące. Nigdy nie wspomniałem sędziego ani nieszczęsnej pilotki. Interesują mnie tylko nie wyjaśnione zbiorowe zaginięcia zarówno ludzi jak i zwierząt, co na przestrzeni dziejów zdarzyło się dosłownie setki razy.
Kelner doniósł croissanty.
Na zewnątrz błyskawica szybko zstąpiła z ponurego nieba, wbiła spiczastą stopę w odległą część miasta; temu potokowi ognia towarzyszył straszliwy huk i łoskot, echem odbijający się po całym firmamencie.
– Gdyby po opublikowaniu pańskiej książki nastąpiło nowe zaskakujące zbiorowe zaginięcie, uwiarygodniłoby to znacznie…
– Ach – przerwał Flyte, stukając z emfazą sztywnym palcem w stół – ale takie zaginięcia nastąpiły!
– Ależ z pewnością na pierwszych stronach pojawiłyby się…
– Wiem o dwóch przypadkach. Mogły być i inne – z uporem kontynuował Flyte. – Jeden to zbiorowe zaginięcie niższych form życia – dokładnie mówiąc ryb. Prasa odnotowała to, ale bez wielkiego zainteresowania. Polityka, morderstwa, seks i dwugłowe kozy, oto czym zajmują się gazety. Jeśli chce się wiedzieć, co się naprawdę dzieje, należy czytać pisma naukowe. I stąd wiem, że osiem lat temu biolodzy morscy spostrzegli dramatyczny spadek populacji ryb w pewnym regionie Pacyfiku. W istocie liczba niektórych gatunków spadła do połowy. W pewnych kręgach naukowych zrazu wybuchła panika. Obawiano się, że to temperatury oceanu nagle się zmieniają, co spowoduje wyginięcie wszystkich gatunków – poza najbardziej wytrzymałymi. Ale okazało się, że nam to nie grozi. Stopniowo życie morskie na tych obszarach – a były to setki mil kwadratowych – stało się równie bogate jak ongi. W końcu nikt nie potrafił wyjaśnić, co stało się z wieloma milionami stworzeń, które znikły.