Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]
Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]

Электронная книга - «Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]». Краткое содержание книги:

Coś nowego pojawiło się między starożytnymi miastami Ankh-Morpork i Al-Khali. Dosłownie. To wyspa, wynurzająca się z dna Okrągłego Morza Dysku. Ponieważ jest niezamieszkana i oba miasta roszczą sobie do niej prawa, komendant Vimes ze swymi wiernymi strażnikami staje wobec zbrodni tak wielkiej, że żadne prawa jej nie obejmują.
1 ... 32 33 34 35 36 37 38 39 40 ... 87
Перейти на страницу:

— Sir Samuelu, jest pan, co pan wielokrotnie z naciskiem podkreślał, cywilem — przypomniał lord Rust. — A dla cywila nie ma tutaj miejsca.

Vimes nie zadał sobie trudu z salutem. Po prostu odwrócił się i wyszedł z sali. Reszta oddziału w milczeniu maszerowała za nim z powrotem do Pseudopolis Yardu.

— Powiedziałem mu, że może je sobie wsadzić tam, gdzie słońce nie dochodzi — powiedział sierżant Colon, kiedy przechodzili przez Mosiężny Most.

— Tak jest — przyznał martwym głosem Vimes. — Dobrze się sprawiłeś.

— Prosto w twarz. „Gdzie słońce nie dochodzi”. Właśnie tak — mówił Colon.

Z tonu jego głosu trudno byłoby określić, czy przemawia przez niego duma, czy raczej przerażenie.

— Obawiam się, że lord Rust formalnie ma rację, sir — odezwał się Marchewa.

— Naprawdę?

— Tak. Bezpieczeństwo miasta jest wartością najwyższą, więc w czasie działań wojennych władza cywilna jest podporządkowana dowództwu wojskowemu.

— Aha.

— Tak mu powiedziałem — oświadczył Fred Colon. — „Tam, gdzie słońce nie dochodzi” mu powiedziałem.

— Wiceambasador nie wspomniał o księciu Khufurahu — zauważył Marchewa. — To dziwne.

— Idę do domu — stwierdził Vimes.

— Jesteśmy już prawie na miejscu, sir.

— Chodzi mi o domowy dom. Muszę się przespać.

— Tak jest, sir. Co mam powiedzieć chłopakom?

— Powiedz, co chcesz.

— Spojrzałem mu prosto w oczy i powiedziałem, tak, powiedziałem, że może je sobie wsadzić tam, gdzie… — snuł rozważania sierżant Colon.

— Chce pan, żeby my z chłopcami poszli i załatwili tego Rusta? — zaproponował Detrytus. — Na pewno jest winny czegoś.

— Nie!

Głowa Vimesa wydawała się tak lekka, że nawet liną nie mógłby dotknąć gruntu. Zostawił swój zespół przed Yardem, a głowa pociągnęła go dalej, pod górkę, za róg, do domu, obok jego zdumionej żony, po schodach i do sypialni, gdzie padł jak długi na łóżko i zasnął, zanim dotknął pościeli.

Następnego ranka o dziewiątej po Broad-Wayu paradowali pierwsi rekruci ciężkiej piechoty lorda Venturiego. Strażnicy wyszli popatrzeć. Nie mieli nic innego do roboty.

— Czy to nie kamerdyner pana Vimesa? — zainteresowała się Angua, wskazując wyprężonego Willikinsa w pierwszym szeregu.

— Tak, a tam na czele idzie jego chłopak ze służby i tłucze w werbel — odparł Nobby.

— Byłeś kiedyś… wojskowym, Fred. Prawda? — zapytał Marchewa, obserwując paradę.

— Tak, sir. Pierwszy Regiment Ciężkiej Piechoty diuka Eorle. Skubacze Bażantów.

— Słucham? — Angua nie zrozumiała.

— Takie no… przezwisko jednostki, panienko. Powstało, och… wieki temu. Obozowaliśmy w czyjejś rezydencji i trafiliśmy na mnóstwo klatek z bażantami, no więc, tego, że trzeba było się żywić tym, co zdobyliśmy i w ogóle… W każdym razie dlatego właśnie zawsze nosiliśmy bażancie pióra na hełmach. Tradycja.

Fred zmarszczył twarz w wyrazie człowieka, którego ograbili w Alei Pamięci.

— Mieliśmy nawet pieśń marszową — mówił dalej. — Chociaż trudno ją było zaśpiewać bez błędów. Eee… co się stało?

— Nic takiego, sierżancie — uspokoiła go Angua. — Często tak wybucham śmiechem bez żadnego powodu.

Fred Colon ponownie rozmarzonym wzrokiem zapatrzył się w pustkę.

— No i oczywiście przedtem byłem w średniej piechocie diuka Quirmu. Oglądałem z nimi wiele bitew.

— Na pewno — zgodził się Marchewa, gdy Angua cynicznie rozważała odległość między punktem obserwacyjnym Freda a polem bitwy. — Ta niezwykła kariera wojskowa z pewnością dostarczyła ci wielu miłych wspomnień.

— Damy lubiły mundur — stwierdził Fred Colon z niedopowiedzianą sugestią, że dorastający chłopak potrzebuje niekiedy wszelkiej pomocy, jaką może zdobyć. — No i…

Wyglądał na skrępowanego, jak gdyby pozwijana bielizna przeszłości plątała mu się w kroczu wspomnień.

— Było… łatwiej, sir. Niż być gliną, znaczy. Znaczy, jest się żołnierzem, tak, i tamte dranie to wrogowie. Się maszeruje na jakieś wielkie pole, wszyscy ustawiają się w takie prostokąty, potem gość w hełmie z pióropuszem daje rozkaz i formują wielkie strzały…

— Na bogów, żołnierze naprawdę to robią? Myślałem, że w ten sposób tylko kreśli się plany bitew!

— No, stary diuk lubił wszystko robić według podręcznika, Sir. W każdym razie chodzi tylko o to, żeby pilnować pleców i walić każdego w niewłaściwym mundurze. Ale… — Twarz Freda wykrzywiła się w bolesnym wysiłku myślowym. — Ale kiedy się jest gliną, no, wtedy człowiek bez mapy nie odróżni tych dobrych od tych złych, panienko. To fakt.

— Zaraz… przecież wojsko też przestrzega prawa. Prawo wojenne, tak?

— Niby tak… Ale kiedy leje jak z cebra, a człowiek brodzi po ja… po pas w końskich trupach, a ktoś wydaje rozkaz, to nie jest moment, żeby sprawdzać w przepisach, panienko. Zresztą większość mówi tylko, kiedy wolno dać się zastrzelić.

— Jestem pewien, że znajdzie się tam coś więcej, sierżancie — stwierdził Marchewa.

— No, prawdopodobnie tak, sir — zgodził się dyplomatycznie Colon.

— Na pewno piszą w nich na przykład o tym, że nie wolno zabijać żołnierzy wroga, którzy się poddali.

— No tak, o tym też, kapitanie. Ale nic nie ma o tym, że nie wolno im trochę przyłożyć, na przykład. Żeby lepiej człowieka zapamiętali.

— Chyba nie tortury? — zaniepokoiła się Angua.

— Ależ skąd, panienko… — Aleja Pamięci zmieniła się dla Colona w wyboistą drogę mroczną doliną. — No… kiedy najlepszy kumpel dostaje strzałę prosto w oko, ludzie i konie wrzeszczą i jęczą dookoła, a człowiek ze strachu sr… jest naprawdę wystraszony i wtedy trafia na kogoś z wrogów… z jakiegoś powodu ma taką chęć, żeby go trochę… szturchnąć tak jakby. Tyle… wie panienka… no, może za dwadzieścia lat w zimne noce będzie go trochę kłuło w nodze, a wtedy sobie przypomni, co zrobił. To wszystko.

Pogrzebał w kieszeni i wyjął niedużą książeczkę, którą pokazał wszystkim.

— Należała do mojego pradziadka — wyjaśnił. — Był w tych utarczkach, cośmy je mieli z Pseudopolis, a moja prababcia dała mu ten modlitewnik dla żołnierzy, bo warto mieć wszystkie modlitwy, jakie tylko da się zdobyć, możecie mi wierzyć. No i on wsadził sobie tę książeczkę do górnej kieszonki w kubraku, bo go nie było stać na pancerz, a następnego dnia w bitwie zziuut! Nie wiadomo skąd wyfrunęła strzała i łups, trafiła prosto w książeczkę. Przeszła aż do ostatniej strony, zanim się zatrzymała. Patrzcie, tu jest dziura.

— Faktycznie, cudowny przypadek — przyznał Marchewa.

— Tak, istny cud, nie ma co… — Sierżant żałośnie się przyjrzał pogniecionemu modlitewnikowi. — Właściwie to pech z tymi pozostałymi siedemnastoma strzałami.

Głos werbla ucichł w oddali. Resztki straży starały się unikać swojego wzroku.

I nagle zabrzmiał władczy głos.

— Dlaczego nie jesteś w mundurze, młody człowieku?

Nobby obejrzał się. Zwracała się do niego jakaś starsza dama z nieco indyczymi rysami twarzy i miną jak kara główna.

— Ja? Mam przecież, pszepani — odparł Nobby, wskazując swój pogięty hełm.

— W prawdziwym mundurze — rzuciła ze złością dama i wręczyła mu białe piórko. — Co zrobisz, kiedy Klatchianie zechcą nas zniewolić w naszych własnych łóżkach?

1 ... 32 33 34 35 36 37 38 39 40 ... 87
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)