Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Milion nowych dni [One Million Tomorrows - pl]
Milion nowych dni [One Million Tomorrows - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Milion nowych dni [One Million Tomorrows - pl]

Электронная книга - «Milion nowych dni [One Million Tomorrows - pl]». Краткое содержание книги:

„Milion nowych dni” to powieść, której akcja rozgrywa się dwa wieki później, i w której pewien wierny małżonek zostaje uwikłany w biologiczny eksperyment związany z konsekwencjami nieśmiertelności. Powieść ciekawie napisana, niemal sensacyjna, ale wartka akcja to nie jest jej jedyny walor. Ciekawe jest również tło, w którym rzecz się dzieje. Autor wykazuje się wieloma nowymi, świeżymi pomysłami na temat, jak może wyglądać codzienne życie za dwieście lat. Taki np. klucz hotelowy wysyłający impulsy działające na fluoryzujące pod ich wpływem strzałki na ścianach korytarzy, i w ten sposób wskazujące drogę do własnego pokoju, mógłby być stosowany już dziś.
1 ... 29 30 31 32 33 34 35 36 37 ... 41
Перейти на страницу:

— Jak to?

Niełatwo to wytłumaczyć, można by powiedzieć, że człowiek uświadamia sobie wtedy ogrom swojej niewiedzy.

Carewe skwitował to milczeniem. Zastanawiał się, czy jest to wystarczające uzasadnienie nieśmiertelności — poszerzanie świadomości własnej ignorancji, tworzenie negatywu wiedzy. Czy można to utożsamić ze wzrostem mądrości? A może nowy rodzaj ignorancji Gwynne’a podlegał również wymazującemu działaniu czasu? Twarz Costelli wyrażała smutek i rozczarowanie człowieka, który wiele w życiu doświadczył, ale nic na tym nie skorzystał.

Łagodnie zwalniając, bolid przejechał przez szereg automatycznie otwierających się i zamykających śluz, po czym wsunął się do komory terminalu w Idaho Falls. Po króciutkiej przerwie w podróży, w czasie której automatyczna ładowarka umieściła bolid na podwoziu, natychmiast po uruchomieniu napędu Gwynne skierował się na południe. Ruch był niewielki, więc bez opóźnień dotarli na przedmieścia starego miasta, gdzie po obu stronach wyludnionych ulic ciągnęły się ponure zabudowania fabryczne. Niebieskozielone światło spływało po monotonnych ścianach i sączyło się ku gwiazdom tłumiąc ich blask. Carewe poczuł niemal przyjemny dreszcz podniecenia ten przedsmak niebezpieczeństwa był przeżyciem wciąż zbyt nowym i obcym, żeby w nim zagustował, wiedział jednak, że przynajmniej rozproszy narastające w nim od rana uczucie nudy. Poza tym spodziewał się, że lada chwila być może ujrzy Atenę. Odetchnął głęboko i raptem uderzyła go w nozdrza ostra, kwaśna woń potu. Rzucił okiem na Gwynne’a. Detektyw, który właśnie zatrzymał bolid w małej ślepej uliczce, miał czoło zroszone potem. Carewe’owi ten nieznany zapach kojarzył się jakoś z nerwowym napięciem, co go zarówno zaskoczyło, jak zaniepokoiło.

— Jak się pan czuje? — spytał od niechcenia.

— Comme ci, comme ca, raczej comme ca — odparł Gwynne. — W moim fachu to rzecz na porządku dziennym. — Dotknął spoconego czoła. — Koniecznie trzeba zrobić porządek z tym grzejnikiem. Jest pan gotów?

Carewe skinął głową.

— Czy to już tu? — spytał.

— Niedaleko stąd. Resztę drogi najlepiej przejść pieszo.

Gwynne otworzył schowek i wyjął z niego małą latarkę. Carewe’owi wydało się, że wypełniająca pojazd woń jeszcze bardziej się nasiliła. Otworzył szybko drzwi bolidu i wysiadł, łapczywie wciągając do płuc chłodne wieczorne powietrze.

— Zdaje się, że ta fabryka jest tam — powiedział Gwynne, wskazując w głąb ślepego zaułka, gdzie światło lamp ulicznych ginęło w mroku.

Carewe, choć wytężył wzrok, nie dostrzegł nigdzie żadnych napisów ani tablic — wszystkie budynki wydawały mu się anonimowe.

— Zna pan tę dzielnicę? — spytał.

— Trafiłem tu według mapy — odparł Gwynne.

Przeszedł na drugą stronę ulicy i stąpając ostrożnie skierował się do czarnej trapezoidalnej bramy, a tuż za nim dziwnie nieswój i onieśmielony podążał Carewe. Nagle ogarnęła go całkowita pewność, że w budynku fabrycznym, z którego nie dobiegał żaden dźwięk, nie ma nikogo oraz że wciągnięto go podstępnie w jakąś idiotyczną grę. Już chciał wyrazić swoje wątpliwości, kiedy z bramy wyskoczył prosto na nich parskając i obnażając kły jakiś szary cień. Gwynne uskoczył w bok osłaniając się wycelowaną latarką, a potem zaklął brzydko, zorientowawszy się, że jest to tylko spłoszony kot. Carewe przyglądał się w zamyśleniu uciekającemu zwierzęciu. Ta część jego świadomości, która dzień i noc strzegła zazdrośnie jego bezpieczeństwa, podpowiadała mu teraz, że coś tu jest nie tak.

— Widział już pan kiedyś takie coś? — spytał Gwynne.

Otworzył sakwę i wyjął metalowy pręt, który okazał się spiczasto zakończonym kluczem do drzwi. W słabym świetle ulicznym Carewe dostrzegł ząbki klucza, poruszające się gorączkowo jak krótkie nóżki gąsienicy. Potrząsnął w roztargnieniu głową, próbując zgłębić przyczynę swojego podświadomego niepokoju. Gwynne wsunął przypominający klucz przyrząd do zamka w małych drzwiach, które stanowiły część bramy. Drzwi otworzyły się natychmiast i z panujących za nimi nieprzeniknionych ciemności zionęło stęchlizną. Gwynne dał znak Carewe’owi, żeby wszedł do środka.

Carewe nie ruszył z miejsca.

— Jak można przywozić kogoś, kogo się chce obserwować, w takie straszne miejsce — rzekł. — Na pewno ma pan dobre informacje?

— Bardzo dobre. Proszę pamiętać, że wchodzimy od zaplecza przez hale i magazyny. Biura od frontu z pewnością bardziej nadają się do zamieszkania.

— Wszystko tu zieje taką pustką.

— Boi się pan ciemności, chłopcze?

Gwynne ostrożnie zapalił latarkę, wetknął ją w otwarte drzwi i wszedł do środka. Carewe wszedł również, pilnie przypatrując się detektywowi, gdy padały na niego przypadkowe refleksy światła odbijającego się od metalowych ścian pojemników wyglądających na silosy do magazynowania towarów. Odkąd dotarli do fabryki, Gwynne stał się nerwowy do tego stopnia, że wystraszył się kota, którego spłoszyli przed bramą. Carewe zamarł w pół kroku. Przypomniał sobie, jak przerażony Gwynne skierował na kota latarkę odruchowo i tak obronnym gestem, jakby to była broń… I zapalał ją też ostrożnie… z szacunkiem należnym broni. A teraz poruszał się stąpając czujnie jak krab, w sposób, który byłby naturalny u człowieka z pistoletem w ręku, ale dziwny u kogoś trzymającego latarkę.

Carewe stał w miejscu czekając, aż jego towarzysz trochę się oddali. Czyżby ogarniała go chorobliwa podejrzliwość? W Afryce z pewnością ktoś chciał go zabić, lecz jeżeli Gwynne dołączył do tego spisku, oznaczać to mogło tylko jedno…

— Gdzie pan jest, Willy? — spytał Gwynne odwracając się i świecąc latarką do tyłu.

— Tutaj — odparł Carewe, boleśnie oślepiony. Latarka przestała mu świecić w twarz. Spuścił oczy i na swojej piersi zobaczył drżącą, jaskrawo białą plamkę. Głupiec ze mnie! — pomyślał, lecz na wszelki wypadek rzucił się w bok w tej samej chwili, kiedy z ręki Gwynne’a wytrysnęła rubinowa strzała energii.

Wstrząśnięty i oślepiony, pomknął przed siebie ile sił w nogach, rękami osłaniając twarz. Wpadł na jakiś słup, zwalił się na kolana i palcami dotknął metalowych stopni. Szukając po omacku poręczy, cicho wbiegł na schody, domyślając się, że dotrze na pomost, który zauważył wcześniej, przesuwając wzrokiem po silosach. Na pomoście padł plackiem i leżał zawzięcie mrugając w ciemnościach oczami, sprzed których powoli ustępowały wielobarwne powidoki. Wzrok wrócił mu do normy i Carewe spostrzegł, że w budynku znów jest ciemno i tylko gdzieś na parterze widać dziwny, żarzący się czerwono punkcik. Kiedy mu się przypatrywał, zmienił on barwę na wiśniową, a potem zgasł i wtedy Carewe zrozumiał, że to promieniowała maszyneria, w którą trafił strzał z lasera Gwynne’a. Na myśl o tym, co by go spotkało, gdyby w porę nie uskoczył w bok, czoło zapiekło go od potu.

W dole pojawił się punkcik białego światła, zatańczył chwilę po metalowych ścianach i zgasł. Carewe leżał bez ruchu, oceniając swoje szansę. W przeciwieństwie do niego Gwynne miał broń, i to ogromnie skuteczną — laser — ale żeby nim należycie wycelować, musiał wpierw oświetlić cel snopem rozproszonego światła. Robiąc to, zdradzał swoje położenie, lecz była to minimalna niedogodność. On sam, mając taki laser, czułby się stosunkowo bezpiecznie. Znowu rozbłysła latarka, świecąc w innym kierunku, wiec przywarł mocniej twarzą do metalowej kratki pomostu.

1 ... 29 30 31 32 33 34 35 36 37 ... 41
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)