Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
Wiedziała już, kto pierwszy zawróci konia, żeby dać reszcie kilka chwil więcej.
Za nimi zapanował chaos. Zaskoczyli koczowników, wymknęli się spomiędzy skrzydeł półksiężyca i umykali z pułapki. Część ścigających nie zorientowała się nawet, gdzie podział się łup. Gdy wyjechali zza wzgórza, zastali tylko pustą dolinę i poszarpane prawe skrzydło. Dowodzący a’keerami, kimkolwiek był, potrzebował kilku długich chwil, żeby zorientować się, co zaszło, i ruszyć w pogoń. A każda sekunda oddalała czaardan od pościgu.
Wydawało się, że po raz pierwszy mieli szansę.
Łoskot kopyt rozlegający się za plecami kazał się jej odwrócić. Przez chwilę gapiła się po prostu w tył, niezdolna pojąć, co widzi.
Ścigające ich a’keery w idealnym szyku wypadły zza wzgórza i cwałowały za nimi. I to jak! Jakby konie dopiero co wystartowały do biegu po długim wypoczynku i odpowiedniej rozgrzewce. Nie znać było po nich wielu mil szaleńczej pogoni. Pomyślała, że się zamienili, że polująca na nich grupa została za wzgórzem, a to jakieś posiłki, w ostatniej chwili dosłane dowódcy Błyskawic. To była absurdalna, lecz w jakiś sposób kojąca myśl, bo wynikało z niej, że mieli do czynienia z żywymi ludźmi i prawdziwymi zwierzętami, a nie bestiami zrodzonymi w głębinach Mroku. Natomiast jeśli to ten sam oddział, który rozpoczynał obławę... Równie dobrze mogli zawrócić już teraz całym czaardanem i wydać im ostatnią bitwę. Póki konie i ludzie mają choć trochę sił.
Koń Jannego Newarywa zarżał krótko i po raz kolejny się potknął. Mężczyzna wyprostował się w siodle, rozejrzał wokół, jakby ostatni raz pragnął nacieszyć oczy widokiem Stepów, i pieszczotliwym gestem pogłaskał wierzchowca po szyi. Sięgnął po uwiązane do łęku wodze.
Laskolnyk pojawił się nagle przy jego boku. Pochylił się, dotknął karku jabłkowitego ogiera Jannego i pokiwał głową. Uniósł gwizdek.
Galop! Luźno!
Złamali szyk i zwolnili, choć wydawało się to wbrew rozsądkowi.
Kłus.
Przez chwilę była pewna, że się przesłyszała. Podobnie musieli pomyśleć inni, bo czaardan nadal galopował.
Kłus!
Zwolniła, czując, jak pełzający jej po plecach lodowaty robal rozpuszcza się w ogniu nagłej determinacji. A więc to już. Zaraz zawrócą konie i pocwałują z powrotem, by uderzyć na Błyskawice twarzą w twarz, zamiast odpadać pojedynczo, w miarę jak ich konie będą tracić siły. Nie udało im się, ale przynajmniej nie odejdą bez walki.
Lecz niespodziewanie, w chwili, gdy odległość między oboma oddziałami wynosiła jakieś dwieście jardów, ścigający również wstrzymali konie i przeszli w galop, potem w kłus i stępa.
Laskolnyk zagwizdał. Stać!
Zatrzymali się. Jeźdźcy Burzy też.
– Jeszcze nie teraz, córuchna. – Dowódca wypluł gwizdek i uśmiechnął się do niej szeroko. – Jeszcze nie mają nas tam, gdzie chcą.
Zawrócili konie w kierunku Błyskawic, przez chwilę oba oddziały wpatrywały się w siebie, a ciszę wypełniało tylko chrapliwe, końskie dyszenie.
– Ilu zostało?
Z początku nie zrozumiała, podobnie chyba jak reszta. Dopiero po chwili, gdy ogarnęła wzrokiem Se-kohlandczyków, dotarło do niej, że było ich jakby mniej. Za mało, nawet jeśli uwzględnić tych, którzy padli od strzał. Niespełna trzystu, a powinno być prawie pięć setek.
Kocimiętka rozejrzał się na boki.
– Gdzie reszta, kha-dar? Zachodzą nas ze skrzydeł?
– Nie. Reszta albo idzie pieszo, albo dobija własne konie. – Laskolnyk już się nie uśmiechał. – To Gwent’ress lub Szara Sieć. Słyszałem tylko o trzech Źrebiarzach, którzy potrafią splatać ten czar dla tak dużego oddziału.
– A ja o dwóch, kha-dar. I nie sądziłem, że kiedykolwiek zobaczę to na własne oczy. Zresztą nawet teraz ledwo w to wierzę.
W co, do cholery? Jaki czar pozwala koniom pędzić tyle mil bez żadnego zmęczenia? Miała ochotę wykrzyczeć to pytanie, ale zacisnęła tylko zęby.
– Szara Sieć – dodał Kocimiętka. – Podobno tak widzą ją nasi czarodzieje, jako splątane, szare pasma, wiążące wszystkie konie oddziału. Gdybyśmy mieli tu maga, mógłby nawet powiedzieć, który z nich jest Węzłem. Który to Źrebiarz.
– Ale nie mamy, Sarden. Na razie wiemy tylko, że jeden Źrebiarz jest tam. – Laskolnyk wskazał na grupę Błyskawic, od której oderwał się właśnie pojedynczy jeździec. – To działa tak, dzieci. Masz sto koni, które pędzą cwałem. W chwili, gdy zaczynają słabnąć, czar ściąga z dziewięćdziesięciu pięciu zmęczenie i zrzuca je na grzbiet ostatniej piątki. Te konie zazwyczaj giną od razu, pękają im serca albo łamią karki, przewracając się w pełnym cwale, ale reszta biegnie, jakby dopiero co wyszła ze stajni. Przy pięciu setkach koni pewnie trzeba zabić co najmniej dwadzieścia od razu, więc taką sieć powinno się stosować z umiarem, bo można w godzinę czy dwie zdziesiątkować oddział. Dlatego oni też korzystają z okazji, żeby dać zwierzętom odpocząć. Koczownik zbliżył się na odległość głosu.
– Heeej! – krzyknął i zamachał rękami.
– Zawsze to jakiś początek rozmowy – mruknął Laskolnyk i uniósł się w siodle. – Czego chcesz?!
– Porozmawiać!
Se-kohlandczyk miał chrapliwy głos i nieprzyjemny akcent.
– Podjedź bliżej.
Posłaniec ruszył ostrożnie w ich stronę. Ręce trzymał na widoku, z dala od broni. Kailean chrząknęła i wydusiła półgębkiem:
– Po co wysyłają posła, kha-dar?
– Bo jeszcze nie zrezygnowali z planu, córuchna. Najpewniej jeszcze nie mają nas tam, gdzie chcieli. Chcesz się założyć, że gnają nas na pozostałych dwóch Źrebiarzy?
– A chcesz się założyć, kha-dar, że jutro wzejdzie słońce? – Zmieniła temat. – Jak koń Jannego?
– Da radę. Jeszcze trochę. Twój też niech złapie oddech. I uśmiechaj się radośnie, bo nasz gość jest już blisko.
Koczownik podjechał powoli na jakieś dziesięć kroków. Siedział w siodle arogancko, w hełmie, co było poważnym naruszeniem stepowych zwyczajów. Zanim się odezwał, zmierzył czaardan uważnym spojrzeniem, szczególnie przypatrując się koniom.
– Sewet Konu Kanor, mówca wolnych plemion – przedstawił się krótko. – Dobry bieg, Szary Wilku. Twój i twoich ludzi. Niejedną pieśń o nim zaśpiewają. Ale wszystko ma swój początek i ma swój koniec. Poddajcie się.