Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #2
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
Szlak był pusty. Wznosił się łagodnie wśród skał i niewielkich, osypujących się wzgórz. Drzewa rosły tu rzadko, więcej było krzaków o twardych, drobnych liściach i białych niczym popiół gałęziach, najeżonych wielkimi cierniami.
Nie było nikogo, tylko nasza dwukółka, ptaki krążące po niebie, słońce i rudy pył drogi.
— Co się wydarzyło na moście? — zapytałem. Wydawało mi się, że nie mówiłem normalnie od wieków.
Odpowiedziało mi milczenie. Istota na wózku patrzyła przed siebie, jakbym nie istniał.
Przejechaliśmy jeszcze parę kroków.
— Chcę wiedzieć, co zdarzyło się wczoraj w nocy i dziś na moście — powtórzyłem głośniej.
Nic.
Wrzuciłem tyczkę na wóz. Brus uniósł się na poduszkach jakby z oburzeniem i odwrócił ku mnie lśniącą, owadzią maskę.
— Daj mi wody! — rzuciłem.
Maska lśniła niczym lustro, w szczelinach czaił się mrok.
— Za blisko, by gasić pragnienie — zganił mnie surowo. Słowa wymawiał normalnie, nie z nadętym zaśpiewem Mowy Jedności, ale tak zbudował zdanie.
Poszedłem na tył wozu i sięgnąłem po kij szpiega, jednym ruchem obróciłem pierścień, pociągnąłem za udającą drewno rękojeść. Lśniące ostrze zasyczało jak wściekły wąż, wyślizgując się ze swojego leża, zalśniło w słońcu. Spojrzałem na broń w swoim ręku i nagle znowu poczułem się człowiekiem. W kireneńskiej poezji miecz nazywano czasem „odwracaczem losu".
— Daj mi wody, synu Piołunnika — powiedziałem ostro. — I unieś tę maskę. Chcę ujrzeć twoją twarz. Natychmiast! Woda i maska, bo przysięgam, że za chwilę będziesz martwy.
Patrzył na mnie zza maski, klęcząc nieruchomo na skórzanych poduszkach, chyba nie rozumiał, co mówię.
— Agira, askaro! — warknąłem nagle po kireneńsku. „To rozkaz, żołnierzu!" Wzdrygnął się, jakbym go dźgnął. Obaj nie słyszeliśmy dźwięków własnej mowy od niepamiętnych czasów. Nawet w pałacu używano jej tylko od święta.
— Agira! — powtórzyłem odrobinę głośniej, ale jeszcze bardziej stanowczym tonem, którego używali dowódcy. Nie krzykiem. Nie jak dziesiętnik w obozie piechoty. Jak zirytowany niesubordynacją cesarz.
— Kano! Słucham! — szczeknął nagle zza maski i podniósł ją.
A pod spodem ujrzałem twarz szaleńca. Brus był blady, zlany potem, o lśniących oczach, jakby trawiła go gorączka. Patrzył na mnie nieprzytomnie, z idiotycznym, nerwowym uśmiechem błąkającym się na ustach, cała jego twarz drgała, wyglądał, jakby miał wybuchnąć rechotem albo płaczem.
Zacisnąłem spoconą dłoń na drewnie rękojeści.
— Iszida tarai no! Z wozu! — wycedziłem. Zeskoczył na drogę, patrząc na mnie tym dzikim wzrokiem, z obliczem wykręcającym się w dziwacznych grymasach. Miałem wrażenie, że zamieszkał w nim demon, który usiłuje wydostać się na zewnątrz.
Byłem pewien, że za moment rzuci się na mnie. Czułem, jakbym stał przed wielkim, bojowym leopardem, który nagle oszalał. Dlatego nie zmieniłem postawy, nie uniosłem miecza. Gdybym przyjął bojową pozę, Brus poczułby, że się boję. Stałem więc wyprostowany, patrząc na niego władczo.
Trwaliśmy tak przez chwilę, mierząc się wzrokiem. Pozwoliłem, by na moją twarz wypłynął wyraz hamowanej wściekłości, i uniosłem lekko miecz. Nie jak do walki, ale tak, jak gdyby był kijem, którym chcę skarcić psa.
Brus zaczął dygotać, jakby przechodziły go dreszcze. Odpiął paski, zdjął maskę i upuścił ją na ziemię.
A potem runął na kolana, wbijając pięści w rudy pył drogi, i pochylił głowę.
— Agiru Kano! Kodai massa, tohimon! Jestem posłuszny, proszę o wybaczenie!
Mówił po kireneńsku dziwnie, jakby słowa nie chciały mu się przecisnąć przez gardło, ale ukłon, który mi składał, był amitrajski. Poddańczy. Daleki od godności kireneńskich obyczajów wojskowych. Uniósł twarz, ukazując szeroki, kretyński uśmiech, lecz w oczach miał rozpacz.
— Matagei. Dosyć — rzekłem. Tylko tego brakowało, by ktoś nadszedł i zobaczył kapłana bijącego korne pokłony adeptowi. Staliśmy na szlaku, wciąż niedaleko przeklętej osady.
— Podaj mi wodę — powiedziałem spokojniej. Wstał, sięgnął do wozu i wydobył bukłak. Wypiłem kilka łyków, po czym oddałem Brusowi worek i kazałem pić. Wątpiłem, by zimny płyn wystarczył, żeby go ocucić. To, co się działo z moim przybocznym, było przerażające. Oszalał albo zżerała go choroba. Nie miałem pojęcia, co dalej robić. Wokół ranki na jego ramieniu rozlała się paskudna, purpurowa opuchlizna wielkości złotego dirhama.
— Co ci jest? — zapytałem. Brus nadal dygotał, pijąc wielkimi łykami. — Czy to ukąszenie?
Potrząsnął głową.
— Nie... Tak... Nie jest wiadome... Wybacz, tohimonie. W takiej sytuacji myśli się dawną mową. Trudno mówić normalnie. Proszę o wybaczenie... Agiru kano...
Niedobrze.
— Właź na wóz — powiedziałem. — Musimy jechać dalej, aż znajdziemy odludne miejsce, żeby pozbyć się przebrania tych przeklętych kapłanów. Najlepiej idź spać. Nie zakładaj maski, ale miej ją pod ręką, na wypadek gdybyśmy kogoś spotkali.
Wgramolił się posłusznie na dwukółkę i usiadł na poduszkach pod wielkim, płaskim parasolem.
Dźgnąłem osły trzciną i ruszyliśmy znów.
Droga była pusta. Nikogo ani tam, gdzie zmierzaliśmy, ani za nami. Do tego jednak, żeby pozbyć się wozu, musieliśmy odjechać znacznie dalej.
Szlak wił się przez skaliste pustkowie, nad brzegiem rzeki pieniącej się i ciskającej wśród kamieni. Na rozpalonym niebie krążyły ptaki, muchy pchały się do ust i oczu, obsiadały szerokie grzbiety onagerów.
Brus osunął się w końcu na poduszki i zasnął. Uznałem, że tak jest lepiej. Wciąż miał bladą, spopielała twarz i przenikały go dreszcze.
Szedłem więc sam.
Po jakimś czasie upał dał mi się we znaki i rozbolały mnie nogi. Niewiele spałem zeszłej nocy, a strach zżera siłę człowieka nie gorzej niż ciężka harówka. Wlazłem więc na kozła i jechałem wcale wygodnie, jedząc miodowe śliwy z kosza i starając się jedynie nie zasnąć.
Nie potrafiłbym wyjaśnić, co mi się nie spodobało.
Droga biegła tak samo jak przedtem. Krajobraz był również taki sam. Skały, cierniste krzewy, rudy pył traktu i kępy wąskiej trawy.
Hucząca wściekle rzeka w dole.
To samo.
A jednak czułem niepokój i nie wiedziałem, dlaczego. Może to kompletnie pusty szlak, którym jeszcze wczoraj ciągnęły dziesiątki uchodźców? Może nie podobały mi się skały otulające drogę na zakręcie? Trasa przechodziła pomiędzy dwoma skalnymi grzbietami, a potem prowadziła wzdłuż przepaści, mając z jednej strony najeżony głazami stromy brzeg rzeki, a drugiej wysoką jak drzewo skalną ścianę. Idealne miejsce na zasadzkę.
Tak właśnie pomyślałem, nagle mając wrażenie, że coś ścisnęło mnie za gardło.
Zszedłem z kozła i znów wędrowałem obok wozu, rozglądając się czujnie, ale było cicho i spokojnie.
Za cicho i za spokojnie.
Słońce prażyło ogłupiająco moją pokaleczoną i niechlujnie ogoloną głowę, bzyczały muchy, szumiała rzeka, w powietrzu wisiał niewielki ptak, bijąc skrzydłami i zanosząc się monotonnym, srebrzystym trelem. Co chwila pikował w dół, by znowu poderwać się i zawisnąć wysoko, wyśpiewując swoją piosenkę.
Zwolniłem kroku.
Ten ptaszek to miodunka. Zawsze tak robi, kiedy chce odstraszyć napastnika od swoich młodych. Być może do jej umieszczonego w szczelinie między skałami gniazda zakradał się lisiec. Albo jadowita jaszczurka.