Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Milion nowych dni [One Million Tomorrows - pl]
Milion nowych dni [One Million Tomorrows - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Milion nowych dni [One Million Tomorrows - pl]

Электронная книга - «Milion nowych dni [One Million Tomorrows - pl]». Краткое содержание книги:

„Milion nowych dni” to powieść, której akcja rozgrywa się dwa wieki później, i w której pewien wierny małżonek zostaje uwikłany w biologiczny eksperyment związany z konsekwencjami nieśmiertelności. Powieść ciekawie napisana, niemal sensacyjna, ale wartka akcja to nie jest jej jedyny walor. Ciekawe jest również tło, w którym rzecz się dzieje. Autor wykazuje się wieloma nowymi, świeżymi pomysłami na temat, jak może wyglądać codzienne życie za dwieście lat. Taki np. klucz hotelowy wysyłający impulsy działające na fluoryzujące pod ich wpływem strzałki na ścianach korytarzy, i w ten sposób wskazujące drogę do własnego pokoju, mógłby być stosowany już dziś.
1 ... 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41
Перейти на страницу:

— Will Carewe, inspektor finansowy Korporacji Firma — przedstawił się lapidarnie Carewe. — Jak pańskie nazwisko?

— Spinetti — odparł młody człowiek, urażony jego tonem.

— A więc, panie Spinetti, mam dla pana złe wieści. Jedna z maszyn, które pan podobno dozoruje, przysłała nam kompletnie bezsensowne rozliczenia dotyczące  naszej własności w Drumheller. Mój pracodawca traci już cierpliwość wobec takich praktyk i polecił mi, żebym…

— Chwileczkę — przerwał mu Spinetti z poczerwieniałą twarzą. — Może by tak najpierw pan sam siebie skorygował, zanim zacznie pan basować. Znam bardzo dobrze swoje programy i wiem, że Farma nie ma żadnej własności na tym terenie.

— Czy muszę tłumaczyć panu jak dziecku? — spytał Carewe wzdychając z rezygnacją. — Moim pracodawcą jest pan Hyron Barenboim. Mówi to panu coś?

— O! — Spinetti zamrugał z zatroskaniem. — Laboratorium chemiczne na kilometrze dwunastym.

— Chyba trzynastym.

— Dwunastym, przy Radialu Trzecim. — Spinetti zgrzytnął zębami. — Chce pan przyjechać i zmierzyć osobiście?

— Żeby to było ostatni raz — ostrzegł go Carewe i przerwał połączenie licząc, że nie upuścił Spinettiemu zbyt wiele żółci. Wziął worek, wyszedł do zaparkowanego bolidu i pojechał na północ.

Postrzępione przez chmury słońce wisiało tuż nad horyzontem, kiedy Carewe dotarł do Drumheller i odliczając kilometry pomknął z centrum miasta Radialem Trzecim. Teraz, kiedy stanął wobec perspektywy włamania się do najprawdopodobniej strzeżonego laboratorium, przytłoczyła go ona bardziej, niż przypuszczał. Wcześniejsze przekonanie, że znalazł miejsce przetrzymywania Ateny, nagle osłabło i niemal całkiem go opuściło, kiedy zatrzymał bolid na mrocznej drodze. Cienkie odnogi miasta przed kilkoma minutami zostały w tyle — tu, na kilometrze dwunastym, stały tylko dwa budynki przypominające dekoracje filmowe na tle wyschniętych łąk. Jeden z nich był z pewnością magazynem, drugi wydłużona wielopoziomową budowlą usadowioną na niewielkim pagórku. Od drogi do bramy w metalowym ogrodzeniu, które otaczało budynek, biegł wąski trakt sprasowanej ziemi. Carewe szukał wzrokiem śladów życia, ale laboratorium, połyskujące czerwonawo w zachodzącym słońcu, równie dobrze mogło być pozostałością po pradawnej cywilizacji, która miała tu kiedyś swoją siedzibę.

Pojechał dalej drogą, aż znalazł się poza zasięgiem wzroku ewentualnego obserwatora patrzącego ze szczytu pagórka, i zgasił silnik bolidu. Nie zwracając uwagi na zaciekawione spojrzenia rzucane przez ludzi z przejeżdżających samochodów, zagłębił się w siedzeniu i czekał, aż pociemnieje niebo widoczne przez koraloworóżową kratownicę smug kondensacyjnych. Kiedy zaczął się wspinać po stoku wzgórza, powietrze było chłodne, a wietrzyki obmacywały mu ciało gdzie popadnie niewidzialnymi palcami. Ujrzawszy laboratorium, ucieszył się na widok światła wylewającego się z górnych okien, lecz jednocześnie zorientował się, jak mało osłonięte są dojścia do budynku. Liczyć mógł tylko na to, że Barenboim nie był do tego stopnia wyczulony na sprawy bezpieczeństwa, żeby zainstalować czujniki cieplne albo teledetektory podczerwone.

Poczucie ryzykownego wyeksponowania rosło w nim nieustannie aż do chwili, kiedy znalazł się w cieniu ogrodzenia mającego, jak się okazało, ponad trzy metry wysokości. Zbadawszy je z bliska, stwierdził, że jest to gładka metalowa konstrukcja bez choćby jednego nitu, na którego główce można by oprzeć nogę. Aby upewnić się, że nie sięgnie wierzchołka ściany palcami, Carewe podskoczył na próbę, a potem ruszył wzdłuż ogrodzenia, okrążył laboratorium od tyłu i wreszcie zbliżył się do bramy wjazdowej. Ściana była na całej długości jednolita i nie nadawała się do wspinaczki, a zamknięta brama wyglądała równie nieprzystępnie. Spojrzał bezradnie ponad cichą prerią tam, gdzie jak rozsypane żarzące się węgle płonęły światła Drumheller. Will Carewe, komandos amator, ugiął się przed pierwszą prostą przeszkodą, konstrukcją z blachy, którą prawdopodobnie dałoby się rozciąć domowym otwieraczem do konserw…

Natchniony tą myślą, wyjął z worka siekierkę i poszedł do ściany najbardziej oddalonej od drogi. Blisko rogu ogrodzenia zamachnął się siekierką, która weszła bez przeszkód i zaskakująco cicho w jasnoszary metal. Odczekał pięć minut w pewnej odległości, ale za ścianą nie podniesiono alarmu, więc wrócił i zaatakował je odmierzonymi, oszczędnymi uderzeniami. W kilka minut wyciął metrowej wysokości jęzor w kształcie odwróconego „V”, który dał się przygiąć do ziemi. Za pustą przestrzenią na tyle szeroką, żeby pomieścić wsporniki ścian, znajdowała się kolejna płaszczyzna z blachy.

Z wewnętrzną ścianą nie poszło mu tak łatwo, bo nie mógł się dobrze zamachnąć, ale w końcu zdołał — tnąc ostrożnie i robiąc długie przerwy — wyciąć drugi jęzor. Odgiąwszy jego czubek odrobinę do siebie, wyjrzał przez utworzoną w ten sposób dziurę i zobaczył słabo oświetloną wybetonowaną przestrzeń, ograniczoną naprzeciw ścianą laboratorium. O ile mógł się zorientować, nie ściągnął na siebie niczyjej uwagi.

Zatknął ciężki nóż za pas i z siekierką w ręku przepchnął się przez otwór. Trójkątny kawał blachy łatwo dał się podgiąć z powrotem w górę tak, że otwór mniej rzucał się w oczy. Kiedy Carewe był tym zajęty, nagle rozbłysło światło rzucając na ścianę jego cień. Obrócił się w miejscu z uniesioną siekierką i mignęły mu reflektory samochodu, który najwidoczniej wjechał przez bramę. Ich blask, odbijający się i przesuwający po wąskim skrawku pomiędzy ogrodzeniem a laboratorium, zdawał się wypełniać cały świat. Carewe był pewien, że kierowca go zauważył, nie mogło być inaczej, ale samochód skręcił i jechał dalej, aż zniknął mu z oczu po drugiej stronie budynku.

Czyżby cudem uniknął zdemaskowania? A może kierowca był na tyle sprytny, aby udać, że nic nie spostrzegł? Carewe wsunął siekierkę z tyłu za pas i podbiegł do najbliższej ściany laboratorium. Uchwycił się rynny i wspiął się po niej, poganiany strachem, który wyzwolił w nim instynktowną zręczność. Nad ścianą zwieszał się okap płaskiego dachu i kiedy Carewe wciągał się na niego, siekierka przechyliła się na bok i spadła. Brzęknęła głośno zderzając się z betonem. Carewe rozpłaszczył się na dachu i wtedy spostrzegł, że tę część, na której leży, widać z okien na piętrze. Pomknął więc przez dach i przycupnął w kącie, z głową tuż poniżej okiennych parapetów. Po upływie pięciu, może dziesięciu minut uwierzył, że jego obecności nadal nie wykryto. Z nowym przypływem optymizmu, który wcześniej skłonił go do tego przedsięwzięcia, rozejrzał się bacznie dookoła.

Z tej wysokości widział ponad ogrodzeniem prerię, która ciągnęła się na północ niknąc w beznamiętnych, połyskliwie szarych pofałdowaniach terenu — stamtąd nic mu nie zagrażało. W jednym z rzędu okien nad jego głową paliło się światło. Podczołgał się pod nie, wstał i odważył się zerknąć do środka. Zobaczył mały pokoik, którego całe umeblowanie stanowiły krzesło i składane łóżko, zajęte przez ciemnowłosą kobietę. Mimo że leżała odwrócona tyłem do okna, natychmiast rozpoznał — oczami, świadomością, każdą cząstką ciała — miękko zarysowaną krągłość jej bioder.

To była Atena!

Odruchowo zapukał w szybę i zamarł, poniewczasie zastanawiając się, czy w niewidocznym kącie pokoju jest ktoś jeszcze oprócz niej. Atena uniosła lekko głowę i zaraz potem spokojnie ją położyła. Z bijącym sercem Carewe odczekał kilka sekund i zapukał głośniej, obserwując reakcje Ateny. Podniosła głowę, usiadła i spojrzała w jego stronę. Wytrzeszczyła oczy ze zdumienia i w jednej chwili znalazła się przy oknie, przyciskając ręce do szyby. Na widok poruszających się bezgłośnie warg Carewe dał się ponieść niepohamowanej radości — gdyby tylko udało się wydostać Atenę z pokoju, raz-dwa przedostaliby się przez ogrodzenie i uciekli w prerię.

1 ... 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)