Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Триллеры » Odwieczny Wróg
Odwieczny Wróg - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Odwieczny Wróg

Электронная книга - «Odwieczny Wróg». Краткое содержание книги:

Wydaje się rzeczą niemożliwą, by wszyscy mieszkańcy spokojnego kalifornijskiego miasteczka zniknęli niemal w jednej sekundzie podczas wykonywania codziennych zajęć. A jednak kiedy pewnego wrześniowego wieczoru Jenny Paige i jej młodsza siostra przyjeżdżają do Snowfield, w tej dopiero co tętniącej życiem miejscowości nie ma nikogo. Właściwie należałoby powiedzieć: nie ma żywego człowieka, bo oprócz nielicznych ludzkich zwłok, na których trudno dopatrzyć się śladów gwałtownej śmierci, jest tu ktoś jeszcze – niewidzialny, mądry i okrutny, rozkoszujący się własną potęgą. Odwieczny wróg ludzkości, pragnący dla niej tylko śmierci i zatracenia…
1 ... 32 33 34 35 36 37 38 39 40 ... 100
Перейти на страницу:

Była 23.15, niedziela. Noc wkraczała w godzinę duchów.

18

Londyn, Anglia

Kiedy w Kalifornii wybiła północ, w Londynie była ósma rano, poniedziałek.

Dzień zapowiadał się ponuro. Szare chmury rozpanoszyły się na niebie. Uporczywa, smętna mżawka siąpiła od brzasku. Mokre drzewa obwisały bezwładnie, jezdnie połyskiwały smutno, a każdy spieszący chodnikiem przechodzień wydawał się okryty czarnym parasolem.

W hotelu Churchill na Portman Square deszcz bił o okna, spływał strugami po szybach, zniekształcając widok z jadalni. Od czasu do czasu brylantowe rozbłyski piorunów rozjaśniały pokryte paciorkami deszczu szyby, rzucały krótkotrwałe, cieniste desenie na czystym białym obrusie.

Burt Sandler, przybyły w interesach z Nowego Jorku, siedział przy stoliku blisko okna, zachodząc w głowę, jak, na Boga, rozliczając koszta pobytu w Londynie, wytłumaczy rachunek za śniadanie. Jego gość zaczął od zamówienia butelki dobrego szampana: extra dry Mumma, za co przyjdzie słono zapłacić. Do szampana zażądał kawioru – szampan i kawior na śniadanie! – i dwóch rodzajów świeżych owoców. I dziadunio wyraźnie nie miał zamiaru na tym skończyć.

Doktor Timothy Flyte – obiekt zdumienia Sandlera – siedział po drugiej stronie stołu i studiował menu z dziecięcym zachwytem.

– I proszę jeszcze o wasze croissanty – odezwał się do kelnera.

– Służę, sir – powiedział kelner.

– Czy aby są dość kruche?

– Tak, sir. Bardzo.

– Och, znakomicie. I jajka. Dwa śliczne jajeczka. Rzecz jasna, na miękko, jeśli łaska, z grzanką z masłem.

– Grzanka? – spytał kelner. – Oprócz dwóch croissantów, sir?

– Tak, tak – odpowiedział Flyte, poprawiając nieco wystrzępiony kołnierzyk białej koszuli. – I płatek bekonu z jajkami. Kelner zamrugał.

– Tak, sir.

W końcu Flyte podniósł wzrok na Sandlera.

– Czymże jest śniadanie bez jajek na bekonie?

– Życie bez jajek na bekonie to nie życie – zgodził się Burt Sandler, zmuszając się do uśmiechu.

– Wielce roztropne spostrzeżenie – z powagą stwierdził Flyte. Druciane okulary zsunęły mu się i tkwiły teraz na okrągłym czerwonym czubku nosa. Drugim, cienkim palcem popchnął je na stosowne miejsce.

Sandler zauważył, że mostek w okularach złamał się i został zlutowany. Reperacji dokonano tak po amatorsku, że podejrzewał, iż Flyte z oszczędności wykonał ją sam.

– Czy macie dobre parówki wieprzowe? – dopytywał Flyte kelnera. – Tylko szczerze. Odeślę je natychmiast z powrotem, jeśli nie okażą się najwyższej jakości.

– Nasze parówki są całkiem niezłe – powiedział kelner. – Sam mam do nich słabość.

– A więc parówki.

– To w miejsce bekonu, sir?

– Nie, nie, nie. Oprócz – zdecydował Flyte, jakby pytanie nie tylko było dziwne, ale i świadczyło o słabości umysłu kelnera.

Flyte miał pięćdziesiąt osiem lat, ale na oko można mu było dać dziesiątkę więcej. Siwe włosy ledwo zakrywały mu czubek głowy. Kilka wątłych kędziorków sterczało wokół dużych uszu, jak nastroszone prądem elektrycznym. Szyję miał chudą i pomarszczoną, wąskie ramiona, a w ogóle składał się głównie z kości i chrząstek. Istniały uzasadnione wątpliwości, czy zdoła zjeść wszystko, co zamówił.

– Słodkie ziemniaczki – zarządził.

– Znakomicie, sir – powiedział kelner, zapisując to w swym notatniku, w którym zostało już bardzo niewiele wolnego miejsca.

– Posiadacie jakieś godne uwagi ciastka? – badał dalej sytuację Flyte.

Kelner, wzór dobrych manier, w tych okolicznościach, nie czynił najmniejszej aluzji do zadziwiającej żarłoczności Flyte'a, spojrzał tylko na Burta Sandlera, jakby chciał powiedzieć: Czy pański dziadek cierpi na nieodwracalny uwiąd starczy, czy też mimo swego wieku uprawia biegi maratońskie i potrzebuje kalorii?

Sandler tylko się uśmiechnął.

Kelner odpowiedział Flyte'owi.

– Tak, sir, mamy kilka rodzajów ciastek. Doskonałe są…

– Przynieś cały zestaw. Na koniec posiłku, rzecz jasna.

– Proszę mi zaufać, sir.

– Dobrze. Bardzo dobrze. Znakomicie! – powiedział Flyte. Promieniał. W końcu, z pewnymi oporami, dał sobie odebrać menu.

Sandler prawie odetchnął z ulgą. Zamówił sok pomarańczowy, jajka na bekonie, grzankę. W tym czasie profesor Flyte manewrował przy klapie wyświechtanej niebieskiej marynarki, poprawiając mocno przywiędły goździk.

Kiedy Sandler skończył zamawiać, Flyte pochylił się do niego konspiracyjnie.

– Łyknie pan szampana, panie Sandler?

– Kieliszek, dwa nie zaszkodzi – zgodził się Sandler, licząc, że bąbelki rozjaśnią mu umysł i pomogą sformułować wiarygodne wytłumaczenie tej ekstrawagancji: prawdopodobną historyjkę, która przekona skąpego księgowego, nawet gdy weźmie rachunek pod mikroskop elektronowy.

Flyte spojrzał na kelnera.

– To lepiej zrobisz przynosząc dwie butelki.

Sandler, pociągający właśnie wodę z lodem, zakrztusił się.

Kelner odszedł, a Flyte wyjrzał przez spłukiwane deszczem okno.

– Obrzydliwa pogoda. Jesienią w Nowym Jorku jest tak samo?

– Deszcz nie jest rzadkością. Ale jesień potrafi być piękna.

– Tu też. Jednakże myślę, iż mamy więcej takich dni niż wy. Reputacja Londynu w kwestii dżdżu nie jest całkiem niezasłużona.

Dopóki nie podano kawioru i szampana, profesor nie dał się sprowadzić z błahych tematów, jakby się lękał, że Sandler szybko odwoła resztę zamówienia, kiedy załatwi interesy.

Postać z Dickensa, pomyślał Sandler.

Kiedy tylko wznieśli toasty, życząc sobie nawzajem powodzenia i popili mumma, Flyte powiedział:

– Więc przybył pan aż z Nowego Jorku, żeby się ze mną spotkać? – W oczach miał ogniki rozbawienia.

– Po prawdzie, żeby spotkać się z kilkoma pisarzami – odparł Sandler. – Robię taką wycieczkę raz w roku. Szperam poszukując gotowych książek. Brytyjscy pisarze są w Stanach popularni, zwłaszcza autorzy powieści sensacyjnych.

– McLean, Follet, Forsythe, Bagley, ta banda?

– Tak, niektórzy z nich są niezwykle popularni.

Kawior był boski. Ulegając namowom profesora, Sandler spróbował trochę z siekaną cebulką. Flyte ładował kopczyki na grzanki i zajadał bez dodatków.

– Ale nie szperam tylko w sensacjach – ciągnął Sandler. – Rozglądam się za różnymi książkami. Również za nieznanymi autorami. I czasem podsuwam temat, kiedy znajdę coś odpowiedniego dla danego autora.

– Mam wrażenie, że ma pan coś dla mnie.

– Pozwoli pan, że zacznę od tego, iż czytałem Odwiecznego wroga, kiedy został wydany, i zafascynował mnie.

– Zafascynował wielu ludzi. Ale większość doprowadził do furii.

– Słyszałem, że ta książka przyniosła panu wiele kłopotów.

– Dosłownie same kłopoty.

– Na przykład?

– Utraciłem moją pozycję w świecie akademickim piętnaście lat temu, w wieku czterdziestu trzech lat, kiedy większość ludzi z mego środowiska zapewnia sobie bezpieczną pracę do emerytury.

– Z powodu Odwiecznego wrogal

– Nie powiedzieli tego otwarcie. – Flyte wsadził sobie do ust odrobinę kawioru. – Okazaliby się zbyt ograniczeni. Administracja mojego college'u, głowa wydziału i większość szanownych kolegów wybrała pośrednie drogi ataku. Mój drogi panie Sandler, konkurencja wśród oszalałych na punkcie władzy polityków i godne Machiavellego zakulisowe rozgrywki młodszych administratorów wielkich korporacji to zero w porównaniu z bezwzględnością i zawziętością akademickich typków, którzy nagle dojrzeli szansę wdrapania się na wyższe szczeble drabiny uniwersyteckiej kosztem kogoś ze swego grona. Rozpuścili pogłoski pozbawione podstaw, skandaliczne bujdy o moich seksualnych upodobaniach, sugerowali, iż nawiązywałem poufałe, intymne stosunki z mymi studentkami. A nawet studentami. Żadna z tych potwarzy nie padła na forum, gdzie mógłbym ją odeprzeć. Tylko plotki, jadowite, szeptane za plecami. A otwarcie czyniono uprzejme sugestie o niekompetencji, przepracowaniu, wyczerpaniu umysłu. Uwolniono mnie od tego wszystkiego, tak to nazwali, choć ja sam do końca nie jestem -jeszcze od tego wszystkiego wolny. Osiemnaście miesięcy po opublikowaniu Odwiecznego wroga przestałem istnieć. I żaden inny uniwersytet nie chciał mnie zatrudnić, pozornie z powodu mej skandalicznej reputacji. Prawdziwa przyczyna to fakt, że moje teorie okazały się zbyt dziwaczne jak na akademickie gusta. Oskarżono mnie, że chcę zbić fortunę, schlebiając prostackim upodobaniom do pseudonauki i sensacji. I swoją pozycję, dorobek i tytuł miałem jakoby traktować jak towar.

1 ... 32 33 34 35 36 37 38 39 40 ... 100
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)