Oko czasu [Time's Eye - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М., Кларк Артур Чарльз
- Серия: Odyseja czasu #1
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Vis-
- ISBN: 978-83-61516-00-2
- Переводчик: Stefan Baranowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Oko czasu [Time's Eye - pl]». Краткое содержание книги:
Po porażce nad Beas Król nadal miał jedną wielką ambicję. Znajdując się wciąż w głębi Indii, zbudował ogromną flotę, która miała żeglować korytem Indusu, a potem wzdłuż brzegów Zatoki Perskiej, ustanawiając nowy szlak handlowy, który mógłby przyczynić się do jeszcze silniejszego zjednoczenia imperium. Podzielił swe siły: Hefajstion miał poprowadzić flotę do ujścia delty, a za nim pociągnęłaby kolumna niosąca ekwipunek i cenne królewskie słonie; Eumenes i jego ludzie już podróżowali z tą flotą. Sam Król został, by prowadzić walkę z buntowniczymi plemionami w nowej indyjskiej prowincji.
Wszystko szło dobrze, dopóki Król nie podjął walki z ludem zwanym Malloi i nie zaatakował ich twierdzy w Multan. Król, jak zwykle śmiało, sam poprowadził atak, ale został trafiony strzałą w pierś. Ostatni meldunek, jaki otrzymał Hefajstion, mówił, że ranny Król miał być umieszczony na statku i przewieziony drogą wodną, ażeby dołączyć do reszty swej floty, natomiast armia miała przybyć później.
Ale to było wiele dni temu. Wydawało się, jakby znajdująca się w górze rzeki armia, która podbiła świat, całkowicie zniknęła. A na niebie pojawiły się liczne, niewyobrażalnie dziwne znaki; niektórzy mruczeli, że widzieli, jak słońce przeskakuje na niebie. Takie dziwne znaki mogły tylko zwiastować wielkie i okropne zdarzenie, a cóż innego mogło to być, jak nie śmierć boga-króla? Eumenes bardziej wierzył twardym faktom niż wszelkim znakom, ale trudno mu było rozszyfrować te informacje, czy raczej ich brak i jego niepokój stale rósł.
Jednakże nieubłagana konieczność administrowania wojskiem umożliwiała oderwanie się od tej niepewnej sytuacji. Eumenes i Hefajstion musieli się zajmować kontrowersyjnymi sprawami, których nie udało się rozwiązać urzędnikom niższego szczebla. Dzisiaj zabrali się do wyjaśnienia sprawy dowódcy dywizji pieszych, który przyłapawszy swą ulubioną prostytutkę w łóżku innego oficera, obciął mu nos sztyletem.
— To paskudna sprawa — powiedział Eumenes — i stanowi bardzo zły przykład.
— To jest bardziej skomplikowane. To czyn karygodny. — Tak też było; takie oszpecenie, na mocy rozkazu Króla, miało być odstraszającym przykładem dla zabójcy pokonanego Dariusza, Wielkiego Króla Persji. — Znam tych ludzi — ciągnął Hefajstion. — Krąży pogłoska, że byli także kochankami! Ta dziewczyna weszła między nich, może mając nadzieję, że jej się opłaci, jeśli napuści jednego z nich na drugiego. — Potarł swój wielki nos. — A, nawiasem mówiąc, kim jest ta dziewczyna?
To było dobre pytanie. Dla członków pełnych urazy pokonanych ludów nie było rzeczą niemożliwą przeniknąć do struktury dowodzenia królewskiej armii, aby wyrządzić tam jak najwięcej szkody. Eumenes przerzucił zwoje dokumentów.
Ale zanim zdołał znaleźć odpowiedź, majordomus Hefajstiona wpadł zaaferowany do środka.
— Panie! Musisz przyjść… Najdziwniejsza rzesz, najdziwniejsi ludzie…
Hefajstion warknął:
— Czy to wiadomości o Królu?
— Nie wiem, panie. Och, chodź, chodź!
Hefajstion i Eumenes spojrzeli po sobie. Potem zerwali się na równe nogi, przewracając stół z leżącymi na nim zwojami i pośpieszyli na zewnątrz. Po drodze Hefajstion chwycił miecz.
Bisesę i de Morgana zaprowadzono do grupy bardziej okazałych namiotów, które wszakże były nie mniej ubłocone niż pozostałe. U wejścia stali strażnicy o groźnym wyglądzie, uzbrojeni we włócznie i miecze, spoglądając na nich gniewnie. Żołnierz eskortujący Bisesę zrobił krok w przód i zaczął szybko trajkotać po grecku. Jeden ze strażników szorstko skinął głową, wszedł do pierwszego namiotu i coś powiedział do kogoś znajdującego się w środku.
De Morgan był spięty, podenerwowany, podniecony. Był to stan, jak już wiedziała Bisesa, gdy wietrzył jakąś okazję. Ona sama próbowała zachować spokój.
Z namiotu wysypało się więcej strażników w nieznacznie różniących się uniformach. Otoczyli Bisesę i pozostałych z mieczami wymierzonymi w brzuchy przybyłych. Potem ukazały się dwie postacie, najwyraźniej ludzie wyżsi rangą; mieli na sobie tuniki o wyglądzie wojskowym i peleryny, ale ich szaty były czyste. Jeden z nich, młodszy wiekiem, przepchnął się przez strażników. Miał szeroką twarz, długi nos i krótkie czarne włosy. Zmierzył ich wzrokiem i przyjrzał się badawczo ich twarzom, podobnie jak jego żołnierze był niższy od przybyłych. Bisesie wydał się spięty i niezadowolony, ale język jego ciała był tak dziwny, że trudno było mieć pewność.
Stanął przed de Morganem i krzyknął mu coś prosto w twarz. De Morgan struchlał, wzdrygnąwszy się pod wpływem deszczu śliny i coś wyjąkał w odpowiedzi.
Bisesa syknęła:
— Czego on chce?
De Morgan zmarszczył brwi, starając się skupić.
— Dowiedzieć się, kim jesteśmy… tak myślę. Ma silny akcent. Nazywa się Hefajstion. Poprosiłem go, żeby mówił wolniej. Powiedziałem, że mój grecki jest marny, tak jest rzeczywiście, to co powtarzałem jak papuga w Winchester, wcale tego nie przypominało.
Teraz wystąpił naprzód drugi z nich. Był wyraźnie starszy i łysy, jeśli nie liczyć srebrzystej siwizny, a twarz miał łagodniejszą, wąską — i bystrą, pomyślała Bisesa. Położył dłoń na ramieniu Hefajstiona i przemówił do de Morgana spokojniejszym głosem.
Twarz de Morgana rozjaśniła się.
— Och, dzięki Bogu — prawdziwy Grek! Jego język jest archaiczny, ale przynajmniej umie mówić jak należy, nie jak ci Macedończycy…
W ten sposób, za pośrednictwem podwójnego tłumaczenia de Morgana i starszego mężczyzny, który nazywał się Eumenes, Bisesa była w stanie zrozumieć, o co chodzi. Podała ich imiona i pokazała palcem w tył, na dolinę Indusu.
— Jesteśmy z grupą wojska — powiedziała. — Daleko w górze doliny…
— Jeżeli to prawda, powinniśmy się na was natknąć już przedtem — warknął Eumenes.
Nie wiedziała, co powiedzieć. Nic w jej dotychczasowym życiu nie przygotowało ją do takiego wydarzenia. Wszystko było dziwne, wszystko dotyczące tych ludzi z głębi czasu. Byli niscy, brudni, pełni wigoru, potężnie umięśnieni, wydawali się bliżsi zwierząt niż ludzi. Zastanawiała się, jak ona wygląda w ich oczach.
Eumenes zrobił krok w przód. Obszedł Bisesę dookoła, dotykając tkaniny jej ubioru. Jego palce zatrzymały się na dłużej koło kolby jej pistoletu i Bisesa zesztywniała, ale na szczęście zostawił ją w spokoju.
— Nie ma w tobie nic znajomego.
— Bo teraz wszystko jest inne. — Pokazała na niebo. — Musieliście to widzieć. Słońce, pogoda. Nic nie jest takie jak przedtem. Zabrano nas w podróż wbrew woli, nie rozumiemy tego. Tak jak i wy. A mimo to znaleźliśmy się razem. Może moglibyśmy sobie nawzajem pomóc.
Eumenes uśmiechnął się.
— Przez ostatnie sześć lat podróżowałem wraz z armią boga-króla przez rozmaite dziwne krainy i zdobywaliśmy wszystko, co napotkaliśmy. Bez względu na to, jaka dziwna siła zachwiała tym światem, wątpię, czy powinniśmy się jej obawiać…