Rozstaje zmierzchu
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #10
- Год: 2004
- Язык: польский
- Переводчик: Ewa Wojtczak
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Rozstaje zmierzchu». Краткое содержание книги:
3
Wachlarz kolorów
Cauthon nie wiedział, czy przeklinać, czy płakać. Skoro żołnierze odeszli, a Ebou Dar za moment zostanie daleko za nimi, nie widział powodu do niepokoju, z drugiej strony wiedział, że przyczyny owego ostrzegawczego grzechotu kości w jego głowie zazwyczaj wyjaśniały się dopiero wtedy, gdy było już niemal zbyt późno na ratunek. Do zdarzenia, przed którym przestrzegały, mogło dość dopiero za wiele dni lub zaledwie za parę godzin, a Mat nigdy przed czasem nie potrafił go sobie nawet wyobrazić. Miał jedynie pewność, że coś ważnego bądź strasznego się zdarzy, on zaś nie może tego uniknąć. Czasami, jak tej nocy przy bramie, nie rozumiał, dlaczego kości grzechoczą, nawet potem, kiedy w jego głowie już zapanował spokój. W jakimś sensie nie chciał tego spokoju, gdyż — choć łomot denerwował go i skręcał jego ciało niczym dotkniętego świerzbem kozła — grzechotanie oddalało nieuchronny incydent. Jednakże oczywiście w końcu ustawało. Zawsze, prędzej czy później, ustawało.
— W porządku, Mat? — spytał Olver. — Ci Seanchanie nie mogą nas złapać. — Miało to być burkliwe stwierdzenie, lecz drugiemu zdaniu w głosie chłopca towarzyszyła pytająca nutka.
Nagle Cauthon zrozumiał, że od jakiegoś czasu wpatruje się przed siebie. Egeanin z roztargnieniem i bezmyślnie przebierała palcami w peruce, jawnie bocząc się na niego i gniewając za to, że ją ignoruje. Domon pogrążył się w zadumie. Najwyraźniej nie zdecydował jeszcze, czy stanąć po stronie Egeanin, a z pewnością nie chciał robić sobie wroga z Mata. Nawet Thera zerkała na niego z wejścia do namiotu, choć zwykle starała się schodzić Egeanin z oczu. Cauthon nie mógł im niczego wyjaśnić. Tylko człowiek z sieczką zamiast mózgu uwierzyłby, że dostaje przestrogi od niewidocznych, chociaż głośno hałasujących kości. Albo może człowiek napiętnowany przez Moc. Lub przez Czarnego. Mat nie obawiał się, że ktoś może go o coś takiego podejrzewać. Może noc przy bramie w kółko się powtarzała. Nie, tego sekretu nie potrafił nikomu ujawnić. Gdyby go zresztą ujawnił, i tak nic by mu to nie dało.
— Nigdy nas nie złapią, Olverze, ani ciebie, ani mnie. — Zmierzwił chłopcu włosy, a dziesięciolatek odwzajemnił się wielkim uśmiechem, sugerującym łatwy powrót zaufania. — Nie złapią nas, póki trzymamy oczy szeroko otwarte i bacznie się rozglądamy wokół. Pamiętaj, że zawsze można znaleźć drogę wyjścia, jeśli odpowiednio się koncentrujesz, jeżeli zaś się nie skupisz, możesz się potknąć nawet o własne stopy.
Olver poważnie pokiwał głową, jednak przygana Mata odnosiła się raczej do innych towarzyszy podróży. A może do niego samego. O Światłości, nie mogli być chyba czujniejsi. Wszyscy z wyjątkiem chłopca, który uważał ich ucieczkę za wspaniałą przygodę, przed opuszczeniem miasta prawie wychodzili ze skóry.
— Idź pomóc Therze, tak jak ci kazał Juilin — dodał Mat. Ostry poryw wiatru szarpnął jego płaszczem, przyprawiając mężczyznę o drżenie. — I ubierzże się, przecież jest zimno — rzucił, gdy chłopiec wsuwał się obok Thery do namiotu.
Dochodzące ze środka szelesty i skrobanie szybko uprzytomniły Matowi, że Olver, w płaszczu czy bez płaszcza, zabrał się do pracy, jednak Thera wciąż kucała w wejściu do namiotu, wpatrując się w Cauthona. Wszyscy szczególnie troszczyli się o bezpieczeństwo chłopca. Skoro tylko Olver zniknął, Egeanin zbliżyła się do Mata z rękoma na biodrach. Mat cicho zaklął pod nosem.
— Teraz wyjaśnimy sobie wszelkie kwestie, Cauthon — oświadczyła twardo kobieta. — Tak, teraz. Nie pozwolę, żebyś odwoływał moje rozkazy i rujnował w ten sposób naszą podróż!
— Nie ma tu nic do wyjaśniania — odparł. — Nigdy nie byłem najętym przez ciebie pomocnikiem i powinnaś o tym pamiętać.
Jej rysy jeszcze bardziej stwardniały, jawnie wskazując, że Egeanin bynajmniej się z nim w tej kwestii nie zgadza. Ta kobieta była równie agresywna jak żółw jaszczurowaty, ale musiał przecież istnieć jakiś sposób, by Mat mógł oderwać od swojej nogi głodne szczęki stworzenia. Niech sczeźnie, jeśli chciał pozostać sam z kośćmi grzechoczącymi w jego głowie, a jednak wolał już słuchać ich łomotu niż odbywać sprzeczkę z Egeanin.
— Przed odjazdem zamierzam się spotkać z Tuon — oznajmił, wypowiadając te słowa, zanim zdążył się zastanowić. Zrozumiał, że od dawna chodził mu ten pomysł po głowie, powoli tężejąc, aż ujawnił się w postaci jasnego zdania.
Na odgłos rzuconego przez Mata imienia cała krew spłynęła z policzków jego rozmówczyni. Cauthon usłyszał też pisk Thery, która natychmiast odgarnęła klapy namiotu i skryła się w środku. Dawna panarch, będąc własnością Lady Suroth, przyswoiła sobie mnóstwo typowych dla Seanchan reakcji i przejęła sporo ich tabu. Egeanin jednakże nie dała się zastraszyć.
— Po co? — spytała ostro, a następnie dodała prędko głosem równocześnie niespokojnym i wściekłym: — Nie wolno ci jej tak nazywać. Musisz jej okazywać szacunek. — Dziwnym trafem jej głos z każdym zdaniem twardniał jeszcze bardziej.
Cauthon uśmiechnął się, lecz Egeanin najwidoczniej nie dostrzegała żartu. Szacunek? Niewiele respektu dostrzegał we wpychaniu knebla w czyjeś usta i zawijaniu ciała tej osoby w dywan. I niczego nie zmieni nazwanie tej istoty Wysoką Lady Tuon czy jeszcze inaczej. Egeanin wolała oczywiście mówić o uwolnieniu damane niż o Tuon. Gdyby mogła udawać, że do porwania nigdy nie doszło, na pewno skorzystałaby z okazji. Zresztą próbowała. O Światłości, ta kobieta usiłowała ignorować przeszłe zdarzenia! Potrafiła wypchnąć z umysłu także wszelkie inne popełnione zbrodnie.
— Ponieważ chcę z nią rozmawiać — odrzekł. A dlaczego niby nie? Musiał pomówić z Tuon, prędzej czy później.
Ludzie zaczęli już przemierzać pospiesznie wąską uliczkę, jedni w górę, drudzy w dół. Większość mężczyzn była na wpół ubrana, koszule wysuwały im się ze spodni, kobiety nadal miały na głowach nocne chusty; niektórzy prowadzili konie, inni — o ile Mat dobrze widział — chyba tylko kręcili się po terenie. Muskularny chłopiec, niewiele wyższy od Olvera, wykonywał kilka przerzutów przez biodro, jeśli tylko znajdował dość miejsca w tłumie; może ćwiczył, może się popisywał. Ospały osobnik z intensywnie zielonego wozu wciąż się nie pojawiał. Wielkie Wędrowne Widowisko Luki nigdzie nie wyruszy jeszcze przez dobre kilka godzin. Mieli sporo czasu.
— Możesz pójść ze mną — zaproponował tonem najniewinniejszym z możliwych. Och, powinien się najpierw zastanowić.
Słysząc propozycję, Egeanin zastygła, a jej twarz w niektórych miejscach pobladła, w innych poczerwieniała.
— Okaż jej stosowny szacunek — wychrypiała w końcu kobieta. Szarpała obiema rękoma zawiązany pod brodą szal, jakby usiłowała wcisnąć jeszcze głębiej na głowę i tak ściśle przylegającą czarną perukę. — Chodź, Bayle. Chcę się upewnić, że moje rzeczy są odpowiednio ładowane.
Domon zawahał się, lecz Egeanin już się obróciła i, nie oglądając się za siebie, ruszyła spiesznie w tłum. Mat przyjrzał się z uwagą mężczyźnie. Miał niewyraźne niegdysiejsze wspomnienia rejsu na pokładzie rzecznego statku Domona, tyle że nawet określenie tych wspomnień słowem „niewyraźny” było nieco na wyrost. Thom przyjaźnił się z Domonem, co stanowiło punkt na korzyść Illiańczyka, jednak Bayle był obrońcą Egeanin, gotowym wspierać ją we wszystkim, łącznie z niechęcią do Juilina, toteż Cauthon ufał mu nie bardziej niż jej. Czyli, ma się rozumieć, nie za bardzo. Egeanin i Domon trzymali się własnych celów i właściwie ich nie interesowało, czy Mat Cauthon przeżyje tę wyprawę. Wątpił, czy ten mężczyzna obdarza go większym zaufaniem, jednak tak naprawdę żaden z nich nie miał w tym momencie wyboru.