Milion nowych dni [One Million Tomorrows - pl]
- Автор: Шоу Боб
- Год: 1987
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Malgorzata Grabowska
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Milion nowych dni [One Million Tomorrows - pl]». Краткое содержание книги:
Wlokące się sekundy zmusiły go do wyciągnięcia nieuchronnego wniosku, że jeśli będzie tak leżał nieruchomo i czekał, aż zostanie odkryty, to nie przeżyje tej nocy. Kilka razy odrzucał myśl o zaatakowaniu Gwynne’a, lecz wciąż wracała z tępym uporem, niemalże groźniejszym niż sam laser. W końcu uniósł twarz znad metalowej podłogi i odkrył, że w górze widać nikły wzór świetlików dachowych. Dla sprawdzenia wzroku rozejrzał się wokoło. Przez szyby nad jego głową sączyła się zielonkawa poświata, którą zobaczył dopiero, kiedy oczy przywykły mu do otoczenia. Stopniowo wyłowi wzrokiem skomplikowane zarysy maszyn i silosów, połączone mgliście ze słabiej widocznymi konturami pomostów, poręczy, dźwigarów i powyginanych rur. Czy w silosach znalazłby coś, co nadawałoby się na broń?
Zaczekał na następny wysłany na próbę błysk światła z dołu. Błysnęło bliżej, ale wykorzystał jego rozszczepione refleksy, żeby zajrzeć do znajdujące go się w zasięgu ręki ziejącego pojemnika. Miał on chyba ze dwa metry głębokości i do połowy wypełniały go jakieś połyskliwe bańki wielkości pięści. Widział je, migoczące jak bledziutkie gwiazdy, nawet po zgaśnięciu światła latarki. Chwilowo zdezorientowany przyglądał się im, aż z pokładów pamięci wypłynął zwrot użyty przez Gwynne’a we wcześniejszej rozmowie: „przedsiębiorstwo o nazwie Idealnie Gładkie Łożyska” Łożyska! Bańki w dole były kulami z litego metalu!
Ogarnięty nagle przekorną nadzieją przysunął się bliżej krawędzi pojemnika. Z takiej kuli wielkości pomarańczy byłaby nie najgorsza broń. Lewą ręką uchwycił się prętu poręczy, a prawą sięgnął w dół do pojemnika, aż dotknął chłodnych kuł. Zacisnął palce na jednej z nich, ale natychmiast mu się wyśliznęła. Spróbował jeszcze raz, chwytając mocniej, ale kula wymknęła mu się jak poprzednio. Zderzyła się z innymi głośno, z wielokrotnym trzaskiem, i z dołu od razu wystrzeliło badawcze światło latarki, obrysowując poręcz nad nim zimną poświatą.
Carewe zdał sobie sprawę, że popełnił straszliwy błąd. Bańki, których chciał użyć jako broni, nie były zwykłymi metalowymi kulami. Tradycyjne łożyska zostały wyparte dziesiątki lat temu przez nowoczesną odmianę o powierzchni tak gładkiej, że aż całkowicie pozbawionej tarcia, zbudowanej ze spolaryzowanych poprzecznie cząsteczek. Jeśli nic nie przytrzymywało takiej kuli z boków, to przy naciśnięciu wypryskiwała z rąk jak pestka. Łożyska te znajdowały wiele zastosowań w technice, gdzie były niezastąpione, ale zupełnie nie nadawały się na miotane ręcznie pociski. A niczym innym nie dysponował.
Wstrzymując oddech, Carewe wsunął palce pod inną kulę, zakrzywił je w kształt koszyczka i uniósł w górę. Kiedy jego dłoń znalazła się na wysokości twarzy, musiał zmienić pozycję ciała, a wtedy ciężka kula odskoczyła jak żywa, spiesząc do swoich towarzyszek. Zaklekotała w silosie i wtedy poręcz przeciął rubinowy miecz lasera, obsypując plecy Carewe’a kropelkami rozżarzonego do białości metalu. Carewe zacisnął zęby i ponowił próbę. Tym razem udało mu się unieść kulę jednym nieprzerwanym ruchem w chwili, kiedy na szczycie schodów pojawił się Gwynne. Carewe przeniósł kulę w bok i jęknął z rozpaczy, bo wymknęła mu się z ręki na pomost i potoczyła lekko i sprężyście.
Zaskoczony Gwynne skierował światło na kulę, która mknęła w jego stronę wyraźnie nabierając szybkości. Carewe puścił się za nią. Przez mgnienie oślepiające światło latarki świeciło mu w twarz, a potem runął na Gwynne’a. Próbował go powalić, ale niski detektyw stawiał mu opór z desperacką siłą, wiec odbijali się od poręczy do poręczy na całej długości pomostu. Carewe kwilił ze strachu wiedząc, że Gwynne nie wypuścił lasera z ręki. Poczuł, że przeciwnik-stara się skierować broń na niego, i wszystkie mięśnie ciała naraz pobudziła mu ślepa energia.
Przelecieli obaj przez poręcz i runęli w dół do jednego z pojemników. Przez chwilę Carewe miał wrażenie, że zanurza się w zimnej wodzie, u potem zorientował się, że znajduje się w silosie wypełnionym drobniutkimi kulkami do łożysk. Nie uznające zjawiska tarcia malutkie metalowe kuleczki stawiały mniejszy opór niż woda, więc opadł od razu na dno. Kulki zaatakowały mu usta jak chmara rozjuszonych owadów. Czuł, jak ochoczo postukują mu o zęby i wlewają się strumieniem do żołądka — metalowe gryzonie dążące pod wpływem siły ciężkości do najniższego punktu w pojemniku, w którym się znalazły. Było im obojętne, że dostępnymi dla nich pojemnikami są w tej chwili jego żołądek i płuca.
Zamykając usta, wyprostował się z trudem i wynurzył głowę na powietrze. Wypluł kuleczki z ust, ale wargi miał tuż nad powierzchnią i nowa fala zalała mu brodę, wypełniając usta metalowym rojem. Każda próba wyplucia go musiała się skończyć kolejnym napływem kulek. Przełknął je spazmatycznie ze śliną i oddychając przez zaciśnięte zęby przedostał się do ściany silosu. Nie opodal biegła barierka. Chwycił ją, pokrzepiony, podciągnął się na pomost, i na leżąco zwymiotował. Dopiero po zwróceniu wszystkich co do jednej diabelskich kulek z żołądka, przypomniał sobie o Gwynnie. Detektyw, sięgający mu do ramienia, nie był w stanie wystawić głowy ponad powierzchnię kulek. Carewe zajrzał do silosu, ale nic się w nim nie poruszało.
Gwynne albo… — szukał właściwego słowa — utonął, albo leżał żywy na dnie zbiornika. Myśl, żeby umyślnie zanurzyć głowę w srebrzystym „płynie”, napełniła Carewe’a przerażeniem, niewykluczone jednak, że detektyw mógł żyć jeszcze dłuższy czas, oddychając powietrzem przesączającym się między kulkami, i pozostawienie go tam było nie do pomyślenia. Spuszczał właśnie nogi przez krawędź silosu, kiedy w środku zaszła zmiana. Równa połyskliwa powierzchnia rozjarzyła się od spodu pięknym purpurowym światłem. Wyglądało to tak, jakby miliony stalowych kulek przemieniły się w rubiny oświetlone przez chwilę blaskiem słońca.
Światło nagle zgasło i Carewe, który właśnie opuszczał się do silosu, zamarł w bezruchu. Gwynne nacisnął spust lasera, to pewne. Ale czy niechcący? Środek zbiornika rozjarzył się ponownie, ale tym razem w jednym punkcie, przybierając kolor rozżarzonego metalu. Carewe poczuł na twarzy żar, a potem w nozdrzach zapach przypalonej stali i czegoś jeszcze.
Dławiąc się i dusząc, podpełzł do wąskich schodów prowadzących na parter. Na dole uświadomił sobie, że w spodniach i butach ma pełno kulek uwierających go przy chodzeniu. Usiadł, zdjął buty i wysypał z nich stalowe kuleczki przysłuchując się z roztargnieniem, jak zmykają wyzwolone, tocząc się po niedostrzegalnych pochyłościach podłogi. Gwynne zginął!!! Z miliona nowych dni, które według Osmana stanowiły przyrodzone prawo każdego człowieka, nie zostało mu nic, nic! Przestał być człowiekiem, detektywem, wrogiem. Przestał istnieć. Smutek i zaskoczenie, jakie odczuwa nieśmiertelny w zetknięciu ze śmiercią, utrudniły Carewe’owi oddychanie. Potrząsnął głową, miotając gorzkie przekleństwa w obojętną ciemność, a potem otrzeźwiał i zabrał się stanowczo do usuwania reszty kulek. Musiał w tym celu zdjąć całe ubranie i wywrócić je na drugą stronę. Zajmując się tym, odkrył dalsze stalowe kulki pod językiem i w głębi nosa. Dmuchał i pluł, a potem poczuł coś dziwnego w oczach. Kiedy nacisnął dookoła powieki, z oczodołów wyskoczyły kulki i ześliznęły się po policzkach.
Upłynęło dziesięć minut, nim się ubrał i dotarł do drzwi, przez które z Gwynne’em weszli do fabryki. Poszedł do bolidu detektywa, a kiedy przypomniał sobie, że nie ma kluczyka do zapłonu, ruszył na piechotę przez sterylnie puste ulice, próbując w myślach odtworzyć trasę, którą tu przyjechali. Wypadki tej nocy sparaliżowały mu umysł, ale kilka wniosków nasuwało się nieodparcie.