Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 34 35 36 37 38 39 40 41 42 ... 173
Перейти на страницу:

Ka­ile­an zgod­nie z po­le­ce­niem wy­szcze­rzy­ła się od ucha do ucha.

– Chce­cie do­stać ga­da­niem to, cze­go nie mo­że­cie schwy­cić rę­ka­mi. – La­skol­nyk uniósł wy­so­ko brwi. – Wy­mknę­li­śmy się wam bez tru­du.

– Wa­sze ko­nie rzę­żą, są spo­co­ne, głod­ne i spra­gnio­ne. Pad­ną, nim prze­bie­gną dwie mile.

– Wa­sze pa­da­ją je­den za dru­gim, bo Gwentress za­bi­ja je po ko­lei. Po dwóch mi­lach ża­den nie może już stać na no­gach.

Po­sła­niec uśmiech­nął się zim­no.

– Mó­wi­łem, że już się do­my­ślasz. Ale my bę­dzie­my mu­sie­li uży­wać cza­rów co­raz rza­dziej...

– Dla­te­go że nie bę­dzie po­trze­by, czy dla­te­go że wasz Zre­biarz już się zmę­czył?

Uśmiech po­sze­rzył się i na­gle znikł.

– Nie je­stem ga­da­tli­wy. Mam prze­ka­zać sło­wa Ka­na­we­ra Daru Gle­cha. Pod­daj­cie się, a nikt nie zgi­nie. Nie chce­my woj­ny z Im­pe­rium, więc za­trzy­ma­my Sza­re­go Wil­ka jako gwa­ran­cję, że nikt nie bę­dzie nam prze­szka­dzał. Resz­ta od­je­dzie.

– Je­stem tyl­ko kha-da­rem ma­łe­go cza­ar­da­nu. Skąd pew­ność, że Me­ekhan po­słu­cha?

– Gen­no La­skol­nyk – w gło­sie ko­czow­ni­ka po­ja­wił się nie­spo­dzie­wa­ny sza­cu­nek. – Im­pe­rium po­słu­cha. Albo przy­naj­mniej po­słu­cha­ją jego żoł­nie­rze.

– A je­śli się nie zgo­dzę?

– Ty zo­sta­jesz, oni od­jeż­dża­ją wol­no. To pro­po­zy­cja skła­da­na tyl­ko raz. Je­śli ru­szysz z tego miej­sca, i tak cię schwy­ta­my, ale wte­dy two­ich lu­dzi za­bi­je­my. Wszyst­kich. Po­wo­li. Sło­wo Ka­na­we­ra Daru Glech.

Se-koh­land­czyk omiótł ich wszyst­kich wzro­kiem, spraw­dza­jąc, ja­kie wra­że­nie zro­bi­ły te sło­wa.

– Od­waż­ni. – Prze­niósł spoj­rze­nie na La­skol­ny­ka. – Jaka od­po­wiedź?

– Za­wróć ko­nia i jedź do swo­ich, jeźdź­cze. Je­śli ru­szą, za­nim do nich do­trzesz, za­strze­li­my cię. Zro­zu­mia­łeś? – W rę­kach kil­ku lu­dzi po­ja­wi­ły się łuki. – Nie zdją­łeś heł­mu, nie prze­ka­za­łeś zna­ków po­ko­ju. Za­po­mnia­łeś o zwy­cza­jach, czy two­je sło­wa jako po­sła są gów­no war­te?

Ko­czow­nik po­bladł i za­ci­snął usta.

– Skąd ta od­wa­ga, Sza­ry Wil­ku? – wy­char­czał. – Może stąd, że spo­dzie­wasz się, że wasz pułk przyj­dzie wam z po­mo­cą? Opu­ścił sta­ni­cę rów­no ze świ­tem i wje­chał mię­dzy wzgó­rza.

Ka­ile­an po­czu­ła, jak za­kwi­ta w niej na­dzie­ja. Byli tu, zgod­nie z pla­nem Siód­my ich szu­kał.

– Na co mie­li się kie­ro­wać, ge­ne­ra­le? – głos po­sła był ci­chy, zim­ny i ja­do­wi­ty. – Na słup ku­rzu wzbi­ja­ny ko­py­ta­mi koni? Wi­dać go z da­le­ka. Po­dob­nie jak ten, ten, ten i tam­ten.

Wska­zy­wał ręką róż­ne kie­run­ki. Te­raz, gdy zwró­cił ich uwa­gę, rze­czy­wi­ście dało się za­uwa­żyć tu­ma­ny pyłu bi­ją­ce w nie­bo.

– Dwa­dzie­ścia koni, każ­dy cią­gnie za sobą pęk krza­ków. Wzbi­ja­ją tyle ku­rzu co pięć se­tek jaz­dy. Wa­sze po­sił­ki mio­ta­ją się po oko­li­cy, nie wie­dząc, gdzie wła­ści­wie je­chać. Nie zbli­żą się do was bar­dziej niż na dzie­sięć mil.

– Chce­cie, żeby wa­sze ko­nie i wasz Źre­biarz mo­gli od­po­cząć – prze­rwał mu La­skol­nyk. – Niech od­po­czy­wa­ją. Ale je­śli ru­szy­cie za nami, bę­dzie­cie umie­rać. Je­den po dru­gim, aż nie zo­sta­nie nikt. To sło­wa Gen­na La­skol­ny­ka dla Ka­na­we­ra Daru Gle­cha. Prze­każ mu je i po­wiedz, żeby na­stęp­nym ra­zem wy­słał ko­goś zna­ją­ce­go oby­cza­je. Od­jedź już.

Se-koh­land­czyk przez dwa, trzy ude­rze­nia ser­ca tkwił w miej­scu jak ska­mie­nia­ły. Po­tem ostrym, ner­wo­wym ru­chem za­wró­cił ko­nia i ru­szył stę­pa ku swo­im. Po kil­ku­na­stu kro­kach prze­szedł w kłus.

– No i co, dzie­ci, brzmia­łem wy­star­cza­ją­co dum­nie i groź­nie?

Ka­ile­an nie mu­sia­ła pa­trzeć na kha-dara, żeby wie­dzieć, że ten uśmie­cha się kwa­śno. Je­śli cze­goś nie lu­bił bar­dziej od dłu­gie­go ga­da­nia, to ga­da­nia na­pu­szo­ne­go.

– Mo­głeś jesz­cze wspo­mnieć coś o ho­no­rze i wal­ce do ostat­nie­go tchu, kha-dar – mruk­nę­ła.

– Na­stęp­nym ra­zem nie za­po­mnę. Sło­wo. Przy­go­to­wać się, ru­szą, jak tyl­ko do nich do­je­dzie. Jak koń, Jan­ne?

– Od­po­czął tro­chę, da jesz­cze radę. To do­bry wierz­cho­wiec.

Oczy­wi­ście, po­my­śla­ła, naj­lep­szy, ja­kie­go moż­na ku­pić, ukraść czy zdo­być w wal­ce. La­skol­nyk po­pra­wił się w sio­dle.

– Uwa­ga. Za­raz do nich do­je­dzie. Już krę­ci gło­wą. Te­raz!

Za­wró­ci­li ko­nie w chwi­li, gdy ści­ga­ją­cy za­gon ru­szył z miej­sca. Ko­lej­ny tu­man ku­rzu wy­kwitł nad Lan­wa­ren.

* * *

– Nie przej­muj­my się nimi, kha-dar – wtrą­cił ktoś, kogo nie roz­po­zna­ła po gło­sie. – To tyl­ko parę a’ke­erów i trzech sza­ma­nów. Nie za­szko­dzą, a może i po­mo­gą, bo pew­nie wy­rżnę­li już wszyst­kie ban­dy w oko­li­cy.

– To nie trzech sza­ma­nów, tyl­ko trzech Źre­bia­rzy, Ka­ne­wen. Każ­dy z nich jest wart tyle, co wiel­ki bi­tew­ny mag. Są­dzę, że gdy­by chcie­li, mo­gli­by już te­raz wy­dać bi­twę Siód­me­mu, bo pułk ma tyl­ko kil­ku zwy­kłych woj­sko­wych cza­ro­dzie­jów, nie­złych, ale wszy­scy ra­zem nie da­li­by rady jed­ne­mu z nich. Źre­bia­rzo­wi, zna­czy się. Nie. Nie bę­dzie­my ry­zy­ko­wać. A poza tym to wciąż jest Me­ekhan, Im­pe­rium, choć nie­któ­rzy o tym cza­sem za­po­mi­na­ją. Nie bę­dzie tak, że ko­czow­ni­cy trak­tu­ją te te­re­ny jak zie­mię ni­czy­ją. Nie będą tu wjeż­dżać i wy­jeż­dżać, jak­by byli u sie­bie.

Po­parł go chór zgod­nych po­mru­ków.

– No i nie by­ło­by też do­brze, żeby Za­wyr Heru Lom i So­wy­nenn Dyr­nih zbyt szyb­ko roz­wią­za­li swój kon­flikt. Za­wyr za­ry­zy­ko­wał – je­śli mu się uda, znisz­czy kon­ku­ren­ta pierw­szym cio­sem i przej­mie jego zie­mie, a pew­nie i woj­ska. Uro­śnie w siłę i bę­dzie dwa razy groź­niej­szy. Je­śli jed­nak stra­ci trzech Źre­bia­rzy i kil­ku­set Jeźdź­ców Bu­rzy, może się oka­zać, że siły będą wy­rów­na­ne. Wal­ka mię­dzy tymi dwo­ma może się wte­dy róż­nie za­koń­czyć. Dla­te­go chce­my, żeby Za­wyr stra­cił wszyst­ko, co tu wy­słał, i dla­te­go bę­dzie­my się z nimi ści­gać, do­pó­ki nie znaj­dzie­my wszyst­kich sza­ma­nów. Zro­zu­mia­no?

– A po­tem? Ja tam mogę na­wet za­ła­twić je­den czy dwa a’ke­ery, ale co do Źre­bia­rzy, to nie je­stem do koń­ca pe­wien...

Tym ra­zem roz­po­zna­ła głos Niiar. Ale ja­koś nikt się nie ro­ze­śmiał z kiep­skie­go żar­tu.

– No wła­śnie, jak ich znaj­dzie­my, kha-dar, to co? – Ko­ci­mięt­ka po­dra­pał się po gło­wie, krzy­wiąc dzi­wacz­nie. – Na­pi­je­my się piwa? Za­pro­si­my do domu? Po­opo­wia­da­my za­baw­ne hi­sto­rie, jak to przy spo­tka­niu sta­rych przy­ja­ciół?

La­skol­nyk uśmiech­nął się pod wą­sem.

– Nie. Gdy ich spo­tka­my, za­bi­je­my wszyst­kich, i to tak, żeby żywa noga nie uszła. Niech Za­wyr z Klah­hy­rów za­sta­na­wia się, co się sta­ło z jego ludź­mi. Niech się waha i po­stę­pu­je ostroż­nie, nie wie­dząc, co za­szło. Czy Źre­bia­rze go zdra­dzi­li, czy od­dzia­ły prze­szły na stro­nę So­wy­nen­na, czy też ten do­wie­dział się o wszyst­kim i zmiótł je z po­wierzch­ni zie­mi? A je­śli się do­wie­dział, to czy ma tak do­brych szpie­gów, że zna wszyst­kie pla­ny wro­gów? I tak da­lej. Niech się za­drę­cza i waha.

1 ... 34 35 36 37 38 39 40 41 42 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)