Milion nowych dni [One Million Tomorrows - pl]
- Автор: Шоу Боб
- Год: 1987
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Malgorzata Grabowska
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Milion nowych dni [One Million Tomorrows - pl]». Краткое содержание книги:
Zadzwoniono do niego tuż po dziewiątej. Jakiś czas przedtem, po dłuższych staraniach, Carewe zapadł w niespokojny sen i teraz usiadł raptownie w ciemnościach, mając wciąż jeszcze w uszach dzwonek wideofonu. Przez chwilę nic nie kojarzył, wpatrując się w jaskrawy obraz głowy Gwynne’ a, który pojawił się w ognisku projekcyjnym aparatu, ale zaraz oprzytomniał. Raz-dwa dopadł wideofonu i wstrząsany dreszczem powiedział, że przyjmuje połączenie.
Wypatrujące ślepo oczy Gwynne’a ożywiły się.
— O, jest pan. Obudziłem pana? — spytał.
— Coś w tym rodzaju. Czuję się nieszczególnie.
— Wygląda pan, jakby do pana strzelano — powiedział Gwynne patrząc spode łba z teatralną przesadą. A może sąsiedzi celowali w pana dom otwierając butelki szampana!
— Dowiedział się pan czegoś o mojej żonie? — spytał lodowato Carewe, zastanawiając się w duchu, jakich to cudów zawodowej zręczności dokonał w swoim czasie ten człowiek, że zdobył takie uznanie i szacunek Barenboima.
Gwynne natychmiast przybrał skruszoną minę.
— To jeszcze nic pewnego — zaznaczył — ale mam wyraźny ślad.
— Jaki?
— No więc, zacząłem od telefonu do pańskiej żony, tego, który miał niby pochodzić od pana. Dzwoniono z publicznego aparatu w magistracie w Three Springs.
— Ale to chyba donikąd nie prowadzi?
— W mojej branży dojście donikąd oznacza często dojście do czegoś. Poza Farmą nie ma w rejonie Three Springs żadnego innego producenta leków, zgadza się?
— Tak jest.
— A więc skontaktowałem się z paroma znajomymi obsługującymi komputery w centralach kredytowych, naturalnie zachowując dyskrecję, i dowiedziałem się, że jakiś typ o nazwisku Hyman przyjechał do miasta na jeden dzień. Solly Hyman pochodzi z Seattle i pracuje dorywczo dla agencji o nazwie Soper Bureau.
— Ani to nazwisko, ani ta nazwa nic mi nie mówią.
— Może i nie, ale tak się składa, że wiem, kto utrzymuje tę agencję: firma o nazwie NorAmBio.
— Teraz rozumiem.
Carewe poczuł, jak zaczyna mu walić serce, a włosy jeżyć się. NorAmBio była bowiem średniej wielkości firmą farmaceutyczną, angażującą poważne środki w badania i produkcję biostatów.
Gwynne błysnął w uśmiechu białymi zębami.
— To nie koniec. W zeszłym roku podległa NorAmBio firma techniczna przejęła cokolwiek podupadłe przedsiębiorstwo Idealnie Gładkie Łożyska w Idaho Falls. Od wielu miesięcy fabryka jest nieczynna, ale podobno od dwóch dni, a raczej nocy, dzieją się tam jakieś dziwne rzeczy.
— Myśli pan…?
— Pewności nie mam.
— Ale przypuszcza pan, że jest tam moja żona! Gwynne wzruszył ramionami.
— Wkrótce się przekonamy — odparł. — Właśnie tam jadę. Pomyślałem, że interesuje pana, jak postępuje śledztwo.
— Jadę z panem — oznajmił Carewe.
Gwynne nie odpowiedział od razu, jego twarz z dużą, kanciastą szczęką wyrażała powątpiewanie.
— Nie powiem, żebym był tym zachwycony — rzekł. — Ta wyprawa może się okazać niebezpieczna, a to przecież mnie płacą za podejmowanie ryzyka.
— Mniejsza o to — uciął z miejsca Carewe. — Proszę mi tylko powiedzieć, gdzie pan jest, to zaraz tam przyjadę.
Parę minut później, właśnie kiedy wychodził, znów rozdzwonił się wideofon. Carewe odwrócił się zniecierpliwiony, spodziewając się ujrzeć Gwynne’a, ale w aparacie mrugało żółte światełko zapowiadające zamorską depeszę bez obrazu. Kiedy przyjął połączenie, w ognisku projekcyjnym pojawił się drukowany tekst. Pierwsza jego linijka informowała, że telegram wysłano z bazy Współnarodów pod Nouvelle Anvers, a brzmiał on następująco:
EKSPERTYZA ZATOPIONEGO PODUSZKOWCA WYKAZAŁA ŚLADOWE ILOŚCI GORDONITU W MECHANIZMIE CZUJNIKA WYSOKOŚCI LOTU. WINIEN JESTEM PRZEPROSINY ZOSTANIE PRZPROWADZONE DROBIAZGOWE DOCHODZENIE. PROSZĘ UWAŻAĆ NA SIEBIE. DEWEY STORCH.
Usatysfakcjonowany Carewe pokiwał głową i zrobił fotokopię depeszy, żeby pokazać ją Gwynne’owi i Barenboimowi. Potem jednak, w drodze do Three Springs, przyszło mu na myśl, iż jest coś idiotycznego w sytuacji, kiedy szklana figurynka odczuwa zadowolenie ze zdobycia niezbitego dowodu, że ktoś chciał ją roztrzaskać w drobny mak.
Rozdział trzynasty
— Wie pan, jak najłatwiej wprawić kogoś w zakłopotanie? — spyta z przedniego biedzenia Gwynne, obracając się do Carewe’a bokiem. Za jego głową przemykały, uciekając w tył jak nierówna seria z miotacza, przyćmieni plastikową szybą tunelu światła odludnego osiedla w Idaho.
— Nie — odparł Carewe. Wolałby wcale się nie odzywać i rozmyśla o Atenie, ale ponieważ wprawiała ich w ruch pneumatyczna perystaltyk; tunelu, Gwyime nie musiał nawet sterować i był bezczynny.
— Robi się to, co ja w tej chwili.
— To znaczy? — spytał Carewe, przyglądając się bacznie twarzy detektywa, który utkwił w nim wzrok.
— Nie widzi pan?
— Tego, że się pan na mnie gapi?
— Nie na pana — odparł Gwynne, przysuwając twarz nieco bliżej. — Gapię się na pańskie usta. Jeżeli chce pan wprawić kogoś w zakłopotani wystarczy wpatrywać się w jego usta, kiedy ten ktoś mówi.
— Dziękuję za te bezcenną radę — rzekł przygnębiony Carewe. — Jestem pewien, że bardzo mi się przyda w dalszym życiu.
— Drobiazg, mam głowę nabitą takimi informacjami. To jedna z korzyść jakie daje oczytanie.
Carewe zmarszczył brwi. Raz po raz ktoś napomykał mu o literaturze i, o ile sobie przypominał, byli to wyłącznie lub w większości ostudzeni. Czy w te właśnie sposób spędzali czas? Zagłębił się w siedzeniu chcąc się odprężyć, a niepewność tego, co przyniesie najbliższa przyszłość, napełniła go takim ni pokojem, że poczuł nieprzepartą chęć porozmawiania z Gwynnern.
— Naprawdę czyta pan książki? — spytał sceptycznie.
— Ależ oczywiście. A pan nie?
— Nie. Ale oglądam czasem Osmana w trójwizji — odparł obronnym tonem Carewe.
— Tego parweniusza! — wykrzyknął szyderczo Gwynne. — Czy to nie on powiedział kiedyś, że przewodzić innym to być ślepym na konieczność podążania za innymi?
— Nie wiem.
— Oczywiście, ze on — zapewnił go Gwynne. — W roli filozofa ten człowiek jest po prostu żałosny. Weźmy na przykład Bradleya…
— Mógłby mi pan wyjaśnić — wtrącił szybko Carewe — kto albo co to było Btau Geste?
Gwynne potrząsnął niepewnie głową.
— Niewiele czytam beletrystyki. Zdaje się, że był to angielski arystokrata, który został zamieszany w rodzinny skandal, a potem uciekł z kraju i wstąpił do jakiegoś garnizonu o żelaznej dyscyplinie, gdzieś na pustyni. Prawdopodobnie do dawnej francuskiej Legii Cudzoziemskiej.
Carewe pokiwał głową — wyjaśnienie to pasowało do słów Kendy’ego komentujących jego przyjazd do Afryki.
— Co w takim razie pan czyta?
— Prawie wszystko. Książki historyczne, naukowe, biografie…
W tym momencie Carewe’owi przypomniały się słowa starego Costelli.
— A ile pan z tego zapamiętuje?
— O! — wykrzyknął Gwynne. — Rzecz wcale nie w tym, żeby zapamiętać. Po przeczytaniu książki z dowolnej dziedziny, nawet jeżeli nie zapamięta się z niej ani słowa, jest się nadal ignorantem, ale odmienionym.