Pelagia i czerwony kogut
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Prowincjonalny kryminał #3
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Noir sur Blanc
- ISBN: 83-7392-078-1
- Переводчик: Henryk Chłystowski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:
– Szybko! Do szpitala! – krzyknął na cały głos.
Krrk-krrk
Profesor Zasiekin, lekarz naczelny szpitala Świętych Marty i Marii, a ponadto rosyjska znakomitość, nie zainteresował się ranką na palcu. Obejrzał, wzruszył ramionami i nawet nie posmarował jodyną. Za to gwóźdź potraktował z najwyższą uwagą. Zaniósł go do laboratorium, przez godzinę odprawiał tam swoje czary, po czym wrócił zakłopotany.
– Ciekawa mieszanka – powiedział prokuratorowi i jego towarzyszce. – Aby uzyskać pełną formułę, potrzeba czasu, ale obecne są tutaj i Agaricus muscarus i Strychnos toxifera, a koncentracja pałeczki okrężnicy jest wprost fenomenalna. Taki poncz przyszykowali, że oj-oj-oj. Gdyby pan, kochaneczku, nie odessał tego paskudztwa zaraz po zranieniu... – Doktor wymownie pokręcił głową. – Zadziwiające, że ranka jest całkowicie czysta. Widać, że ssał pan ile sił, z przejęciem. Zuch!
Matwiej Bencjonowicz poczerwieniał, bojąc się spojrzeć na Pelagię. Ta zaś zapytała:
– „Przyszykowali"? Chce pan powiedzieć, profesorze, że ktoś to specjalnie przygotował? Berdyczowski zawstydził się: boi się o głupstwa, a tu coś takiego.
– Bez żadnych wątpliwości – odrzekł profesor. – W naturze taki kompot nie występuje. Pracował tutaj wysokiej klasy specjalista. I z całą pewnością nie u nas – w Zawołżsku nie ma nawet takich laboratoriów.
Prokuratora zmroziło, kiedy uświadomił sobie znaczenie tego oświadczenia. Pelagia także zmieniła się na twarzy. Matwiej Bencjonowicz kochał ją w tej chwili tak, że poczuł łaskotanie w nosie. Gdyby mu teraz powiedziano: „Oto osobnik, który zamierzał zgubić drogą ci istotę" – radca stanu rzuciłby się na złoczyńcę, pochwycił go za gardło i... Tu Berdyczowskiemu, głowie rodziny i człowiekowi łagodnemu, pociemniało w oczach i odebrało oddech. Nigdy nie spodziewałby się po sobie takiej determinacji.
Niezwłocznie, w samym środku nocy, w domu archijereja odbyła się narada. Matwiej Bencjonowicz był blady i stanowczy. Na zewnątrz zachowywał spokój, tyle że częściej niż zazwyczaj chwytał się za nos.
– Teraz widać, że to nie pojedynczy maniak, ale cała banda. Dlatego najważniejsza staje się wersja „warszawskich". Porachowanie się za „swojego" to dla nich sprawa honoru. Jeśli wbili sobie do głowy, że ich wspólnika zgubiła siostra Pelagia, to nie ustaną, dopóki jej nie zabiją. Zostawię wszystkie inne sprawy, pojadę, gdzie trzeba: do Warszawy, do Moskwy, do Żytomierza, ale odszukam łajdaków. Nie wiadomo jednak, jak długo potrwa dochodzenie. Tymczasem zaś naszej drogiej siostrze grozi śmiertelne niebezpieczeństwo, a my nie możemy się nawet domyślić, z której strony nastąpi kolejny atak. I tu nadzieja tylko w was, władyko...
Przewielebny, którego zerwano z łóżka, był w szlafroku i w pilśniowych pantoflach. Drżącymi ze zdenerwowania rękami pociągał i szarpał krzyżyk na piersi.
– Uchronić ją to rzecz najważniejsza – powiedział ochrypłym głosem. – O tym tylko myślę. Wyślę ją jak najdalej, do jakiegoś spokojnego klasztoru. Nikomu nie wolno o tej sprawie wiedzieć. A ciebie o nic nawet nie zapytam! – zagroził duchowej córce, oczekując sprzeciwu.
Mniszka jednak zmilczała. Najwyraźniej zmyślny podstęp z gwoździem przestraszył ją nie na żarty. Berdyczowski tak pożałował biedaczki, że gwałtownie zamrugał, władyka zaś zasępił się i zaczął chrząkać.
– Przeorysza w monasterze Znamieńskim nad Angarą jest moją wychowanicą, opowiadałem ci o niej. Miejsce odległe, spokojne. – Przewielebny zagiął jeden palec, a po nim drugi. – Poza tym dobra pustelnia jest też nad rzeką Ussuri. Obcych widać na dziesięć wiorst. Tamtejszy starszy zgromadzenia jest moim przyjacielem. Sam cię odwiozę – czy to nad Angarę, czy nad Ussuri, dokąd zechcesz.
– Nie! – zgodnie zawołali prokurator i mniszka.
– Wam nie wolno – wyjaśnił Berdyczowski. – Zbyt jesteście widoczni. A wiadomo już, że śledzą nas, nie spuszczają z oka. Trzeba po cichutku, skrycie.
Pelagia dodała:
– Najlepiej ja sama.
– I dobrze byłoby, rzecz jasna, żeby nie w mnisiej szacie, ale w przebraniu – zaproponował Berdyczowski, choć był przekonany, że ten pomysł odrzucą.
Mitrofaniusz i czernica wymienili spojrzenia, ale niczego nie odpowiedzieli.
– Składałam przysięgę – niepewnie wyrzekła Pelagia, czym zaskoczyła Berdyczowskiego (o istnieniu pani Lisicynej prokurator nie miał pojęcia).
– W takim przypadku zwalniam cię z przyrzeczenia. Tymczasowo. Dotrzesz na Syberię jako Lisicyna, a tam wrócisz do właściwej postaci. No, mów, dokąd byś chciała?
– Dlaczego na Syberię, lepiej już do Palestyny – oznajmiła nagle siostra. – Zawsze marzyłam o pielgrzymce do Ziemi Świętej.
Nieoczekiwany pomysł spodobał się mężczyznom.
– W istocie! – zawołał Matwiej Bencjonowicz. – Za granicą najbezpieczniej.
– I z korzyścią poznawczą – poparł go władyka. – Ja także przez całe życie marzyłem, ale nie dostawało czasu. A przecież jestem członkiem Towarzystwa Palestyńskiego. Jedź, córeczko. W pustelni będzie ci nieswojo, znam twoje żywe usposobienie. A tam zobaczysz nowe krainy, nabierzesz nowych doświadczeń. Ani się spostrzeżesz, kiedy czas minie. Ja zaś napiszę do ojca archimandryty w misji i do przeoryszy klasztoru na Górze Oliwnej. Powędruj po Palestynie, popielgrzymuj, pomieszkaj w klasztorze, dopóki Matwiej nie pochwyci przestępców.
Tu biskup od razu zasiadł do stołu, aby napisać listy rekomendacyjne – na specjalnym papierze z archijerejskim monogramem. Środki ostrożności przemyśleli aż do najdrobniejszych szczegółów. Rankiem odwieziono Pelagię „karetką pogotowia" – wielu to widziało. Uczennicom, które przybiegły do szpitala, powiedziano, że kierowniczka bardzo źle się czuje i że nikogo nie wolno do niej wpuszczać. W nocy zaś mniszka wyślizgnęła się tylnym wejściem, a Berdyczowski zawiózł ją do maleńkiej przystani o piętnaście wiorst od miasta.
Czekał tam kuter. Konspiratorzy pokonali nim jeszcze pięć wiorst i zatrzymali się pośrodku Rzeki. Pół godziny później pojawił się rozświetlony parowiec, który płynął z prądem od Zawołżska. Kuter zamrugał lampą i kapitan, uprzedzony zawczasu tajną depeszą, zatrzymał maszyny – cicho, bez wołania przez tubę i bez sygnałów, żeby nie budzić śpiących pasażerów.
Matwiej Bencjonowicz pomógł Pelagii wejść po trapie. Po raz pierwszy widział ją niejako mniszkę, ale jako damę–w podróżnej sukni i w kapelusiku z woalką. Z powodu tego stroju przez cały czas, od samego szpitala, pozwalał sobie na niedopuszczalne fantazje. Powtarzał w cichości: „To kobieta, to po prostu kobieta". W duszy prokuratora kłębiły się szaleńcze nadzieje.
Pelagia tymczasem była nieobecna, jej myśli krążyły gdzieś daleko.
Kiedy weszli na pokład, Berdyczowskiemu nagle ścisnęło się serce. Usłyszał jakiś głos, który ze smutkiem powiedział: „Pożegnaj się. Nigdy więcej jej nie zobaczysz".
– Proszę nie wyjeżdżać... – zaczął pleść w panice prokurator. – Nie znajdę sobie... – Tu oprzytomniał, olśniony zbawiennym, jak mu się zdawało, pomysłem. – Wie pani co, a może jednak nad Angarę? Władyka nie może, ale ja bym panią zawiózł. I potem już wezmę się do śledztwa. Co?
Wyobraził sobie, jak będą jechali we dwójkę przez całą Syberię. Przełknął ślinę.
– Nie, muszę do Palestyny – wymamrotała podróżniczka, wciąż nieobecna. I półgłosem, już tylko do siebie, dodała: – Byle tylko zdążyć. Przecież zabiją...