Muzyka duszy [Soul Music - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7648-036-7
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Muzyka duszy [Soul Music - pl]». Краткое содержание книги:
Tak. Ma Śmierć w rodzinie.
Trudno jest normalnie dorastać, kiedy dziadek jeździ na białym koniu i dzierży kosę — zwłaszcza gdy trzeba przejąć rodzinny interes, a jedyny pomocnik mówi tylko po szczurzemu.
A już szczególnie wtedy, kiedy ma się do czynienia z nową, uzależniającą muzyką, która pojawiła się w Świecie Dysku.
Jest bezprawna. I zmienia ludzi.
Nazywana jest „Muzyką z wykrokiem”.
Ma rytm i można przy niej tańczyć, ale…
Jest… żywa.
I nie chce ucichnąć.
Nosił też ubranie. Ubrania — jeśli nie liczyć mundurów czy odzieży roboczej — nie cieszyły się popularnością wśród trolli, które nosiły zwykle tylko przepaskę biodrową, żeby schować pod nią pewne elementy. To właściwie wszystko. Ale Chryzopraz miał na sobie garnitur. Wyglądał na marnie skrojony; w rzeczywistości był świetnie skrojony, ale każdy troll — nawet zupełnie bez ubrania — wygląda na źle skrojonego.
Kiedy Chryzopraz przybył do Ankh-Morpork, okazało się, że ma zdolności do nauki. Zaczął od ważnej lekcji: bicie ludzi to rozbój. Płacenie innym, żeby bili w jego imieniu, to dobry interes.
— Chłopcy, poznajcie Chryzopraza — powiedział Dibbler. — To mój stary przyjaciel. On i ja znamy się od bardzo dawna. Mam rację, Chryz?
— W samej rzeczy. — Chryzopraz obdarzył Dibblera ciepłym, przyjaznym uśmiechem, jak rekin łososia, z którym wygodnie mu płynąć w tym samym kierunku… na razie. Dostrzegalna w kącikach ust gra krzemowych mięśni sugerowała też, że pewnego dnia pewni ludzie pożałują słowa „Chryz”.
— Pan Gardło mówi, że wy, chłopaki, najlepsza rzecz od czasu krojony chleb — zwrócił się do grupy. — Wy dostali wszystko, co potrzebowali?
W milczeniu kiwnęli głowami. Ludzie starali się nie odzywać do Chryzopraza, by nie powiedzieć czegoś, co mogłoby go urazić. Oczywiście, nie dowiedzieliby się tego od razu. Dowiedzieliby się później, kiedy w jakimś ciemnym zaułku jakiś głos za ich plecami powiedziałby: „Pan Chryzopraz jest naprawdę zirytowany”.
— Wy pójdą teraz i odpoczną w wasza garderoba — mówił dalej troll. — Wy chcą jedzenie albo picie, wy tylko powiedzą.
Miał na palcach pierścienie z diamentami. Klif nie mógł oderwać od nich wzroku.
Garderoba znajdowała się obok wychodka i była do połowy zastawiona beczkami z piwem. Buog oparł się o drzwi.
— Nie trzeba mi tych pieniędzy — oświadczył. — Niech tylko pozwolą mi ujść stąd z życiem, o nic więcej nie proszę.
— E uisz eę autui… — zaczął Klif.
— Próbujesz mówić z zamkniętymi ustami, Klif — zauważył Buddy.
— Powiedziałem, że nie musisz się martwić. Masz niewłaściwy rodzaj zębów.
Ktoś zapukał do drzwi i Klif z rozmachem zakrył dłonią usta. Stukanie jednak, jak się okazało, było dziełem Asfalta, który przyniósł zastawioną tacę.
Miał na niej trzy rodzaje piwa. Miał nawet kanapki z wędzonym szczurem, z odkrojoną skórką i ogonem. I miskę najlepszego antracytowego koksu pokrytego popiołem.
— Dobrze pogryź — mruknął Buog, gdy Klif chwycił miskę. — To może być twoja ostatnia okazja.
— Może nikt nie przyjdzie i pozwolą nam iść do domu? — wyraził nadzieję Klif.
Buddy przebiegł palcami po strunach. Pozostali przerwali jedzenie, kiedy akordy wypełniły pokój.
— Magia. — Klif pokręcił głową.
— Nie martwcie się, chłopaki — uspokoił ich Asfalt. — Gdyby były jakieś problemy, to ci drudzy będą się z nimi gryźli.
Buddy przestał grać.
— Jacy drudzy?
— To właściwie zabawne — odparł mały troll. — Nagle wszyscy próbują grać muzykę z wykrokiem. Pan Dibbler zaangażował na koncert jeszcze jeden zespół. Żeby rozgrzać publiczność, tak jakby.
— Kto to?
— Nazywają się Szaleństwo.
— A gdzie są?
— No więc, to jest tak… zauważyliście, że wasza garderoba jest obok wychodka?
Za obszarpaną kurtyną na scenie Groty Crash usiłował nastroić gitarę. W tej stosunkowo łatwej procedurze przeszkadzało mu kilka drobiazgów. Przede wszystkim Blert zrozumiał, czego oczekują klienci, i błagając swych przodków o wybaczenie, zaczął poświęcać więcej uwagi przyklejaniu błyszczących kawałków niż normalnemu działaniu instrumentu. Wyrażając to inaczej: wbił tuzin gwoździ i przywiązał do nich struny. Z drugiej strony niewiele to zmieniło, ponieważ sam Crash miał muzyczny talent zatkanego nozdrza.
Spojrzał najimba, Noddy’ego i Scuma. Jimbo, obecnie gitarzysta basowy (Blert, śmiejąc się histerycznie, użył grubszej deski i drutu z ogrodzenia), niepewnie podniósł rękę.
— O co chodzi, Jimbo?
— Jedna struna mi się zerwała.
— To co? Masz przecież jeszcze pięć.
— Tak. Ale nie umiem grać na pięciu.
— Na sześciu też nie umiałeś. Więc teraz twoja ignorancja się zmniejszyła.
Scum zajrzał za kurtynę.
— Crash…
— Tak?
— Tam są setki ludzi! Całe setki! I dużo ich też ma gitary. Wywijają nimi.
Szaleństwo wsłuchało się w hałas dobiegający z drugiej strony kurtyny. Crash nie miał zbyt wielu szarych komórek i często musiały machać do siebie, by zwrócić uwagę koleżanek. Mimo to przeżył moment zwątpienia, czy dźwięk, jaki uzyskało Szaleństwo — choć to dobry dźwięk — był tym, jaki słyszał zeszłej nocy Pod Bębnem. Tamten dźwięk budził w nim pragnienie, by krzyczeć i tańczyć, podczas gdy ten drugi budził chęć, by… no cóż, szczerze mówiąc, chęć, by wrzeszczeć i rozbić perkusję Scuma na głowie jej właściciela.
Noddy także zerknął za kurtynę.
— Słuchajcie, tam jest grupa ma… Wydaje mi się, że to magowie, siedzą w pierwszym rzędzie — powiedział. — Chyba… właściwie jestem pewien, że to magowie, ale… to znaczy…
— Przecież łatwo poznać, głupku — burknął Crash. — Noszą spiczaste kapelusze.
— Jeden z nich ma… spiczaste włosy.
Pozostali członkowie Szaleństwa przysunęli po oku do szczeliny.
— Wygląda jak… jakby róg jednorożca zrobiony z włosów…
— A co on ma napisane z tyłu szaty? — zdziwił się Jimbo.
— Tam pisze ZRODZONY DO RUN — wyjaśnił Crash, który czytał najszybciej z całej grupy i wcale nie musiał używać palca.
— Ten chudy ma na sobie rozszerzaną szatę — zauważył Noddy.
— Musi być stary…
— I wszyscy przynieśli gitary! Myślicie, że przyszli tu nas posłuchać?
— Na pewno — potwierdził Noddy.
— To wrażliwa publiczność — uznał Jimbo.
— Zgadza się, wrażliwa — przyznał Scum. — Eee… A co to znaczy wrażliwa?
— To znaczy, że… że wróży.
— Fakt. Wygląda, jakby źle wróżyła. Crash zdusił wątpliwości.
— Wychodzimy — rozkazał. — Pokażemy im, o co naprawdę chodzi w muzyce wykrokowej!
Asfalt, Klif i Buog siedzieli w kącie garderoby. Nawet tutaj słyszeli ryk tłumu.
— Dlaczego on nic nie mówi? — szepnął Asfalt.
— Nie wiem — mruknął Buog.
Buddy siedział wpatrzony w przestrzeń, tuląc w ramionach gitarę. Od czasu do czasu bardzo delikatnie stukał w pudło, w rytm myśli, jakie sączyły mu się przez głowę.
— Czasami to mu się zdarza — wyjaśnił Klif. — Siedzi tak i gapi się na powietrze…
— Hej, oni tam coś krzyczą — przerwał im Buog. — Posłuchajcie tylko!
Ryk tłumu nabrał rytmu.
— Brzmi to jak „wyk-rok, wyk-rok, wyk-rok” — stwierdził Klif. Drzwi otworzyły się gwałtownie, a do garderoby na wpół wbiegł, na wpół wpadł Dibbler.
— Musicie wyjść na scenę! — krzyknął. — Natychmiast!
— Myślałem, że chłopcy z Sanitariatu… — zaczął Buog.
— Nawet nie pytaj! — rzekł Dibbler. — Chodźcie! Inaczej rozniosą lokal!
Asfalt podniósł kamienie.
— Gotów — powiedział.
— Nie — rzekł nagle Buddy.
— Co jest? — zdziwił się Dibbler. — Nerwy?