Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2005
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7469-032-4
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]». Краткое содержание книги:
— Sir Samuelu, jest pan, co pan wielokrotnie z naciskiem podkreślał, cywilem — przypomniał lord Rust. — A dla cywila nie ma tutaj miejsca.
Vimes nie zadał sobie trudu z salutem. Po prostu odwrócił się i wyszedł z sali. Reszta oddziału w milczeniu maszerowała za nim z powrotem do Pseudopolis Yardu.
— Powiedziałem mu, że może je sobie wsadzić tam, gdzie słońce nie dochodzi — powiedział sierżant Colon, kiedy przechodzili przez Mosiężny Most.
— Tak jest — przyznał martwym głosem Vimes. — Dobrze się sprawiłeś.
— Prosto w twarz. „Gdzie słońce nie dochodzi”. Właśnie tak — mówił Colon.
Z tonu jego głosu trudno byłoby określić, czy przemawia przez niego duma, czy raczej przerażenie.
— Obawiam się, że lord Rust formalnie ma rację, sir — odezwał się Marchewa.
— Naprawdę?
— Tak. Bezpieczeństwo miasta jest wartością najwyższą, więc w czasie działań wojennych władza cywilna jest podporządkowana dowództwu wojskowemu.
— Aha.
— Tak mu powiedziałem — oświadczył Fred Colon. — „Tam, gdzie słońce nie dochodzi” mu powiedziałem.
— Wiceambasador nie wspomniał o księciu Khufurahu — zauważył Marchewa. — To dziwne.
— Idę do domu — stwierdził Vimes.
— Jesteśmy już prawie na miejscu, sir.
— Chodzi mi o domowy dom. Muszę się przespać.
— Tak jest, sir. Co mam powiedzieć chłopakom?
— Powiedz, co chcesz.
— Spojrzałem mu prosto w oczy i powiedziałem, tak, powiedziałem, że może je sobie wsadzić tam, gdzie… — snuł rozważania sierżant Colon.
— Chce pan, żeby my z chłopcami poszli i załatwili tego Rusta? — zaproponował Detrytus. — Na pewno jest winny czegoś.
— Nie!
Głowa Vimesa wydawała się tak lekka, że nawet liną nie mógłby dotknąć gruntu. Zostawił swój zespół przed Yardem, a głowa pociągnęła go dalej, pod górkę, za róg, do domu, obok jego zdumionej żony, po schodach i do sypialni, gdzie padł jak długi na łóżko i zasnął, zanim dotknął pościeli.
Następnego ranka o dziewiątej po Broad-Wayu paradowali pierwsi rekruci ciężkiej piechoty lorda Venturiego. Strażnicy wyszli popatrzeć. Nie mieli nic innego do roboty.
— Czy to nie kamerdyner pana Vimesa? — zainteresowała się Angua, wskazując wyprężonego Willikinsa w pierwszym szeregu.
— Tak, a tam na czele idzie jego chłopak ze służby i tłucze w werbel — odparł Nobby.
— Byłeś kiedyś… wojskowym, Fred. Prawda? — zapytał Marchewa, obserwując paradę.
— Tak, sir. Pierwszy Regiment Ciężkiej Piechoty diuka Eorle. Skubacze Bażantów.
— Słucham? — Angua nie zrozumiała.
— Takie no… przezwisko jednostki, panienko. Powstało, och… wieki temu. Obozowaliśmy w czyjejś rezydencji i trafiliśmy na mnóstwo klatek z bażantami, no więc, tego, że trzeba było się żywić tym, co zdobyliśmy i w ogóle… W każdym razie dlatego właśnie zawsze nosiliśmy bażancie pióra na hełmach. Tradycja.
Fred zmarszczył twarz w wyrazie człowieka, którego ograbili w Alei Pamięci.
— Mieliśmy nawet pieśń marszową — mówił dalej. — Chociaż trudno ją było zaśpiewać bez błędów. Eee… co się stało?
— Nic takiego, sierżancie — uspokoiła go Angua. — Często tak wybucham śmiechem bez żadnego powodu.
Fred Colon ponownie rozmarzonym wzrokiem zapatrzył się w pustkę.
— No i oczywiście przedtem byłem w średniej piechocie diuka Quirmu. Oglądałem z nimi wiele bitew.
— Na pewno — zgodził się Marchewa, gdy Angua cynicznie rozważała odległość między punktem obserwacyjnym Freda a polem bitwy. — Ta niezwykła kariera wojskowa z pewnością dostarczyła ci wielu miłych wspomnień.
— Damy lubiły mundur — stwierdził Fred Colon z niedopowiedzianą sugestią, że dorastający chłopak potrzebuje niekiedy wszelkiej pomocy, jaką może zdobyć. — No i…
Wyglądał na skrępowanego, jak gdyby pozwijana bielizna przeszłości plątała mu się w kroczu wspomnień.
— Było… łatwiej, sir. Niż być gliną, znaczy. Znaczy, jest się żołnierzem, tak, i tamte dranie to wrogowie. Się maszeruje na jakieś wielkie pole, wszyscy ustawiają się w takie prostokąty, potem gość w hełmie z pióropuszem daje rozkaz i formują wielkie strzały…
— Na bogów, żołnierze naprawdę to robią? Myślałem, że w ten sposób tylko kreśli się plany bitew!
— No, stary diuk lubił wszystko robić według podręcznika, Sir. W każdym razie chodzi tylko o to, żeby pilnować pleców i walić każdego w niewłaściwym mundurze. Ale… — Twarz Freda wykrzywiła się w bolesnym wysiłku myślowym. — Ale kiedy się jest gliną, no, wtedy człowiek bez mapy nie odróżni tych dobrych od tych złych, panienko. To fakt.
— Zaraz… przecież wojsko też przestrzega prawa. Prawo wojenne, tak?
— Niby tak… Ale kiedy leje jak z cebra, a człowiek brodzi po ja… po pas w końskich trupach, a ktoś wydaje rozkaz, to nie jest moment, żeby sprawdzać w przepisach, panienko. Zresztą większość mówi tylko, kiedy wolno dać się zastrzelić.
— Jestem pewien, że znajdzie się tam coś więcej, sierżancie — stwierdził Marchewa.
— No, prawdopodobnie tak, sir — zgodził się dyplomatycznie Colon.
— Na pewno piszą w nich na przykład o tym, że nie wolno zabijać żołnierzy wroga, którzy się poddali.
— No tak, o tym też, kapitanie. Ale nic nie ma o tym, że nie wolno im trochę przyłożyć, na przykład. Żeby lepiej człowieka zapamiętali.
— Chyba nie tortury? — zaniepokoiła się Angua.
— Ależ skąd, panienko… — Aleja Pamięci zmieniła się dla Colona w wyboistą drogę mroczną doliną. — No… kiedy najlepszy kumpel dostaje strzałę prosto w oko, ludzie i konie wrzeszczą i jęczą dookoła, a człowiek ze strachu sr… jest naprawdę wystraszony i wtedy trafia na kogoś z wrogów… z jakiegoś powodu ma taką chęć, żeby go trochę… szturchnąć tak jakby. Tyle… wie panienka… no, może za dwadzieścia lat w zimne noce będzie go trochę kłuło w nodze, a wtedy sobie przypomni, co zrobił. To wszystko.
Pogrzebał w kieszeni i wyjął niedużą książeczkę, którą pokazał wszystkim.
— Należała do mojego pradziadka — wyjaśnił. — Był w tych utarczkach, cośmy je mieli z Pseudopolis, a moja prababcia dała mu ten modlitewnik dla żołnierzy, bo warto mieć wszystkie modlitwy, jakie tylko da się zdobyć, możecie mi wierzyć. No i on wsadził sobie tę książeczkę do górnej kieszonki w kubraku, bo go nie było stać na pancerz, a następnego dnia w bitwie zziuut! Nie wiadomo skąd wyfrunęła strzała i łups, trafiła prosto w książeczkę. Przeszła aż do ostatniej strony, zanim się zatrzymała. Patrzcie, tu jest dziura.
— Faktycznie, cudowny przypadek — przyznał Marchewa.
— Tak, istny cud, nie ma co… — Sierżant żałośnie się przyjrzał pogniecionemu modlitewnikowi. — Właściwie to pech z tymi pozostałymi siedemnastoma strzałami.
Głos werbla ucichł w oddali. Resztki straży starały się unikać swojego wzroku.
I nagle zabrzmiał władczy głos.
— Dlaczego nie jesteś w mundurze, młody człowieku?
Nobby obejrzał się. Zwracała się do niego jakaś starsza dama z nieco indyczymi rysami twarzy i miną jak kara główna.
— Ja? Mam przecież, pszepani — odparł Nobby, wskazując swój pogięty hełm.
— W prawdziwym mundurze — rzuciła ze złością dama i wręczyła mu białe piórko. — Co zrobisz, kiedy Klatchianie zechcą nas zniewolić w naszych własnych łóżkach?