Lord z planety Ziemia
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Lord z planety Ziemia». Краткое содержание книги:
– Zmniejsz prędkość do dwustu – poleciłem. – Chcę popatrzeć na tubylców.
Po kilku chwilach las zaczął rzednąć. Pojawiły, się wypalone polany, kwadraciki pól obsiane jakimiś roślinami. Karczownicza uprawa roli, jeden z najbardziej prymitywnych sposobów zdobywania pożywienia.
Wkrótce pola się skończyły. Mignęły łańcuchy płotów, małe stożkowate chaty, trochę przypominające afrykańskie. Ludzie pomiędzy nimi zastygli w najbardziej dziwacznych pozach, przykucnięci, przytuleni do ziemi, wpatrzeni w niebo. Ubrani w długie futrzane płaszcze, mieli nieoczekiwanie białą skórę i słomiane włosy.
– Typowa reakcja humanoidów na nieznajomy obiekt latający – wyjaśnił Lans. – Uczono nas podstaw socjologii. Jeśli znajdą tu cenne złoża albo pożyteczne rośliny, planeta szybko się wzbogaci, a jakiś rozwinięty świat ustanowi nad nią protektorat.
Wieś została z tyłu.
Socjologia, protektorat, pożyteczne rośliny – mój mózg przetwarzał urzędowy język w zrozumiałe dla mnie słowa. Dla Dańki być może zabrzmiałyby one jak „nauka o kontaktach międzyludzkich, opieka, rzadkie zioła”… A dla mądrzejszego ode mnie przedstawiciela Ziemi pojęcia stałyby się bardziej złożone, co najlepiej oddałoby prawdziwy sens języka galaktycznego…
– Teraz widzisz, że to nie Ziemia – powiedziałem z ironią. – Ja i Dańka w niczym nie przypominamy tych ludzi.
Lans w milczeniu skinął głową.
W niczym nie przypominamy… Czy na pewno? Kolor włosów i skóry to drobiazg, sam przed chwilą wyjaśniałem to Daniiłowi. Najważniejszy jest poziom techniki. A pod tym względem Ziemia jest równie zacofaną planetą co ten niegościnny świat krążący wokół zimnej gwiazdy Shor XVII. Nad nią też mogą ustanowić protektorat i zacząć wydobywanie uranu, cenionego w kosmosie nie mniej niż u nas. Mogliby eksportować pawie pióra i chińskie jedwabie, indyjskie przyprawy i starożytne obrazy. Przy okazji Ziemia zostanie ucywilizowana, przerwie się niepotrzebne wojny, a w zamian protektorzy zaczną werbować młodzież do armii swojej planety…
Może mamy szczęście, że na Ziemi nie ma Świątyni? Rozwijamy się sami, nie odczuwając własnej niedoskonałości. Sięgamy gwiazd, nie przypuszczając, że możemy się znaleźć w długim szeregu zacofanych, nikomu niepotrzebnych światów. Czy warto szukać Ziemi i otwierać jej szeroką drogę zamiast obecnej krętej ścieżki? Czy nie lepiej wrócić na nią razem z Daniiłem… albo przynajmniej przerwać poszukiwania, za które w przyszłości przeklną mnie tysiące pokoleń Ziemian?
– Kolejna osada. – Głos Lansa wyrwał mnie z zadumy. – Przeczesaliśmy strefę o promieniu stu kilometrów wokół statku. Żadnych śladów.
– Kontynuujemy poszukiwania – odpowiedziałem Lansowi… i samemu sobie.
Muszę odnaleźć Ziemię. Choćby dlatego, że dotarł do niej ten cwaniak, który kupił pluton i tytan za kilka tanich technicznych nowinek. Chłopiec z Ziemi, Dańka, nie przypadkiem znalazł się obok mojego statku. Ktoś włączył się do tej gry, w której nagrodą jest Ziemia. Zresztą lepszy już protektorat Tara, zawdzięczającego swoją wolność Ziemianinowi, niż jakiejś innej planety. Może nie zostanę władcą Tara, ale księżniczka nigdy nie wyrządzi krzywdy mojej planecie.
Odnajdę Ziemię albo zginę. To więcej niż miłość. To życie Ziemi, która zrodziła mnie i wszystko, co jest mi drogie. Będę zabijał, będę łamał twarde galaktyczne prawa, zostanę zdrajcą i katem. Ale Ziemia musi pozostać wolna. Pamięć milionów przodków, sól ziemskich oceanów w mojej krwi – to wszystko nie pozwoli mi zrezygnować.
Mój świat musi pozostać wolny, w przeciwnym razie będę niewolnikiem nawet na tronie imperatorów Tara.
– Znowu wieś! – Dańka przykleił się do ekranu. – Rozbiegli się. Ale tchórze…
– Daniił zachwycony? – zapytał z uśmiechem Lans.
Skinąłem głową. Coś obudziło moją czujność.
– Ładny ten wasz język, książę. Niezrozumiały, ale przyjemny dla ucha. Aż chciałoby się go nauczyć.
– Nauczyłbym się rosyjskiego już choćby dlatego, że posługiwał się nim książę [Parafraza fragmentu wiersza W. Majakowskiego Naszej młodości: „Nauczyłbym się rosyjskiego już choćby dlatego, że mówił nim sam Lenin”] – zakpiłem i nagle zrozumiałem, co mi się nie spodobało. – Zawracaj do wsi, Lans!
Lans od razu wykonał rozkaz, niemal od razu zmieniając kierunek lotu przy takiej prędkości, że kula grawikompensatora skurczyła się, pochłaniając przeciążenia. Dańka jęknął. Dla niego nawet półtora g to zbyt dużo. Dopiero potem Lans zapytał:
– O co chodzi, kapitanie?
– Nie zauważyłeś? – wykrztusiłem, walcząc z przeciążeniem. – Czego was uczyli w tym korpusie oficerskim? Mieszkańcy tej wsi reagują nietypowo na pojawienie się kutra! Widzieli już latające maszyny!
– Rozumiem.
Kuter zawisł nad stożkami chat. Kula grawikompensatora rozszerzała się powoli, wyrzucając z siebie wchłoniętą grawitację. Na brzegach osiedla majaczyły plecy tubylców pospiesznie uciekających do lasu. Kobiety z dziećmi, kilku chłopaczków z dzidami. Dwóch potężnych mężczyzn prowadzących starca…
– Paralizator na tę trójkę, Lans! To wódz, powinien sporo wiedzieć!
Z dna kutra wyskoczył błękitny promień. Spóźnieni uciekinierzy padli na ziemię.
– Unieruchomiłem ich, kapitanie. Na wszelki wypadek, żeby uniknąć ataku.
– Trójka z plusem, pilocie. – Podtrzymałem słaniającego się Dańkę. – Ląduj.
Wydostałem się na zewnątrz przez otwarty luk, z trudem niosąc ciężkiego chłopca. W ślad za nami wyskoczył Lans z walizeczką lingwersora w ręku.
Odeszliśmy na dziesięć metrów od kutra i ciężar znikł. Dańka natychmiast wyrwał się z moich objęć, pokręcił głową i wyszeptał:
– Co to było, Siergiej?
– Później ci wyjaśnię. Trzymaj się z tyłu, dobrze?
Biegliśmy między chatami, po udeptanym gliniastym podłożu.
– Oto oni, kapitanie!
Przed nami leżały trzy rozciągnięte ciała. Starzec i dwóch strażników.
– Aktywizuj starca, Lans.
Lans pochylił się nad domniemanym wodzem wsi i przesunął nad jego ciałem mały czarny dysk. Staruszek poruszył się. Lans pospiesznie otworzył walizeczkę lingwersora, wystukał coś na klawiaturze i powiedział przepraszającym tonem:
– W pamięci komputera jest tylko jeden dialekt tej planety. Mam nadzieję, że to wystarczy.
Pochyliłem się nad starcem.
– Przyszliśmy w pokoju i nie skrzywdzimy nikogo – powiedziałem. – Nie atakujcie pierwsi, a wszystko będzie dobrze.
Lingwersor wydał serię urywanych, szczekliwych dźwięków. Staruszek z trudem wstał i zaczął mówić tym samym nieprzyjemnym językiem. Lingwersor przetłumaczył:
– Demony przybywające z nieba i mówiące słowami górskich barbarzyńców! Czego znowu chcecie? Obiecaliście odejść na zawsze!
Wymieniliśmy spojrzenia z Lansem.
– Miał pan rację, kapitanie. Ktoś tu był przed nami!…
– Przesłuchaj go, Lans. Potrzebuję wszelkich informacji. Nawet gdybyś musiał wyżąć mu mózg.
Lans po chwili skinął głową.
– Tak jest, kapitanie.
Dańka pociągnął mnie za rękę.
– Siergiej… czego my się chcemy dowiedzieć?
– Widzisz – odpowiedziałem niewinnym tonem – szukamy przyjaciół, którzy powinni byli przylecieć na planetę przed nami. Boję się, że się rozminiemy.
Dańka skinął głową i z nieudawanym zainteresowaniem zaczął przyglądać się leżącemu obok tubylcowi, który trzymał krótką dzidę i miecz ze stopu przypinającego brąz. Potem chłopiec zerknął na mój miecz wiszący w pochwie za plecami. Chyba wieczorem będę musiał mu wyjaśnić zasadę działania broni płaszczyznowej…