Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 33 34 35 36 37 38 39 40 41 ... 173
Перейти на страницу:

Wie­dzia­ła już, kto pierw­szy za­wró­ci ko­nia, żeby dać resz­cie kil­ka chwil wię­cej.

Za nimi za­pa­no­wał cha­os. Za­sko­czy­li ko­czow­ni­ków, wy­mknę­li się spo­mię­dzy skrzy­deł pół­księ­ży­ca i umy­ka­li z pu­łap­ki. Część ści­ga­ją­cych nie zo­rien­to­wa­ła się na­wet, gdzie po­dział się łup. Gdy wy­je­cha­li zza wzgó­rza, za­sta­li tyl­ko pu­stą do­li­nę i po­szar­pa­ne pra­we skrzy­dło. Do­wo­dzą­cy a’ke­era­mi, kim­kol­wiek był, po­trze­bo­wał kil­ku dłu­gich chwil, żeby zo­rien­to­wać się, co za­szło, i ru­szyć w po­goń. A każ­da se­kun­da od­da­la­ła cza­ar­dan od po­ści­gu.

Wy­da­wa­ło się, że po raz pierw­szy mie­li szan­sę.

Ło­skot ko­pyt roz­le­ga­ją­cy się za ple­ca­mi ka­zał się jej od­wró­cić. Przez chwi­lę ga­pi­ła się po pro­stu w tył, nie­zdol­na po­jąć, co wi­dzi.

Ści­ga­ją­ce ich a’ke­ery w ide­al­nym szy­ku wy­pa­dły zza wzgó­rza i cwa­ło­wa­ły za nimi. I to jak! Jak­by ko­nie do­pie­ro co wy­star­to­wa­ły do bie­gu po dłu­gim wy­po­czyn­ku i od­po­wied­niej roz­grzew­ce. Nie znać było po nich wie­lu mil sza­leń­czej po­go­ni. Po­my­śla­ła, że się za­mie­ni­li, że po­lu­ją­ca na nich gru­pa zo­sta­ła za wzgó­rzem, a to ja­kieś po­sił­ki, w ostat­niej chwi­li do­sła­ne do­wód­cy Bły­ska­wic. To była ab­sur­dal­na, lecz w ja­kiś spo­sób ko­ją­ca myśl, bo wy­ni­ka­ło z niej, że mie­li do czy­nie­nia z ży­wy­mi ludź­mi i praw­dzi­wy­mi zwie­rzę­ta­mi, a nie be­stia­mi zro­dzo­ny­mi w głę­bi­nach Mro­ku. Na­to­miast je­śli to ten sam od­dział, któ­ry roz­po­czy­nał ob­ła­wę... Rów­nie do­brze mo­gli za­wró­cić już te­raz ca­łym cza­ar­da­nem i wy­dać im ostat­nią bi­twę. Póki ko­nie i lu­dzie mają choć tro­chę sił.

Koń Jan­ne­go Ne­wa­ry­wa za­rżał krót­ko i po raz ko­lej­ny się po­tknął. Męż­czy­zna wy­pro­sto­wał się w sio­dle, ro­zej­rzał wo­kół, jak­by ostat­ni raz pra­gnął na­cie­szyć oczy wi­do­kiem Ste­pów, i piesz­czo­tli­wym ge­stem po­gła­skał wierz­chow­ca po szyi. Się­gnął po uwią­za­ne do łęku wo­dze.

La­skol­nyk po­ja­wił się na­gle przy jego boku. Po­chy­lił się, do­tknął kar­ku jabł­ko­wi­te­go ogie­ra Jan­ne­go i po­ki­wał gło­wą. Uniósł gwiz­dek.

Ga­lop! Luź­no!

Zła­ma­li szyk i zwol­ni­li, choć wy­da­wa­ło się to wbrew roz­sąd­ko­wi.

Kłus.

Przez chwi­lę była pew­na, że się prze­sły­sza­ła. Po­dob­nie mu­sie­li po­my­śleć inni, bo cza­ar­dan na­dal ga­lo­po­wał.

Kłus!

Zwol­ni­ła, czu­jąc, jak peł­za­ją­cy jej po ple­cach lo­do­wa­ty ro­bal roz­pusz­cza się w ogniu na­głej de­ter­mi­na­cji. A więc to już. Za­raz za­wró­cą ko­nie i po­cwa­łu­ją z po­wro­tem, by ude­rzyć na Bły­ska­wi­ce twa­rzą w twarz, za­miast od­pa­dać po­je­dyn­czo, w mia­rę jak ich ko­nie będą tra­cić siły. Nie uda­ło im się, ale przy­naj­mniej nie odej­dą bez wal­ki.

Lecz nie­spo­dzie­wa­nie, w chwi­li, gdy od­le­głość mię­dzy obo­ma od­dzia­ła­mi wy­no­si­ła ja­kieś dwie­ście jar­dów, ści­ga­ją­cy rów­nież wstrzy­ma­li ko­nie i prze­szli w ga­lop, po­tem w kłus i stę­pa.

La­skol­nyk za­gwiz­dał. Stać!

Za­trzy­ma­li się. Jeźdź­cy Bu­rzy też.

– Jesz­cze nie te­raz, có­ruch­na. – Do­wód­ca wy­pluł gwiz­dek i uśmiech­nął się do niej sze­ro­ko. – Jesz­cze nie mają nas tam, gdzie chcą.

Za­wró­ci­li ko­nie w kie­run­ku Bły­ska­wic, przez chwi­lę oba od­dzia­ły wpa­try­wa­ły się w sie­bie, a ci­szę wy­peł­nia­ło tyl­ko chra­pli­we, koń­skie dy­sze­nie.

– Ilu zo­sta­ło?

Z po­cząt­ku nie zro­zu­mia­ła, po­dob­nie chy­ba jak resz­ta. Do­pie­ro po chwi­li, gdy ogar­nę­ła wzro­kiem Se-koh­land­czy­ków, do­tar­ło do niej, że było ich jak­by mniej. Za mało, na­wet je­śli uwzględ­nić tych, któ­rzy pa­dli od strzał. Nie­speł­na trzy­stu, a po­win­no być pra­wie pięć se­tek.

Ko­ci­mięt­ka ro­zej­rzał się na boki.

– Gdzie resz­ta, kha-dar? Za­cho­dzą nas ze skrzy­deł?

– Nie. Resz­ta albo idzie pie­szo, albo do­bi­ja wła­sne ko­nie. – La­skol­nyk już się nie uśmie­chał. – To Gwentress lub Sza­ra Sieć. Sły­sza­łem tyl­ko o trzech Źre­bia­rzach, któ­rzy po­tra­fią spla­tać ten czar dla tak du­że­go od­dzia­łu.

– A ja o dwóch, kha-dar. I nie są­dzi­łem, że kie­dy­kol­wiek zo­ba­czę to na wła­sne oczy. Zresz­tą na­wet te­raz le­d­wo w to wie­rzę.

W co, do cho­le­ry? Jaki czar po­zwa­la ko­niom pę­dzić tyle mil bez żad­ne­go zmę­cze­nia? Mia­ła ocho­tę wy­krzy­czeć to py­ta­nie, ale za­ci­snę­ła tyl­ko zęby.

– Sza­ra Sieć – do­dał Ko­ci­mięt­ka. – Po­dob­no tak wi­dzą ją nasi cza­ro­dzie­je, jako splą­ta­ne, sza­re pa­sma, wią­żą­ce wszyst­kie ko­nie od­dzia­łu. Gdy­by­śmy mie­li tu maga, mógł­by na­wet po­wie­dzieć, któ­ry z nich jest Wę­złem. Któ­ry to Źre­biarz.

– Ale nie mamy, Sar­den. Na ra­zie wie­my tyl­ko, że je­den Źre­biarz jest tam. – La­skol­nyk wska­zał na gru­pę Bły­ska­wic, od któ­rej ode­rwał się wła­śnie po­je­dyn­czy jeź­dziec. – To dzia­ła tak, dzie­ci. Masz sto koni, któ­re pę­dzą cwa­łem. W chwi­li, gdy za­czy­na­ją słab­nąć, czar ścią­ga z dzie­więć­dzie­się­ciu pię­ciu zmę­cze­nie i zrzu­ca je na grzbiet ostat­niej piąt­ki. Te ko­nie za­zwy­czaj giną od razu, pę­ka­ją im ser­ca albo ła­mią kar­ki, prze­wra­ca­jąc się w peł­nym cwa­le, ale resz­ta bie­gnie, jak­by do­pie­ro co wy­szła ze staj­ni. Przy pię­ciu set­kach koni pew­nie trze­ba za­bić co naj­mniej dwa­dzie­ścia od razu, więc taką sieć po­win­no się sto­so­wać z umia­rem, bo moż­na w go­dzi­nę czy dwie zdzie­siąt­ko­wać od­dział. Dla­te­go oni też ko­rzy­sta­ją z oka­zji, żeby dać zwie­rzę­tom od­po­cząć. Ko­czow­nik zbli­żył się na od­le­głość gło­su.

– He­eej! – krzyk­nął i za­ma­chał rę­ka­mi.

– Za­wsze to ja­kiś po­czą­tek roz­mo­wy – mruk­nął La­skol­nyk i uniósł się w sio­dle. – Cze­go chcesz?!

– Po­roz­ma­wiać!

Se-koh­land­czyk miał chra­pli­wy głos i nie­przy­jem­ny ak­cent.

– Pod­jedź bli­żej.

Po­sła­niec ru­szył ostroż­nie w ich stro­nę. Ręce trzy­mał na wi­do­ku, z dala od bro­ni. Ka­ile­an chrząk­nę­ła i wy­du­si­ła pół­gęb­kiem:

– Po co wy­sy­ła­ją po­sła, kha-dar?

– Bo jesz­cze nie zre­zy­gno­wa­li z pla­nu, có­ruch­na. Naj­pew­niej jesz­cze nie mają nas tam, gdzie chcie­li. Chcesz się za­ło­żyć, że gna­ją nas na po­zo­sta­łych dwóch Źre­bia­rzy?

– A chcesz się za­ło­żyć, kha-dar, że ju­tro wzej­dzie słoń­ce? – Zmie­ni­ła te­mat. – Jak koń Jan­ne­go?

– Da radę. Jesz­cze tro­chę. Twój też niech zła­pie od­dech. I uśmie­chaj się ra­do­śnie, bo nasz gość jest już bli­sko.

Ko­czow­nik pod­je­chał po­wo­li na ja­kieś dzie­sięć kro­ków. Sie­dział w sio­dle aro­ganc­ko, w heł­mie, co było po­waż­nym na­ru­sze­niem ste­po­wych zwy­cza­jów. Za­nim się ode­zwał, zmie­rzył cza­ar­dan uważ­nym spoj­rze­niem, szcze­gól­nie przy­pa­tru­jąc się ko­niom.

– Se­wet Konu Ka­nor, mów­ca wol­nych ple­mion – przed­sta­wił się krót­ko. – Do­bry bieg, Sza­ry Wil­ku. Twój i two­ich lu­dzi. Nie­jed­ną pieśń o nim za­śpie­wa­ją. Ale wszyst­ko ma swój po­czą­tek i ma swój ko­niec. Pod­daj­cie się.

1 ... 33 34 35 36 37 38 39 40 41 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)