Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 32 33 34 35 36 37 38 39 40 ... 210
Перейти на страницу:

— A nie je­ste­śmy już dość bli­sko, byś zro­bił to swo­imi cza­ra­mi?

Nur po­tra­fił cza­sem za­dać cel­ne py­ta­nie. Bo­re­hed uśmiech­nął się na­gle sze­ro­ko, zło­śli­wie.

— I mam zwró­cić uwa­gę któ­rejś z wal­czą­cych tu po­tęg? Tego chcesz, czło­wie­ku? By Pani Lodu uzna­ła nas za zbyt cie­kaw­skie mu­chy i dała prztycz­ka zim­nym pal­cem? Albo le­piej, by wy­ła­do­wa­ła na nas całą swo­ją złość i grzmot­nę­ła pię­ścią? Patrz.

Sza­man pod­wi­nął rę­kaw i pod­su­nął im pod nosy lewe przed­ra­mię. Jed­na z jego licz­nych blizn spra­wia­ła wra­że­nie, jak­by pę­kła od środ­ka. Świe­ża rana za­skle­pi­ła się już, ale czer­wo­na prę­ga wy­glą­da­ła pa­skud­nie.

— Du­chy, któ­re tu wy­sła­łem, zni­kły. Nie zgi­nę­ły i nie uwol­ni­ły się, lecz zni­kły. Jak­bym wrzu­cił garść pu­chu w ogień. Łań­cu­chy, któ­ry­mi je przy­ku­łem do sie­bie, wy­rwa­no i wierz mi, było to rów­nie bo­le­sne, jak za­war­cie z nimi pak­tu. I my­ślę, że nikt ich nie za­ata­ko­wał, zo­sta­ły uni­ce­stwio­ne mi­mo­cho­dem. Przy­pad­kiem. A wierz mi, to były na­praw­dę po­tęż­ne du­chy. Resz­tę trzy­mam więc bli­sko i uży­wam tyl­ko do tego, by i mnie nie spo­tkał taki sam los. Cza­imy się, kry­je­my, za­cie­ra­my śla­dy wła­snej obec­no­ści. Mu­si­my być jak świ­sta­ki pod­cho­dzą­ce do wal­czą­cych niedź­wie­dzi. Mu­si­my się za­kraść, zo­ba­czyć wszyst­ko na wła­sne oczy i uciec. Żad­nej ma­gii.

Ken­neth spoj­rzał na Bo­re­he­da. Sza­man był niż­szy od nie­go o gło­wę i chu­dy jak wilk, któ­re­mu od wie­lu dni nie wie­dzie się na po­lo­wa­niach, ale gdy uniósł wzrok i wle­pił w po­rucz­ni­ka spoj­rze­nie czar­nych źre­nic, ofi­cer zro­zu­miał, że nie ma mowy o żad­nych dys­ku­sjach. Na tym te­re­nie aher­ski cza­row­nik był u sie­bie w sen­sie za­rów­no do­słow­nym, jak i du­cho­wym. Tu­taj on do­wo­dził.

— Do­brze. Nur!

— Tak jest, pa­nie po­rucz­ni­ku.

— Prze­bie­gnij się do resz­ty i daj znać chło­pa­kom, żeby zje­dli coś i wy­pi­li, a po­tem przy­go­to­wa­li broń. — Ken­neth zer­k­nął na ścia­nę mgły. — Liny, haki do wspi­nacz­ki, cze­ka­ny też niech we­zmą. Resz­cie dzie­sięt­ni­ków po­wiedz, że za kwa­drans zro­bię krót­ką od­pra­wę. Jak tyl­ko roz­mó­wię się z do­wód­cą Szczu­rów i pan­ną One­lią.

— Roz­kaz.

Krę­py pod­ofi­cer po­truch­tał w kie­run­ku od­da­lo­nych o kil­ka­dzie­siąt jar­dów sań, od­pro­wa­dza­ny kpią­cym spoj­rze­niem sza­ma­na.

— No pa­trz­cie. Do­brze uło­żo­ny czło­wiek. Siad, wa­ruj, nie rusz. Musi być ła­two ta­ki­mi do­wo­dzić. Nasi wo­jow­ni­cy są przy nich jak sta­do wil­ków przy psach.

Ken­neth zi­gno­ro­wał za­czep­kę, wy­cią­gnął z sań kol­czu­gę i płaszcz, za­ło­żył je i do­pie­ro wte­dy spoj­rzał na Bo­re­he­da.

— I dla­te­go wil­ki gło­du­ją w gó­rach, żrąc ka­mie­nie i szysz­ki, a ty mu­sia­łeś że­brać o na­szą po­moc.

Sza­man wy­szcze­rzył się sze­ro­ko.

— He, he. Czy­li moż­na cię zi­ry­to­wać, czło­wie­ku. Ten tam — wska­zał na Nura — jesz­cze nie­daw­no ką­sał cię po rę­kach i szczał do wody, któ­rą pi­łeś, a te­raz ska­cze tak wy­so­ko, jak mu ka­żesz.

Ofi­cer wzru­szył ra­mio­na­mi. Bo­re­hed albo był bar­dzo do­myśl­ny, albo tra­fił strza­łą wy­pusz­czo­ną na oślep. Nie­waż­ne.

— Dys­cy­pli­na. Cier­pli­wość. Mój urok oso­bi­sty. Wy­bierz, co chcesz. Ale chy­ba nie po to nas tu ścią­gną­łeś, by po­ga­wę­dzić, jak za­ła­twia­my ta­kie rze­czy w Stra­ży, praw­da? — Prze­niósł wzrok na ścia­nę mgły za ple­ca­mi sza­ma­na. — To po­wi­nien być twój pro­blem.

Od­wró­cił się, igno­ru­jąc iro­nicz­ne prych­nię­cie ahe­ra, i ru­szył ku resz­cie sań, po raz ko­lej­ny od­pę­dza­jąc nie­przy­jem­ne my­śli, któ­re gnę­bi­ły go od kil­ku go­dzin. Znaj­do­wa­li się pięć­dzie­siąt mil od gór, co naj­mniej trzy­dzie­ści od brze­gu. Na peł­nym mo­rzu, któ­re o tej po­rze roku po­win­no już tań­czyć swo­bod­nie, uwol­nio­ne od bia­łe­go pan­ce­rza. Jak gru­bą po­kry­wę lodu mają pod sobą? Dzie­sięć stóp? Pięć? Trzy? Czy mniej? Pani Lodu mo­gła opóź­nić odej­ście zimy z tych te­re­nów, ale czy była wy­star­cza­ją­co po­tęż­na, by po­wstrzy­mać Bliź­nię­ta Mórz? Ta para Nie­śmier­tel­nych nie mia­ła zbyt wie­lu wy­znaw­ców w gó­rach, lecz opo­wie­ści o po­tę­dze ich gnie­wu do­cie­ra­ły i do We­ssyr­czy­ków. Z pew­no­ścią to, że ich do­mi­nium nie zo­sta­ło we wła­ści­wym cza­sie uwol­nio­ne spod wła­dzy An­day’yi, mu­sia­ło ich obu­rzyć. Czy jego lu­dzie wła­śnie pa­ko­wa­li się w kon­flikt po­mię­dzy bó­stwa­mi?

Jesz­cze raz rzu­cił okiem na le­żą­cą na lo­dzie chmu­rę. To nie było na­tu­ral­ne zja­wi­sko. Niech to ja­sny szlag! Gdy­by te szczu­rze wy­pierd­ki nie ba­wi­ły się w głu­pie pod­cho­dy, Szó­sta zwi­nę­ła­by obóz i zni­kła z prze­łę­czy, za­nim Bo­re­hed zło­żył im swo­ją pro­po­zy­cję nie do od­rzu­ce­nia.

Po­rucz­nik uśmiech­nął się pod no­sem. No, przy­naj­mniej wia­do­mo już, kto jest od­po­wie­dzial­ny za ba­gno, w któ­rym tkwią.

Cień tego uśmie­chu mu­siał mieć na twa­rzy, gdy pod­cho­dził do zgru­po­wa­nych nie­co z boku sań, któ­ry­mi przy­je­cha­ła dru­ży­na Szczu­rów, bo to Olag-hes-Brend ode­zwał się pierw­szy:

— To nie moja wina. Nie wie­dzia­łem, jak wy­glą­da­ją spra­wy po dru­giej stro­nie prze­łę­czy. Ani że ten cho­ler­ny sza­man zmu­si nas do przy­jaz­du tu­taj.

Ken­neth zbył go mach­nię­ciem ręki.

— Mo­głeś przy­być o świ­cie i prze­ka­zać nam roz­ka­zy, ale ko­niecz­nie chcia­łeś wje­chać do na­sze­go obo­zu peł­nym pę­dem i zro­bić ze straż­ni­ków dur­niów, co? Cze­ka­łeś więc, aż wyj­dzie­my z nor, za­cznie­my szy­ko­wać śnia­da­nie i w ogó­le za­pa­nu­je ogól­ne roz­przę­że­nie. Stra­ci­łeś przez to co naj­mniej dwie go­dzi­ny. I przez to wła­śnie je­ste­śmy tu­taj. Zresz­tą — wzru­szył ra­mio­na­mi — nie będę tra­cił cza­su na szu­ka­nie win­nych. Ale nie po­wo­łuj się na Bo­re­he­da, bo z tego, co wiem, Nora nie uspra­wie­dli­wia swo­ich lu­dzi z po­wo­du nie­wie­dzy. Po­sta­raj się o lep­szą wy­mów­kę, Szczu­rze. Wej­dzie­my w tę mgłę, spraw­dzi­my, co tam jest, i wró­ci­my do domu. Taki jest plan na te­raz. Oczy­wi­ście wszel­kie zmia­ny będą wy­ma­ga­ły im­pro­wi­za­cji, ale dla nas to nic no­we­go. Dla was pew­nie też.

Szczu­ry słu­cha­ły, zbi­te w po­nu­rą gro­mad­kę. Dwa­na­ście par oczu wpa­try­wa­ło się w nie­go ka­mien­nym wzro­kiem, a tyl­ko w spoj­rze­niu One­lii Um­bry po­rucz­nik do­strzegł coś, co chy­ba mógł uznać za odro­bi­nę roz­ba­wie­nia albo za­cie­ka­wie­nia. Zi­gno­ro­wał to. Dziew­czy­nę łą­czy­ła z Szó­stą sza­lo­na wę­drów­ka przez Mrok, za­koń­czo­na wy­do­sta­niem się z nie­go w środ­ku pola bi­twy. Z tego, co pa­mię­tał, nie była wte­dy zbyt po­moc­na. Jej udział ogra­ni­czał się do bez­myśl­ne­go wpa­try­wa­nia się w prze­strzeń i beł­ko­tu, więc miał na­dzie­ję, że przy­naj­mniej te­raz po­tra­fi o sie­bie za­dbać. Dla nie­go bar­dziej li­czy­ły się Szczu­ry.

1 ... 32 33 34 35 36 37 38 39 40 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)