Rozstaje zmierzchu
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #10
- Год: 2004
- Язык: польский
- Переводчик: Ewa Wojtczak
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Rozstaje zmierzchu». Краткое содержание книги:
— Mam większe pojęcie, niż sądzisz — odciął się cierpko. Mógłby przedstawić jej listę bitew, w których zdawało mu się, że dowodził, ale o większości z nich słyszeli jedynie historycy i to prawdopodobnie nie wszyscy. Zresztą i tak nikt by mu nie uwierzył. Sam Mat również nie dałby wiary, gdyby ktoś opowiedział mu tę historię jako swoją. — Ty i Domon nie powinniście się przypadkiem przygotować do drogi? Chyba nie chcesz tu czegoś zostawić.
Całe jej mienie leżało już w wozie, który Egeanin i Mat dzielili z Domonem (układ ten nie był zbyt wygodny), jednak Cauthon przyśpieszył kroku, mając nadzieję, że kobieta pojmie aluzję. Poza tym, widział już przed sobą cel.
Jasnoniebieski namiot, wtłoczony między dwa wozy: jadowicie żółty i szmaragdowozielony, był tak mały, że mieścił zaledwie trzy składane łóżka, dostarczał wszakże schronienia wszystkim, których Mat wyprowadził z Ebou Dar, choć oczywiście zarówno ich uratowanie, jak i przechowanie, wymagało wręczenia sowitej łapówki. Wynajął namiot, który przeznaczył mu właściciel, w dodatku za cenę pięknego pokoju w dobrym zajeździe. Teraz przed namiotem siedział na ziemi po turecku Juilin, ciemny, nabity mężczyzna o krótkich, czarnych włosach oraz Olver, chłopiec chudy (choć już nie tak chudy jak podczas jego i Mata pierwszego spotkania), lecz niski jak na dziesięć lat, do których się przyznawał. Obaj byli bez płaszczy mimo wiatru i grali w Węże i Lisy na planszy, którą ojciec chłopca przed śmiercią wyrysował dla niego na kawałku czerwonej szmatki. Olver rzucił kostką, policzył starannie kropki, po czym zastanowił się nad potencjalnym ruchem wzdłuż pajęczyny czarnych linii i strzał. Taireniański łowca złodziei zwracał mniejszą uwagę na grę, a na widok Mata usiadł prosto.
Nagle z tyłu namiotu zjawił się Noal, sapiąc ciężko jak po biegu. Juilin podniósł na niego zaskoczony wzrok, a Cauthon zmarszczył brwi. Kazał staremu przyjść od razu tutaj. Gdzie zabawił po drodze? Noal spojrzał na niego wyczekująco, nie z poczuciem winy czy zakłopotaniem; wydawał się po prostu chętny wysłuchać, co Mat ma do powiedzenia.
— Wiecie o Seanchanach? — spytał Juilin, zwracając uwagę także na Cauthona.
Jakiś cień poruszył się wewnątrz namiotu tuż za frontowymi klapami i po chwili wysunęła się spomiędzy nich ciemnowłosa kobieca głowa. Kobieta siedziała na końcu jednego z łóżek, owinięta starym szarym płaszczem. Teraz pochyliła się do przodu i położyła dłoń na ramieniu Juilina, na Mata zaś zerknęła ostrożnie. Thera była ładna, jeśli lubi się kobiece usta o niemal zawsze wydętych wargach. Juilin najwidoczniej bardzo takie usta lubił, tak przynamniej Cauthon wnosił z uspokajającego sposobu, w jaki mężczyzna się uśmiechnął i poklepał Therę po ręce. Pełne nazwisko i tytuł kobiety brzmiały Amathera Aelfdene Casmir Lounault, Panarch Tarabonu i dysponowała ona władzą niemal równą królowej. W każdym razie kiedyś. Juilin wiedział o tym, podobnie Thom, jednak Mata postanowił o tym poinformować, dopiero gdy znaleźli się na terenach widowiska. Cauthon przypuszczał jednak, że fakt ten nie ma szczególnego znaczenia. Kobieta reagowała prędzej na imię Thera niż na Amatherę, nie wysuwała żadnych żądań, chciała tylko przebywać z Juilinem, a ryzyko, że ktoś ją tu rozpozna, nie wydawało się zbyt duże. Tak czy inaczej, Mat miał nadzieję, że Thera czuje do Juilina coś więcej niż tylko wdzięczność za ratunek, ponieważ mężczyzna na pewno mocno się w niej zadurzył. A któż śmie twierdzić, że zdetronizowana panarch nie może się zakochać w łowcy złodziei? Dziwniejsze rzeczy już się zdarzały, chociaż Cauthon nie potrafił oczywiście wymienić ich ot tak, od ręki.
— Chcieli tylko zobaczyć pismo zwalniające konie Luki z loterii — oświadczył, a Juilin kiwnął głową. Wyraźnie, choć lekko się odprężył.
— Nawet nie policzyli palików ani koni. — W piśmie wpisana była dokładna liczba koni, które Luce pozwolono trzymać. Seanchanie czasem hojnie szafowali uprzejmościami, jednak wobec obecnej potrzeby koni wierzchowych i zaprzęgowych niechętnie wręczali pozwolenia na handel tymi zwierzętami. — W najlepszym wypadku wzięliby zapasowe. W najgorszym zaś... — Łowca złodziei wzruszył ramionami. Kolejna wesoła duszyczka.
Westchnąwszy, Thera niespodziewanie otoczyła się szczelniej płaszczem i wycofała do wnętrza namiotu. Juilin spojrzał gdzieś za Mata, jego wzrok stwardniał i Tairenianin wyglądał teraz niemal na srogiego Strażnika. Egeanin wyraźnie nie pojęła, o co chodzi i bezmyślnie wytrzeszczyła oczy na namiot. Domon stał obok niej ze złożonymi rękoma, cmokając w zadumie lub z powodu narzuconej mu cierpliwości.
— Spakuj swój namiot, Sandarze — poleciła Egeanin. — Całe widowisko wyrusza natychmiast po powrocie Merrilina. — Zacisnęła szczęki i obrzuciła Mata prawie nienawistnym spojrzeniem. Prawie. — Dopilnuj swojej... kobiety... żeby nie sprawiła nam kłopotów. — Ostatnio Thera była służącą, da’covale, własnością Wysokiej Lady Suroth, której Juilin ją wykradł. Egeanin uważała kradzież da’covale za przestępstwo niemal równe uwolnieniu damane.
— Mogę jechać na Wietrze? — krzyknął Olver, zrywając się na równe nogi. — Mogę, Mat? Mogę, Leilwin?
Egeanin uśmiechnęła się do niego. Cauthon uprzytomnił sobie, że chyba nigdy jeszcze nie widział jej uśmiechu, nawet do Domona.
— Jeszcze nie — odparł chłopcu. Pozwoli mu dopiero, kiedy znajdą się wystarczająco daleko od Ebou Dar, gdzie nikt nie zapamięta siwego wierzchowca z dzieckiem na grzbiecie. — Może za kilka dni. Juilin, przekażesz innym? Blaeric już wie, więc powiadomi siostry.
Juilin nie tracił czasu, jedynie zajrzał do namiotu, by uspokoić Therę. Najwyraźniej często ją trzeba było uspokajać. Kiedy mężczyzna wyszedł w ciemnym taireniańskim płaszczu, który powoli zaczynał wyglądać na znoszony, kazał Olverowi odłożyć grę i do swojego powrotu pomóc Therze w pakowaniu, po czym włożył na głowę stożkowy, czerwony kapelusz z płaskim denkiem i odszedł, wzruszając ramionami pod płaszczem. Nigdy właściwie nie patrzył na Egeanin. Kobieta uważała go za złodzieja, co stanowiło wielką obrazę dla łowcy złodziei, a i Tairenianin za nią nie przepadał.
Mat chciał wypytać Noala, gdzie był, jednak zanim zdążył się odezwać, starzec rzucił się zwinnie za Juilinem, wołając przez ramię, że poinformuje tutejszych o planowanym odjeździe. No cóż, dwie osoby szybciej przekażą nowinę niż jedna — Vanin i czterech ocalałych Czerwonorękich dzieliło zatłoczony namiot na jednym końcu terenu widowiska, sam Noal zaś mieszkał wraz z Thomem i dwoma służącymi, Lopinem i Nerimem, na przeciwnym krańcu — a pytanie mogło poczekać. Stary spóźnił się przypuszczalnie, bo odkładał gdzieś swoje cenne ryby. W każdym razie odpytanie go nagle wydało się Cauthonowi nieważne.
Tu i ówdzie ludzie zaczęli krzyczeć na treserów, każąc im zaprzęgać konie, inni wrzeszczeli co sił w płucach, pragnąc się dowiedzieć, co się właściwie dzieje. Coraz głośniejszy rwetes wypełniał obóz. Adria, smukła w zielonej, kwiecistej szacie, przybiegła boso i zniknęła w żółtym wozie, w którym mieszkała czwórka akrobatek. Ktoś w zielonym wozie ryknął ochryple, że artyści próbują spać. Przebiegła obok nich garstka dzieci wykonawców widowiska i kilkoro dorosłych. Olver podniósł na nich oczy znad składanej gry. Plansza stanowiła jego najcenniejsze mienie i gdyby nie ona, na pewno pobiegłby za gromadką. Minie wszakże trochę czasu, zanim widowisko przygotuje się do podróży, jednak nie z powodu opóźnienia Mat jęknął. Usłyszał właśnie ponownie w swojej głowie grzechot cholernych kości.