Milion nowych dni [One Million Tomorrows - pl]
- Автор: Шоу Боб
- Год: 1987
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Malgorzata Grabowska
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Milion nowych dni [One Million Tomorrows - pl]». Краткое содержание книги:
— Ale co ze mną i z Ateną? — spytał.
— Człowieku, byliście królikami doświadczalnymi. Żeby wykazać skuteczność działania E.80, musieliście spłodzić potomstwo. Twój zastrzyk z E.80 był najzwyklejszą wodą, za to twoja żona dostała coś całkiem innego.
— To znaczy co?
— Nie zauważyłeś żadnej niezwykłej zmiany w jej zachowaniu po tym zastrzyku?
Carewe wrócił myślami do trzech dni spędzonych nad jeziorem Orkney, do Ateny trawionej nieugaszoną żądzą,która nie mogłaby się zrodzić w normalnym organizmie.
— Daliście jej…
— Bardzo kosztowny środek podniecający, ale to było konieczne, żeby jak najszybciej doprowadzić twoją żonę do zajścia w ciążę. — Barenboim znów się uśmiechnął. — A ty przy okazji też na pewno nie byłeś stratny.
Carewe obrócił się do żony.
— Ateno, chcę cię… – zaczął i głos uwiązł mu w gardle.
— Już dobrze, Will.
Ponownie stanął twarzą w twarz z Barenboimem i ruszył naprzód na sztywnych nogach.
— Zabij mnie już teraz — wyszeptał. — Bo inaczej…
Barenboim wzruszył ramionami i wycelował latarkę. Kciukiem przesunął włącznik do przodu.
— Stój! — zawołał ze schodów czyjś głos. — Co robisz, Hyron? To mi wygląda na…
Przez poręcz wychylił się Pleeth, mierząc twarz Barenboima zaczerwienionymi oczami.
— Na co ci to wygląda?
— Na morderstwo, a na to nigdy nie wyraziłem zgody.
Pleeth zeszedł po schodach ze złotym wisiorem w kształcie cygara dyndającym na piersi i ruszył ku nim przez laboratorium. Umysł Carewe’a, zamarły, jakby skuty lodem, wyłowił dziwaczny szczegół rozgrywającej się sceny — Atena wycofywała się przed Pleethem, człowiekiem, który targował się o jej życie.
— Daj spokój, Manny — powiedział znużonym tonem Barenboim. — Miałem cię za realistę.
— Powiedziałem: bez zabijania!
— Manny, już za kilka godzin dostaniemy miliard nowych dolarów. — Barenboim wciąż celował latarką w pierś Carewe’a. — W zamian za ten miliard przekażemy wzór chemiczny niewart dosłownie nic. Kiedy nasi klienci odkryją prawdę, rozgniewają się. Czy jak dotąd wyrażam się dostatecznie jasno?
— Nigdy nie wyraziłem zgody na morderstwo.
Dalszych wyjaśnień Barenboim udzielał z obraźliwie drobiazgową starannością.
— Przewidując gniew naszych klientów, a w dalszej kolejności ich bardzo naturalną chęć zemsty, zaaranżowaliśmy wspólnie nasze zniknięcie. Żeby to nam się udało — nawet przy operacji maskującej, której przygotowanie zajęło mi cały zeszły rok — musimy mieć nad nimi kilka dni przewagi. Jak daleko twoim zdaniem uda nam się uciec we współczesnym świecie, jeśli nasi znajomi będą wrzeszczeć wniebogłosy?
— Moglibyśmy ich związać i odurzyć narkotykiem.
— To prawda, ale ktoś inny mógłby ich rozwiązać i otrzeźwić. Czy wiesz, że Willy był już na policji?
Pleeth zwrócił swoje plastikowe gładkie oblicze do Carewe’a.
— Ale dlaczego? — spytał.
— Ponieważ twój wspólnik — wyjaśnił Carewe wymawiając ostatnie słowo z naciskiem — wielokrotnie próbował mnie zabić w ciągu ostatnich dni. Wpakowałeś się w paskudną kabałę, Pleeth.
— Całkowita racja — rzekł z ożywieniem Barenboim. — Nawet Willy rozumie, że za późno na skrupuły. A więc…
Atena, która wycofała się bliżej schodów, załkała spazmatycznie i Barenboim skierował latarkę w jej stronę. Carewe skoczył naprzód, ale nie dość szybko — uprzedził go Pleeth, wkraczając pomiędzy laser i Atenę.
— Dobrze — powiedział szybko. — Zgadzam się, że Carewe’a trzeba uciszyć, ale jej nie. Zabierzmy… zabierzmy ją ze sobą.
— Co cię naszło, Manny?
— Przecież ona jest w ciąży — wykrztusił Pleeth.
— I co z tego? — spytał Barenboim, lekko marszcząc czoło. — Nie jesteś ojcem.
— Właśnie… — Gardło Pleetha zaciskało się konwulsyjnie, a kreskowate usta wygięły się w górę w karykaturalnym uśmiechu. — Właśnie, że jestem ojcem. Nie odmówisz mi posiadania dziecka.
— Czyś ty oszalał?
— Nie, Hyron, nie. — Otaczając dłońmi swoje złote cygaro, Pleeth pokazał je Barenboimowi. — Miałem dwadzieścia lat, Hyron. Dwadzieścia lat i jeszcze nigdy nie żyłem z kobietą. To zasługa mojej mateczki — wychowywała mnie w przekonaniu, że stosunki płciowe to plugastwo… choroby. — Drżąc nabrał powietrza. — I właśnie ona, to znaczy moja mateczka — nie lubiła, żeby o niej mówić „matka” — weszła któregoś dnia do mojej sypialni i przyłapała mnie. Nazwała to samozbezczeszczeniem… miała pistolet do zastrzyków, nie wiem skąd, i strzeliła do mnie… zmusiła mnie, żebym przed nią ukląkł… i strzeliła…
— Nie zbliżaj się do mnie — powiedział słabym głosem Barenboim.
— Miałem zaledwie dwadzieścia lat — wymruczał Pleeth ze wzrokiem utkwionym w złotym cygarze — ale oszukałem ją, moją mateczkę… miałem jeszcze dwa dni na zebranie swojego nasienia… jako studentowi chemii udało mi się przechować je w bakteriostacie… a potem trzymałem je w tym oto członku własnego pomysłu… i ona, moja mateczka, nigdy się o tym nie dowiedziała.
— Jesteś chory — wyszeptał przerażony Barenboim.
— O nie. — Ujawniwszy powód swoich sekretnych triumfów, Pleeth uśmiechnął się. — Jestem nadal sprawny, Hyron, nie to co ty… Nadal noszę godło męskości. Miałem też inne kobiety, nawet bez środków podniecających… ale żadna nie zaszła w ciążę. Kiedy dowiedziałem się, że zastrzyk dla Ateny zawiera i środek podniecający, i składnik zwiększający płodność… cóż, czy pełnokrwisty mężczyzna może się oprzeć takiej pokusie?
Rumiane krągłości twarzy Pleetha napięły się, kiedy uśmiechnął się do Barenboima.
— Poszedłeś do jej domu! — wykrzyknął Barenboim, szarzejąc na twarzy. — Naraziłeś miliardowe przedsięwzięcie dla czegoś takiego!
Wyrwał złote cygaro z rąk Pleetha i z całym rozmachem, aż pękł cienki łańcuszek, na którym wisiało, cisnął je do pieca. Cygaro zatoczyło błyszczący łuk, przeleciało przez osłony cieplne i wpadło do środka migoczącego jasnoczerwonego piekła. Zobaczyli króciuteńki błysk i cygaro zniknęło.
— Mateczko!!! — ryknął Pleeth. — Zabiję cię!
Rzucił się na Barenboima. Zwarli się ze sobą, a w sekundę potem laser wypalił dymiącą dziurę w ciele Pleetha, który padł na miejscu. Carewe poruszał się jak we śnie, nawet otaczające go powietrze zamieniło się w przezroczysty lepki syrop. W momencie gdy laser zwracał się ku niemu, przeskoczył przez skwierczące zwłoki Pleetha i rąbnął Barenboima pięścią, ciężką jak ołów. Barenboim zwinął się, a Carewe, wykręcając mu palce, wyrwał z nich laser. Zaświecił mu świetlnym celownikiem w oczy, wpatrując się w jego źrenice, które kurczyły się jak oddalające się czarne światy, i lekko przesunął włącznik do przodu.
— Will! — dobiegł go gdzieś z oddali głos Ateny. — Nie! Znieruchomiał i z wysiłkiem odzyskał równowagę.
— Ja również nie jestem taki jak ty — powiedział do Barenboima wstając z podłogi.
Przeszedł przez laboratorium do Ateny, która klapnęła na schody, i usiadł przy niej.
— Dlaczego nie powiedziałaś mi o Pleethsie? — spytał.
— Nikomu nie mogłam opowiedzieć o tej nocy. — Chwyciła go za rękę i przywarła do niej ustami. — Nie wiedziałam, co się ze mną stało. Czułam się taka zbrukana, Will… musiałam cię jakoś odepchnąć od siebie.
— Przecież ja bym zrozumiał, jakoś się z tym pogodził. Atena uśmiechnęła się smutno, lewa powieka jej drgała.