Bursztynowa Luneta
- Автор: Пулман Филип
- Серия: Mroczne Materie #3
- Язык: польский
- Переводчик: Danuta Gorska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bursztynowa Luneta». Краткое содержание книги:
Аннотация
Bursztynowa Luneta– Zabrać cię do ojca – wyjaśniła lady Salmakia. – Lord Asriel wysłał oddział pod dowództwem króla Ogunwe, żeby uratowali ciebie i chłopca i przywieźli was oboje do jego fortecy. Mieliśmy pomóc.
– Ach... ale załóżmy, że nie chcę jechać do ojca? Załóżmy, że mu nie ufam?
– Przykro mi to słyszeć – powiedziała Salmakia – ale takie mamy rozkazy: zabrać cię do niego.
Lyra nie mogła się powstrzymać: roześmiała się głośno na myśl, że ta dwójka mikrusów chce ją do czegoś zmusić. Ale popełniła błąd. Nagłym ruchem kobieta schwyciła Pantalaimona i trzymając jego mysie ciałko w okrutnym uścisku, dotknęła czubkiem ostrogi jego łapy. Lyra sapnęła: doznała wstrząsu jak wtedy, kiedy złapali go ludzie z Bolvangaru. Nikt nie powinien dotykać cudzego dajmona – to było jak gwałt.
Potem jednak zobaczyła, że Will złapał mężczyznę prawą ręką i podniósł wysoko, ściskając mocno za nogi, żeby kawaler nie mógł użyć ostróg.
– Znowu remis – stwierdziła spokojnie Salmakia. – Postaw kawalera na ziemi, chłopcze.
– Najpierw puść dajmona Lyry – zażądał Will. – Nie jestem w nastroju do kłótni.
Lyra spostrzegła z zimnym dreszczem, że Will gotów był roztrzaskać głowę kawalera o skały. Oboje Gallivespianie wiedzieli o tym.
Salmakia odsunęła stopę od łapy Pantalaimona, który natychmiast wyrwał się z jej uścisku i zmienił w żbika, syczącego groźnie, ze zjeżoną sierścią, chłoszczącego ogonem. Wyszczerzył zęby tuż przy twarzy Salmakii, która patrzyła na niego z całkowitym spokojem. Po chwili odwrócił się i w postaci gronostaja umknął na pierś Lyry, a Will ostrożnie postawił Tialysa z powrotem na skale, obok jego partnerki.
– Powinnaś okazać trochę szacunku – skarcił Lyrę kawaler. – Jesteś zuchwałą i bezmyślną smarkulą, a kilku dzielnych ludzi oddało dzisiaj życie za twoje bezpieczeństwo. Więc lepiej zachowuj się grzecznie.
– Dobrze – odparła pokornie. – Przepraszam, postaram się. Naprawdę.
– Co do ciebie... – podjął kawaler, zwracając się do Willa.
– Co do mnie – przerwał mu Will – nie zamierzam wysłuchiwać takiego gadania, więc nie wysilaj się. Szacunek dotyczy obu stron. Teraz posłuchaj uważnie. Nie wy tutaj dowodzicie, tylko my. Jeśli chcecie zostać i pomóc, macie nas słuchać. Inaczej wracajcie do Lorda Asriela. Koniec dyskusji.
Lyra widziała, że para ludzików się najeżyła, ale Tialys patrzył na dłoń Willa, spoczywającą na rękojeści noża. Na pewno myślał, że dopóki Will ma nóż, jest od nich silniejszy. Za wszelką cenę musieli przed nimi ukryć, że nóż został złamany.
– Więc dobrze – ustąpił kawaler. – Pomożemy wam, ponieważ takie otrzymaliśmy zadanie. Ale musicie nam powiedzieć, co zamierzacie.
– Słusznie – zgodził się Will. – Powiem wam. Jak tylko odpoczniemy, wracamy do świata Lyry i poszukamy naszego przyjaciela, niedźwiedzia. On jest niedaleko.
– Niedźwiedź w pancerzu? – zapytała Salmakia. – Widzieliśmy, jak walczył. Dobrze, pomożemy wam go znaleźć. Ale potem musicie pojechać z nami do Lorda Asriela.
– Tak – zapewniła Lyra, kłamiąc jak z nut – o tak, wtedy z wami pojedziemy.
Pantalaimon już się uspokoił i okazywał ciekawość, więc pozwoliła mu wspiąć się na ramię i dokonać przemiany. Zmienił się w ważkę, równie dużą jak tamte dwie należące do Gallivespian, i śmignął w powietrze, żeby przyłączyć się do nich.
– Ta trucizna – zwróciła się Lyra do małych ludzi – w waszych ostrogach, czy jest śmiertelna? Ukłuliście moją matkę, panią Coulter. Czy ona przeżyje?
– To było lekkie ukłucie – wyjaśnił Tialys. – Pełna dawka by ją zabiła, owszem, ale takie draśnięcie wywoła tylko osłabienie i senność przez jakieś pół dnia.
I potworne bóle, ale tego jej nie powiedział.
─ Muszę porozmawiać z Lyra na osobności – oznajmił Will. – Odejdziemy na chwilę.
─ Tym nożem – zauważył kawaler – możesz wyciąć przejście z jednego świata do drugiego, prawda?
– Nie ufasz mi?
– Nie.
– No dobrze, więc go tutaj zostawię. Czego nie mam, tego nie użyję.
Odpiął pochwę od pasa i położył na skale, a potem odeszli z Lyra i usiedli tam, skąd widzieli Gallivespian. Tialys uważnie oglądał rękojeść, ale nie dotykał noża.
– Musimy jakoś z nimi wytrzymać – powiedział Will. – Jak tylko naprawię nóż, uciekniemy.
– Oni są tacy szybcy – ostrzegła Lyra. – Wcale nie będą się przejmować, tylko cię zabiją.
– Mam nadzieję, że Iorek go naprawi. Nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo go potrzebujemy.
– Naprawi – obiecała z przekonaniem.
Patrzyła, jak Pantalaimon śmigał i nurkował w powietrzu, chwytając maleńkie ćmy jak pozostałe dwie ważki. Nie odlatywał tak daleko jak one, ale był równie szybki i jeszcze jaskrawiej ubarwiony. Lyra uniosła rękę, a on usiadł na dłoni. Jego długie przejrzyste skrzydełka wibrowały.
– Myślisz, że możemy przy nich bezpiecznie spać? – zapytał Will.
– Tak. Są groźni, ale chyba uczciwi.
Wrócili do skały.
– Teraz kładę się spać. Rano ruszymy – powiedział Will.
Kawaler kiwnął głową, a Will zwinął się w kłębek i natychmiast zasnął.
Lyra usiadła obok niego, z ciepłym Pantalaimonem-kotem na kolanach. Jakie Will miał szczęście, że teraz nie spała i mogła go pilnować! Naprawdę był nieustraszony i niezmiernie go za to podziwiała; ale nie potrafił dobrze kłamać, zdradzać i oszukiwać, co jej przychodziło naturalnie jak oddychanie. Na tę myśl poczuła się przyjemnie cnotliwa, ponieważ robiła to dla Willa, nigdy dla siebie.
Zamierzała znowu zerknąć na aletheiometr, ale ku własnemu zdumieniu poczuła takie zmęczenie, jakby przez ten cały czas w jaskini nie zmrużyła oka. Położyła się obok i zamknęła oczy – tylko na krótką drzemkę, jak sobie obiecała, zanim zapadła w sen.
14. Poznaj to, o co prosisz