Rozstaje zmierzchu
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #10
- Год: 2004
- Язык: польский
- Переводчик: Ewa Wojtczak
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Rozstaje zmierzchu». Краткое содержание книги:
— Los mnie nie rozpieszcza — szepnął Illiańczyk, drapiąc się po krótkich włoskach rosnących nad jego lewym uchem. — Cokolwiek planujesz, uważaj. Jest moim zdaniem twardsza, niż sądzisz.
— Egeanin? — spytał Mat z niedowierzaniem. Prędko rozejrzał się wokół, sprawdzając, czy ktoś w alei nie słyszał imienia, które mu się wymknęło. Jedynie nieliczne przechodzące osoby w ogóle zerkały na niego i Domona, nikt też nie spojrzał powtórnie. Nie jeden Luca palił się do opuszczenia miasta, w którym przychodziło na widowisko coraz mniej gości, a wszyscy świeżo w pamięci mieli błyskawice rozpalające niebo nad pogrążonym w nocy portem. Gdyby Luca ich nie przekonał do pozostania, pewnie uciekliby tej pierwszej nocy, pozbawiając Mata kryjówki. A Luca był przekonujący dzięki obiecanemu przez Cauthona złotu. — Wiem, że jest twardsza niż stare buty, Domonie, jednak stare buty niewiele mnie obchodzą. Nie płyniemy żadnym cholernym statkiem, nie pozwolę jej na przejęcie kontroli i zrujnowanie wszystkich naszych planów.
Domon skrzywił się, jakby miał do czynienia z człowiekiem niespełna rozumu.
— Mówię o dziewczynie. Sądzisz, że potrafiłbyś zachować taki spokój, gdyby cię wyniesiono w nocy w dywanie? Cokolwiek planujesz, uważaj, gdy gadasz głupoty o małżeństwie albo będziesz się miał z pyszna.
— Tylko żartowałem — odrzekł cicho Mat. — Ile razy mam to powtarzać? Przez moment byłem zaskoczony. — Tak, na pewno był przez chwilę wytrącony z równowagi. Gdyby na jego miejscu znajdował się jakiś cholerny trollok, nawet jego wytrąciłaby z równowagi informacja, kim jest Tuon.
Domon chrząknął nieufnie. No cóż, nie była to najlepsza z wymyślonych przez Mata historyjek. A jednak poza Domonem wszyscy, którym ją opowiadał, szczerze w nią wierzyli. Tak przynajmniej zdawało się Cauthonowi. Może Egeanin na samą myśl o Tuon język stawał kołkiem, jednak na pewno miałaby sporo do powiedzenia, gdyby sądziła, że Mat mówi poważnie. Prawdopodobnie wbiłaby mu nawet nóż w pierś.
Illiańczyk potrząsnął głową, zerkając w kierunku, w którym poszła Egeanin.
— Od tej pory staraj się bardziej panować nad słowami. Egea... To znaczy Leilwin... niemal dostaje szału, ilekroć przypomni sobie twoje oświadczenie. Słyszałem, jak mamrotała coś pod nosem i mogę się założyć, że nawet dziewczyna, o której mówimy, nie przyjęłaby tego lżej. Zażartowałeś sobie z niej i przez ciebie mogą nas wszystkich skrócić o... — Wyraziście przesunął sobie palcem po gardle i krótko kiwnął głową za przepychającą się przez tłum Egeanin.
Obserwując, jak Domon odchodzi, Mat potrząsnął głową. Tuon twarda? To prawda, że dziewczyna była Córką Dziewięciu Księżyców i zalazła mu za skórę już w Pałacu Tarasin, kiedy uważał ją za zwykłą zarozumiałą, seanchańską arystokratkę, która pojawia się w miejscach, gdzie jej zupełnie nie oczekiwał. I tyle. Twarda? Wyglądała jak lalka wykonana z kruchej, czarnej porcelany. Jak bardzo mogła być twarda?
A jednak postanowił, że będzie się starał jej nie prowokować.
Wiedział, że nie powinien powtarzać tego, co Bayle nazwał „głupotami”, jednak prawda była taka, iż rzeczywiście zamierzał poślubić Tuon. Na tę myśl westchnął. Czuł, że to się zdarzy, że było to jak proroctwo. I może w jakimś sensie było. Tyle że Mat nie mógł sobie wyobrazić, jak mogłoby dojść do takiego małżeństwa. Na pierwszy rzut oka nie wydawało się ono możliwe, a Cauthon nie będzie płakał, jeśli się takie okaże. Wiedział jednak, że nie powinien na to liczyć. Dlaczego stale trafiały mu się przeklęte kobiety, które wyciągały na niego nóż lub atakowały w inny sposób? Uważał, że to nie w porządku.
Zamierzał pójść prosto do wozu, w którym Setalle Anan — twarda karczmarka, przy której kamień wydawał się miękki — pilnowała Tuon i Selucii. Rozpieszczona arystokratka i jej służąca nie sprawiały żadnych kłopotów, szczególnie że na zewnątrz dyżur pełnili Czerwonoręcy. Nie sprawiały ich przynajmniej do tej pory, w przeciwnym razie Mat na pewno by o tym usłyszał. Wbrew jego zamiarowi wszakże, nogi poniosły go na kręte uliczki przecinające tereny widowiska. Krzątanina wypełniała je wszystkie, zarówno te szerokie, jak i te najwęższe. Cauthona mijali mężczyźni prowadzący konie, które zbyt długo nie ćwiczone co rusz podskakiwały i płoszyły się. Inni składali namioty i pakowali wozy towarowe lub wyciągali owinięte w płótno tobołki, okute mosiądzem kufry, beczki i wszelakiej wielkości pojemniki z wozów mieszkalnych, które stały tu od miesięcy, częściowo tylko rozładowane, aby w każdej chwili można było w miarę szybko wyruszyć w drogę. Do wozów dołączano końskie zaprzęgi. Nieprzerwanie panował hałas: konie rżały, kobiety krzyczały na dzieci, dzieci płakały za zagubionymi zabawkami lub darły się w niebogłosy z powodu ogólnego rwetesu i nerwowości, mężczyźni głośno pytali, kto pożyczył ich uprząż bądź takie czy inne narzędzie. Jednego z treserów otaczała grupka akrobatek: szczupłych, lecz umięśnionych kobiet, które występowały na linach zawieszonych na wysokich słupkach. Wszystkie machały rękoma i krzyczały z całych sił; żadna nie słuchała drugiej. Mat zatrzymał się na chwilę, usiłując zrozumieć, o co się sprzeczają, w końcu jednak zrezygnował, uznał bowiem, że prawdopodobnie same nie są tego pewne. Dwóch mężczyzn bez płaszczy walczyło i tarzało się po ziemi na oczach prawdopodobnej „przyczyny” bijatyki — ładnej, smukłej szwaczki imieniem Jameine — na szczęście w tym momencie zjawił się Petra i rozdzielił ich, zanim Cauthon zdążył się choćby zastanowić, który z nich ma większe szanse.
Mat nie bał się zobaczyć ponownie Tuon. Oczywiście, że nie! Trzymał się od niej z dala, odkąd umieścił ją w tym wozie, dając jej czas na urządzenie się i uspokojenie. I tyle. No tak, ale... Domon nazwał ją uosobieniem spokoju i miał rację. Porwana w środku nocy, zabrana w burzę przez ludzi, którzy z łatwością i w każdej chwili mogli jej podciąć gardło, patrząc jej przy tym w oczy, z czego zdawała sobie sprawę... A jak dotąd wydawała się najspokojniejsza z całej grupy. O Światłości, była tak opanowana, jakby sama zaplanowała własne porwanie! Na ten pomysł już wcześniej poczuł osobliwe swędzenie między łopatkami, a i teraz odniósł wrażenie, że ktoś kłuje go w tym miejscu nożem. I wyimaginowane kości znów zagrzechotały mu w czaszce.
„Ta kobieta raczej nie zaproponuje mi tu i teraz wymiany przysiąg” — pomyślał z chichotem, który nawet dla niego zabrzmiał wymuszenie. Tym niemniej nie istniał żaden pod słońcem powód do lęku. Mat był po prostu ostrożny, nie przestraszony.
Na rozległym terenie widowiska można by pobudować sporą wioskę, niemniej jednak przestrzeń okazała się nie dość duża dla ociągającego się Cauthona. Z tego też względu szybko, o wiele za szybko, stanął przed pomalowanym na jasno-purpurowo, pozbawionym okien wozem otoczonym przez zwieńczone płóciennymi budami wozy towarowe oraz paliki dla koni wbite na najbardziej południowym krańcu. Łajna dziś rano nie wywieziono, toteż fetor był silny. Wiatr przyniósł tutaj także intensywne zapachy z najbliższych klatek ze zwierzętami: piżmowy odór dużych kotów, niedźwiedzi i Światłość jedna wie, czego jeszcze. Za wozami towarowymi i szeregami koni część ściany namiotu opadała i zaczynała drżeć, gdyż mężczyźni poluźniali linki przymocowane do słupków. Słońce, częściowo obecnie schowane za ciemnymi chmurami, przemierzyło już połowę drogi do południowego szczytu — a może nawet wyżej, choć pora była jeszcze stosunkowo wczesna.
Harnan i Metwyn, dwaj Czerwonoręcy, zdążyli przywiązać pierwszą parę koni do dyszla purpurowego wozu i niemal skończyli z drugą parą. Żołnierze ci, dobrze wyszkoleni w Legionie Czerwonej Ręki, będą w pełni gotowi wyruszać, podczas gdy artyści widowiska nadal się będą zastanawiać, w jaką stronę ustawić konie. Mat nauczył przedstawicieli Legionu szybkiego reagowania w potrzebie. Sam wlókł się powoli, jakby brnął w błocie.