Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Muzyka duszy [Soul Music - pl]
Muzyka duszy [Soul Music - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Muzyka duszy [Soul Music - pl]

Электронная книга - «Muzyka duszy [Soul Music - pl]». Краткое содержание книги:

Inne dzieci dostawały w prezencie cymbałki. Susan musiała tylko prosić dziadka, żeby zdjął kamizelkę…

Tak. Ma Śmierć w rodzinie.
Trudno jest normalnie dorastać, kiedy dziadek jeździ na białym koniu i dzierży kosę — zwłaszcza gdy trzeba przejąć rodzinny interes, a jedyny pomocnik mówi tylko po szczurzemu.
A już szczególnie wtedy, kiedy ma się do czynienia z nową, uzależniającą muzyką, która pojawiła się w Świecie Dysku.
Jest bezprawna. I zmienia ludzi.
Nazywana jest „Muzyką z wykrokiem”.
Ma rytm i można przy niej tańczyć, ale…
Jest… żywa.
I nie chce ucichnąć.
1 ... 36 37 38 39 40 41 42 43 44 ... 79
Перейти на страницу:

Blert znowu podciągnął spodnie.

— Później idź do doków, wynajmij jakiegoś trolla i powiedz mu, żeby stanął w kącie, i jeśli ktokolwiek jeszcze wejdzie tu i spróbuje zagrać… — Urwał na chwilę, ale zaraz sobie przypomniał. — Spróbuje zagrać Ścieżkę do raju, tak to chyba nazywali… to ma urwać mu głowę.

— Czy nie powinien najpierw ich ostrzec? — zapytał Gibbsson.

— To właśnie będzie ostrzeżenie.

* * *

Minęła godzina.

Ridcully znudził się, więc posłał Stęża Strasznego do kuchni po jakąś przekąskę. Myślak i dwaj pozostali krzątali się wokół kolby, robili coś z kryształową kulą i drutem. A teraz…

Drut był rozpięty między dwoma gwoździami wbitymi w blat. Wibrował szybko, wygrywając interesujący rytm.

W powietrzu nad nim wisiały wielkie, zielone falujące linie.

— Co to jest? — zainteresował się Ridcully.

— Tak właśnie wygląda dźwięk — wyjaśnił Myślak.

— Wygląda dźwięk — powtórzył Ridcully. — To już coś. Nigdy jeszcze nie widziałem dźwięku, który by tak wyglądał. Więc do tego, chłopcy, używacie magii? Żeby popatrzeć na dźwięk? Wiecie, mamy w spiżarni trochę dobrego sera, może pójdziemy i posłuchamy, jak pachnie?

Myślak westchnął.

— Tak wyglądałby dźwięk, gdyby pańskie uszy były oczami.

— Naprawdę? — ucieszył się Ridcully. — Zadziwiające.

— Wygląda na bardzo skomplikowany — tłumaczył Myślak. — Prosty, jeśli spojrzeć z pewnej odległości, ale z bliska niezwykle złożony. Niemal…

— Żywy — dokończył stanowczo Ridcully.

— Ehm…

To chrząknął student znany jako Skazz. Ważył chyba poniżej stu funtów i miał najdziwniejszą fryzurę, jaką Ridcully w życiu widział. Składała się z frędzli długich włosów dookoła głowy. Tylko wystający czubek nosa zdradzał, w którą stronę patrzy. Gdyby kiedyś zrobił mu się bąbel z tyłu głowy, wszyscy by myśleli, że Skazz idzie w niewłaściwym kierunku.

— Słucham, panie Skazz?

— Eee… Kiedyś coś o tym czytałem.

— To niezwykłe. Jak pan tego dokonał?

— Słyszał pan o Nasłuchujących Mnichach z Ramtopów? Twierdzą, że istnieje dźwiękowe tło wszechświata. Tak jakby echo pewnego dźwięku.

— To się wydaje rozsądne. Cały wszechświat, który nagle powstaje, musi spowodować wielki wybuch.

— To echo nie musi nawet być bardzo głośne — wtrącił Stibbons. — Musi tylko rozbrzmiewać wszędzie równocześnie. Czytałem tę książkę. Napisał ją stary Riktor Licznik. Twierdzi, że mnisi wciąż słuchają dźwięku, który nigdy nie cichnie.

— Jak dla mnie, to on powinien być całkiem głośny — uznał Ridcully. — Musi być, żeby dał się usłyszeć z daleka. Kiedy wiatr wieje w złą stronę, nie słychać nawet dzwonów z Gildii Skrytobójców.

— Nie musi być głośny, żeby wszędzie być słyszalny — zaprotestował Myślak. — A to z tej przyczyny, że w tamtym punkcie wszędzie znajdowało się całe w jednym miejscu.

Ridcully spojrzał na niego tak, jak ludzie czasem na iluzjonistów, którzy właśnie wyjęli im z ucha jajko.

— Wszędzie było całe w jednym miejscu?

— Tak.

— No to gdzie było wszędzie indziej?

— Też w jednym miejscu.

— Tym samym?

— Tak.

— Zgniecione w coś bardzo małego?

Ridcully zaczynał zdradzać pewne niepokojące objawy. Gdyby był wulkanem, żyjący w pobliżu tubylcy zaczynaliby się już rozglądać za jakąś poręczną dziewicą.

— Cha, cha… Można równie dobrze powiedzieć, że zgniecione w coś bardzo wielkiego — odparł Myślak, który zawsze wpadał w pułapkę. — A to dlatego, że dopóki nie powstał wszechświat, nie istniała przestrzeń. Więc cokolwiek wtedy istniało, było wszędzie.

— To samo wszędzie, jakie mamy dzisiaj?

— Tak.

— Dobrze. Proszę dalej.

— Riktor uważał, że najpierw pojawił się dźwięk. Jeden wielki, skomplikowany akord. Najgłośniejszy, najbardziej złożony dźwięk w historii. Tak złożony, że nie mógł zagrać wewnątrz wszechświata; nie bardziej niż można otworzyć skrzynię łomem, który jest w niej zamknięty. Jeden potężny akord, który… można powiedzieć… wgrał wszystko do istnienia. Rozpoczął muzykę, jeśli pan woli.

— Takie jakby ta-dam? — upewnił się Ridcully.

— Tak przypuszczam.

— Myślałem, że wszechświat powstał, bo jakiś bóg pociął innemu sprzęt małżeński i zrobił z tego wszechświat. Zawsze wydawało mi się to dość sensowne. Znaczy, coś takiego łatwo można sobie wyobrazić.

— No cóż…

— A teraz mówisz, że ktoś dmuchnął w wielką trąbę i jesteśmy?

— Nie wiem o żadnym kimś.

— Takie głosy nie powstają same z siebie. Tego jestem pewny. Ridcully odprężył się lekko, przekonany, że rozsądek w końcu zwyciężył. Poklepał Stibbonsa po ramieniu.

— Trzeba to jeszcze dopracować, młody człowieku — rzekł. — Stary Riktor miał trochę… no wiesz, nierówno pod sufitem. Uważał, że wszystko sprowadza się do liczb.

— Ale niech pan zauważy, że wszechświat rzeczywiście ma pewne rytmy — odparł Stibbons. — Dzień i noc, światło i ciemność, życie i śmierć…

— Krem z kury i grzanki…

— Nie każda metafora dopuszcza szczegółową analizę.

Ktoś zastukał do drzwi — to wrócił Stęż Straszny z tacą kanapek. Za nim weszła pani Whitlow, gospodyni. Ridcully otworzył usta. Pani Whitlow dygnęła.

— Dzień dhobry, whasza miłość — powiedziała. Podskoczył jej koński ogon. Zaszeleściły wykrochmalone halki.

Ridcully powoli zamknął usta, ale tylko po to, by zapytać:

— Co pani zrobiła ze…

— Przepraszam, pani Whitlow — wtrącił pospiesznie Myślak. — Czy podawała pani dziś śniadanie któremuś z profesorów?

— Thak jest, panie Stibbons — potwierdziła gospodyni. Jej obfite i tajemnicze łono zafalowało pod swetrem. — Żaden z dżenthel-menów nie zszedł do jadalni, więc kazałam zanieść im tace do po-khojów. Daddi-o.

Spojrzenie Ridcully’ego zsuwało się coraz niżej. Nigdy dotąd nie myślał o pani Whitlow jak o kimś posiadającym nogi. Oczywiście, w teorii kobieta musiała się na czymś przemieszczać, ale…

Para grubych kolan wystawała spod szerokiego grzyba spódnic. Niżej były białe skarpetki.

— Pani włosy… — zaczął chrapliwie.

— Czy coś z nimi nie tak? — zaniepokoiła się pani Whitlow.

— Ależ skąd — zapewnił ją Myślak. — Bardzo dziękujemy. Zamknął za nią drzwi.

— Pstrykała palcami, kiedy odchodziła. Tak jak pan mówił.

— To nie jedyne, co pstryknęło — odparł wciąż drżący Ridcully.

— Widział pan jej buty?

— Chyba mniej więcej w tym miejscu moje oczy zamknęły się ochronnie.

— Jeśli to naprawdę jest żywe — stwierdził Stibbons — to jest bardzo zaraźliwe.

* * *

Ta akurat scena miała miejsce w wozowni ojca Crasha, jednak podobne działy się w całym mieście. Crash nie był Crashem od urodzenia. Był synem bogatego handlarza sianem i karmą. Pogardzał jednak ojcem za to, że jest jak martwy od szył w górę, całkowicie pochłonięty sprawami materialnymi, pozbawiony wyobraźni, a w dodatku płaci synowi tygodniowo śmieszne trzy dolary kieszonkowego.

Ojciec Crasha zostawił konie w wozowni. W tej chwili oba usiłowały wcisnąć się w kąt — po bezowocnych próbach wybicia kopytami dziury w ścianie.

1 ... 36 37 38 39 40 41 42 43 44 ... 79
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)