Lord z planety Ziemia
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Lord z planety Ziemia». Краткое содержание книги:
Na tylnym ekranie widać było oddalający się statek. Srebrzysta kula, wczepiona w ziemię dziesięcioma grubymi kolumnami podpór, otoczona pierścieniem powalonych i zwęglonych drzew przypominała Świątynię Siewców… na tyle, na ile tani samochód małolitrażowy przypomina luksusowego rolls-royce’a.
– Teraz wierzę, że nie jesteśmy na Ziemi – wyszeptał chłopiec. Skinąłem głową. Wschodzące za statkiem słońce było dwa razy większe od ziemskiego i miało barwę ciemnej miedzi. Rzeczywiste rozmiary różniły się jeszcze bardziej. Gwiazda Shor XVII była typowym czerwonym gigantem.
– Zawsze wiedziałem, że zdarzy mi się coś takiego – mówił dalej Daniił.
W dzieciństwie każdy wierzy w swoją niezwykłość. To właśnie nam przeznaczone są niezwykłe przygody, starożytne skarby, piękne księżniczki i straszne potwory. Może to i lepiej, że tak szybko zapominamy o dziecięcych marzeniach. W przeciwnym razie wielu ludzi nie znalazłoby w sobie sił, by żyć.
Lans, siedzący w fotelu pilota, powiedział półgłosem:
– Dziękuję, Ernado, wyszliśmy ze strefy ochrony. Włącz generator.
W holograficznej mgiełce sześcianu nad statkiem zamigotała różowa kopuła. Neutralizujące pole, wyłączone w chwili naszego startu, znowu okryło statek.
Daniił patrzył na hologramowy obraz jak zaczarowany. Potem przeniósł spojrzenie na Lansa.
– On nie zna rosyjskiego, kapitanie?
– Nie. Rozmawiamy w standardowym galaktycznym, to podstawowy język humanoidalnych planet. A tak w ogóle… gdy rozmawiamy nieoficjalnie, możesz do mnie mówić Siergiej. W przeciwnym razie wkrótce zapomnę, jak mam na imię.
– Dobrze. W takim razie niech pan mówi do mnie Dańka – zaproponował poważnie chłopiec.
Skinąłem głową.
Daniił znowu popatrzył na Lansa i półgłosem powiedział:
– Wygląda zupełnie jak człowiek, prawda? A po tym z szarą skórą to od razu widać, że z innej planety.
– Nazywa się Redrak.
Dańka zachichotał. Pochwycił moje zdumione spojrzenie i wyjaśnił:
– Redrak. Przypomniał mi się dowcip… o takim jednym nazwisku, którego nie tłumaczy się na rosyjski.
Z trudem stłumiłem chichot. Dowcip oczywiście pamiętałem. Ciekawe swoją drogą, że na żadnej innej planecie dowcipy nie są tak rozpowszechnione jak na Ziemi. Ale Daniiła trzeba przywołać do porządku.
– Słuchaj i postaraj się zapamiętać, junga – zacząłem.
Przestraszony Dańka skulił się.
– W galaktyce są tysiące planet zamieszkanych przez ludzi. Czasem ich mieszkańcy bardzo przypominają Ziemian, czasem pod wieloma względami się od nas różnią. Szara skóra to drobiazg w porównaniu z pancerzem rogowym czy sierścią. Ale wszyscy wywodzimy się z jednego korzenia, wszystkich nas stworzyli Siewcy. W przeważającej większości przypadków geny mieszkańców różnych planet są identyczne. Rozumiesz?
Chłopiec niepewnie skinął głową.
– Spotykałem wiele imion, które Ziemianinowi wydałyby się niezwykle zabawne. Ale nie należy się z nich śmiać, choćby przez wzgląd na własne bezpieczeństwo. Ziemia i tak nie jest zbyt szanowaną planetą. Rozumiesz?
Dańka powiedział żałośnie: – Już nie będę…
Lans mrugnął do mnie. Nie rozumiał naszej rozmowy, ale surowy ton nie wymagał tłumaczenia.
– Uczy pan dzieciaka grzeczności, kapitanie?
– Trzeba.
– Bardzo słusznie. Pójdziemy spiralą, kapitanie?
– Tak. Wiesz, czego szukamy?
– Obcego statku.
– Raczej jego śladu. Szansa jest niewielka, ale warto spróbować.
Lecieliśmy dość nisko, dwadzieścia metrów nad drzewami, za szybko, żeby dostrzec jakieś szczegóły, ale tym zajmowały się detektory poszukiwawcze, skanujące leśną gęstwinę we wszystkich możliwych zakresach. Skupisko metalu, promieniowanie cieplne, źródło radioaktywności – to wszystko mogło naprowadzić nas na ślad.
– Kapitanie – odezwał się cicho Dańka. – Kapitanie… Popatrzyłem na chłopca. Mój Boże, przecież on wygląda jak zbity pies. Zastosowałem zbyt surowy ton.
– Co, Dańka?
Chyba go zachęciłem.
– Kapitanie, dlaczego Ziemia nie jest szanowaną planetą? Bo ciągle walczymy, tak?
Wzdrygnąłem się. Co za idiota ze mnie. Przecież tyle dowiedziałem się od Daniiła o tym, co wydarzyło się w mojej ojczyźnie przez te dwa lata…
Życie na granicy nędzy, elektryczność włączana na trzy godziny dziennie, mieszkania zamarzające zimą. To jedna strona medalu, ta, do której należał Dańka.
Wille nad Morzem Czarnym, wielopiętrowe domy, lustrzane witryny supermarketów. To wszystko dla innych…
Etap pierwotnej akumulacji kapitału. Prawa historii, żeby je diabli wzięli!
A poza tym lasy, dokąd chodzi się nie na spacer, lecz żeby zbierać grzyby i jagody zatrute chemikaliami. Cmentarzyska toksycznych odpadków, przywiezionych z krajów rozwiniętych. Zmieniające się rządy. Niekończące się konflikty na nieuznawanych granicach. No i przestępczość. Wszędzie, w szkołach i na ulicach, pustoszejących, gdy zapadnie zmrok.
Świat, z którego ma się ochotę uciec. Świat, w którym w możliwość ucieczki wierzą tylko dzieci, chociaż są pewne, że bez względu na to, dokąd uciekną, będzie tam działać to samo prawo. Prawo silniejszego. Prawo jednego do decydowania za wielu. Prawo do fałszowania prawdy.
Czy naprawdę chcę, żeby ten świat Dańka zapamiętał w taki sposób? Surowa nagana kolejnego dowódcy, obwieszeni bronią supermani. Pogarda dla własnej planety.
– To długa historia, mały – powiedziałem łagodnie. – I wcale nie chodzi o to, że jesteśmy gorsi od innych.
Chłopiec szybko skinął głową, jakby zgadzał się z tym, że żadnych wyjaśnień nie będzie.
Westchnąłem i odwróciłem się do niego bokiem.
– Czasu mamy dużo… – zauważyłem niezbyt konsekwentnie. – Posłuchaj… wszystko zaczęło się miliony lat temu. W naszej galaktyce istniała cywilizacja, która sama siebie nazwała Siewcami. Najbardziej ze wszystkiego na świecie lubiła walczyć i tworzyć nowe życie.
Mówiłem, wybierając jak najprostsze słowa. O Siewcach, którzy przed swoim zniknięciem zostawili nasiona na wszystkich planetach z atmosferą. O Świątyniach, pozwalających cywilizacjom przemieszczać się od planety do planety. O Ziemi, na której z jakiegoś powodu Świątynia nie została zbudowana. O piętnie, które spoczęło na naszym świecie.
Opowiedziałem o księżniczce z planety Tar, o jej darze, o tym, jak mnie wezwała, bym uratował jej świat, który wpadł w pułapkę własnych tradycji. O Ernadzie, który stał się moim nauczycielem.
Dańka nie odrywał ode mnie płonących oczu, gdy opisywałem ucieczkę na flaerze z wyłączonym silnikiem i spotkanie z Lansem w bazie wojsk lotniczych. Wstrzymał oddech, gdy opisywałem pojedynek z Shorreyem, i zacisnął pięści, jakby do walki, gdy wyjaśniłem, dlaczego musiałem, już jako książę, wyruszyć na dobrowolną tułaczkę. Na poszukiwanie planety, której nie ma. Naszej ojczyzny Ziemi.
– Więc jest pan księciem? Władcą całej planety? – wykrztusił w końcu.
– Formalnie. Dopóki Ziemi nie ma na gwiezdnych mapach, jestem włóczęgą. Przybyszem znikąd.
– Wszystko jedno. Znajdzie pan Ziemię?
– Nie wiem. – Doszedłem do granicy szczerości. Psychokod umieszczony w świadomości chłopca? Bzdura! A jednak powiedziałem: – Możliwe, że wrócę razem z tobą.
Wydawało mi się, że te słowa niezbyt go ucieszyły, ale nie zdążył nic powiedzieć.
– Przed nami osada – oznajmił Lans, lekko zmieniając kurs.
– Zaraz przelecimy nad wsią – przetłumaczyłem na rosyjski Daniiłowi. Dotknąłem panelu sterowniczego, przełączając boczne ekrany na widok przestrzeni pod kutrem. Dańka drgnął; wrażenie było takie, jakbyśmy nagle przewrócili się na bok. Pod nami ścielił się brązowoszary dywan lasu. W świetle dnia wyglądał nie mniej nieprzyjaźnie niż w nocy.