Ucieczka z Festung Breslau
- Автор: Земянский Анджей
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Dolnośląskie
- ISBN: 978-83-245-8895-4
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Ucieczka z Festung Breslau». Краткое содержание книги:
-Tak jest.
-O mój Boże... - Oficer wygramolił się na pancerz i zgrabnie zeskoczył na ziemię. - Posypią się Krzyże Żelazne.
-To była walka wręcz - konfabulował w najlepsze „Dziadek”. -To było piekło. A co do krzyży... Wiele będzie drewnianych.
Ciekawe, kim był w cywilu. Aktorem? W każdym razie robił wrażenie. Brakowało mu tylko czaszki w ręce i duńskiego zamku w tle.
-Kto tu dowodzi?
„Dziadek” bezczelnie wskazał palcem.
-Melduje się kapitan Dieter Schielke, Abwehra, panie majorze - powiedział i obciągnął na sobie lotniczą kurtkę, salutując służbiście do lśniącego hełmu. No to „Dziadek”, ucz się teraz, co to jest prawdziwe aktorstwo „Madę by Holmes”, stary pierniku. Zaraz zobaczysz, przed kim mógłby klękać sam Shakespeare, bo o Marlowie pewnie w życiu nie słyszałeś.
-Co tu robi Abwehra? - Sam major też prezentował się nieźle, szczególnie na tle kanciastego, groźnego Mark IV, ale gdzie mu tam było do umazanego krwią Schielkego.
-Misja specjalna. - Podał tamtemu papiery. - Niestety nie mogę zdradzić jej celu.
-To zrozumiałe. - Major nawet nie zerknął na kartki. - Co tu się stało?
Po przyjeździe do wsi numer 247 stwierdziłem, że oddział wartowniczy jest pozbawiony dowództwa.
-Co?!
-Plutonem dowodzi! sierżant. Porucznik udał się w niewiadomym kierunku.
-Nieprawdopodobne. Po prostu sobie poszedł i zniknął?
-Nie zniknął, panie majorze. Moi ludzie wysłani na poszukiwania odnaleźli go w ukryciu. Był pijany i miał na sobie cywilne ubranie.
Major gwałtownie podniósł głowę. Patrzył przez chwilę zwężającymi się oczami i westchnął, a właściwie tylko wciągnął powietrze.
-Aha... Wszystko jasne.
-W zaistniałej sytuacji - kontynuował Schielke - zmuszony byłem zawiesić wykonanie mojej misji i objąć dowodzenie nad porzuconym oddziałem. Tym bardziej, że wartownicy nie znali zakresu swoich obowiązków, most był w ogóle niezabezpieczony, teren nierozpoznany, a cały ten burdel przypominał raczej zwykły punkt kontroli dokumentów drogowych, a nie jakąś porządną obronę.
-Rozumiem.
-Ufortyfikowałem przyczółek mostu, zastawiłem pułapkę na wroga. - Schielke wskazał ruiny dopalającej się willi - i czekaliśmy na atak.
-Nie wysłał pan kuriera do dowództwa?
-Wysłałem - skłamał Schielke bezczelnie. Staruszkowie mogli nie pamiętać, ilu ludzi z nim przyjechało i na pewno nie wiedzieli, czy kogokolwiek wysyłał. - No przecież wasza interwencja to dzięki niemu, prawda?
-Nie.
-To dziwne. Rozkazy do plutonu wartowniczego również nie docierały.
-To wcale nie jest dziwne. Teraz już wiemy, o co chodziło Rosjanom. O ten most.
Schielke udawał zaskoczonego. Chyba już trochę opanował grę aktorską, bo major natychmiast pospieszył z wyjaśnieniami.
-Zostaliśmy wysiani, żeby wysadzić ten most. W tym, jak to pan ładnie określił, „burdelu”, ktoś po prostu zapomniał go zniszczyć. Wysiano grupę bojową, bo nikt nie sądził, że może się trzymać tutaj ktoś z naszych. Na mapie to miejsce jest już dawno na terenie wroga.
-O tym ja z kolei nie wiedziałem.
Major tylko potrząsał głową.
-Boże, nie mogę uwierzyć, że ktoś naprawdę mógł się tu utrzymać przez dwie doby, dysponując tylko garstką starców bez żadnej ciężkiej broni. To niewiarygodne. To tylko prawdziwy Niemiec potrafi.
Holmes zastrzygł uszami, usiłując powstrzymać radosny wyraz twarzy. Major ujął Schielkego pod ramię.
-Panie kapitanie, zachował się pan wzorowo, dokładnie tak, jak trzeba. Elastycznie i konsekwentnie, jak wymagała sytuacja i... ojczyzna. Jeszcze dziś napiszę raport w sprawie Żelaznego Krzyża.
Schielke chciał odpowiedzieć regulaminowo, ale czołgista powstrzymał go uściskiem rąk.
-Gdyby wszyscy myśleli i działali tak jak pan, to Niemcy byłyby chyba najszczęśliwszym narodem na świecie!
-W to akurat nie wątpię - wyrwało się Holmesowi, który znał prawdziwe myśli i działania Schielkego oraz jego pacyfistyczne nastawienie do świata.
Dzień mijał za dniem. Jeden podobny do drugiego, każdy niemiłosiernie długi, nudny, nijaki, beznadziejny. Rozciągliwe godziny składały się z puchnących minut zawierających milenijne sekundy. Właściwie nawet się nie ubierał, wstając, narzucał szlafrok na piżamę, a jedynym kontaktem ze światem była gospodyni, którą wysyłał po papierosy. Czasem wertował stare atlasy, różne pożółkłe mapy zwisały potem ze wszystkich miejsc, w których udało się je rozłożyć. Czasem stawiał pasjansa, ale nigdy do końca. Szybko tracił swój nikły zapał. Czasem przychodziła mu do głowy myśl o Ricie. Może zadzwonić? Zaprosić? Pójść gdzieś? Tak, tak, ale później. Coraz bardziej upodabniał się do swojego powieściowego pierwowzoru, genialnego Mycrofta kompletnie pozbawionego energii życiowej. Ale co mu tam. W końcu byl na zwolnieniu lekarskim. Ciekawe, czy właśnie to Amerykanie nazywali post-battle trauma? Czy to szok pourazowy? Bzdury, przecież nie przeżył wielkiego urazu, nie brał udziału w bitwie, lecz zaledwie potyczce.
Łokciem strącił niechcący filiżankę z resztką kawy. Czarna strużka na podłodze błyskawicznie przybrała kształt strugi krwi płynącej po śniegu z pleców weterana w okopie. Hm... Czy to znaczy, że teraz zostanie alkoholikiem i narkomanem, a potem popełni samobójstwo? Powoli analizował swój umysł. Jedyne, co tam znalazł, to chęć zjedzenia słodkiej bułeczki z marmoladą. Ale chęć nie na tyle nachalną, żeby ją zaraz realizować. Westchnął ciężko i zapalił papierosa. A może cygaro? Od wpływowego dyrektora z Berlina dostał cały zestaw zamówionych amerykańskich gadżetów łącznie z automatem Thompsona z bębnowym magazynkiem i kilkunastoma paczkami amunicji o średnicy kciuka. Cygara były również. Tak! - postanowił. Cygaro! Mycroft przecież nie paliłby prozaicznego papierosa. Ta myśl skłoniła go do opuszczenia wygrzanego fotela. Długo grzebał w ustawionych pod ścianą pudłach niemieckiej poczty. Boże, ile dziwnych rzeczy mieli Amerykanie. I co jeszcze dziwniejsze, zabierali to wszystko ze sobą na front. Na szczęście było też kilka par nylonowych pończoch, które zamówił dla Rity. Ciekawe, po co żołnierzowi coś takiego w okopie? Przebierali się w to sami czy jak? Palnął się ręką w czoło. No, jak to po co? Elementarny środek do uwiedzenia, i to bez posądzeń o gwałt czy przymus, każdej Francuzki. A także każdej Niemki - po chwili dodał w myślach.
Zmęczony wrócił na fotel. Kiedy odetchnął po wysiłku, zapalił cygaro. Dłuższą chwilę zastanawiał się, czy zwymiotować, czy raczej odłożyć to na później. Leniwe rozmyślania przerwała mu gospodyni, otwierając drzwi.
-Przepraszam - szepnęła. - Jakiś gość do pana kapitana. Tłumaczyłam, że pan kapitan jest chory, ale...
-Ale ten gość - Holmes delikatnie odsunął kobietę i wszedł do pokoju - nie należy do osób, które wierzą we wszystko, co im się mówi.
Stanowczo podziękował gospodyni, jednocześnie zamykając drzwi. Jak zwykle był olśniewający, świeży i pachnący jakimiś wschodnimi wodami kolońskimi.
-O - powiedział, zdejmując rękawiczki. Nie było to ani zdziwienie, ani stwierdzenie jakiegoś faktu.
Podszedł bliżej, nachylił się i powąchał Schielkego. - Uuuu? Nic nie piłeś.
Schielke wydmuchnął w jego stronę kłąb gęstego dymu.
-Brałeś coś? Wstrzykiwałeś?
Nowy kłąb dymu.
-Ach, to wszystko jasne. - Holmes zdjął płaszcz z grubej, wielbłądziej wełny i rzucił na oparcie krzesła przy biurku. Sam zajął miejsce w drugim fotelu.
-Pomilczymy sobie?
Schielke nawet nie zerknął w jego stronę. Nie chciało mu się odwracać głowy. Słyszał tylko szelest papieru. Najpewniej gość oglądał którąś z porzuconych, starych map.