Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
— Czy wróciła potem?
— Tak, ale po to, by wziąć małą szkatułkę z różanego drzewa ze swymi inicjałami.
— Czy przyniosła szkatułkę z powrotem?
— Nie.
— Czy pani de Lannoy wie, co się znajdowało w tej szkatułce?
— Tak, spinki diamentowe, które Jego Królewska Mość ofiarował królowej.
— Wróciła więc bez szkatułki?
— Tak.
— Pani de Lannoy sądzi, że królowa dała spinki księciu Buckinghamowi?
— Jest tego pewna.
— Jak to?
— W ciągu dnia pani de Lannoy (jest przecież damą z fraucymeru królowej) szukała tej szkatułki, zaniepokoiła się jej brakiem i wreszcie zapytała o nią królową.
— I co na to królowa?
— Królowa zaczerwieniła się mocno i odpowiedziała, że poprzedniego dnia złamała jedną ze spinek i posłała ją złotnikowi do naprawy.
— Trzeba pójść do niego i przekonać się, czy to prawda.
— Byłem już.
— I co złotnik?
— Złotnik nic o tym nie wie.
— Dobrze, doskonale! Rochefort, nie wszystko jeszcze stracone i być może... być może, sprawy ułożą się jak najlepiej.
— W samej rzeczy, nie wątpię, że geniusz Jego Eminencji...
— ...naprawi głupstwa, których narobił sługa.
— Właśnie to chciałem powiedzieć.
— A czy wiesz, gdzie ukrywają się księżna de Chevreuse i książę Buckingham?
— Nie. Wasza Dostojność, moi ludzie nie potrafili mi powiedzieć nic pewnego.
— Ale ja wiem.
— Wasza Eminencja wie?
— Tak, a przynajmniej przypuszczam, że jedno z nich ukrywało się przy ulicy Vaugirard 25, a drugie przy ulicy La Harpe 75.
— Czy Wasza Eminencja życzy sobie, bym ich aresztował?
— Za późno już, wyjadą.
— Wszystko jedno, można się upewnić.
— Weź dziesięciu ludzi z mojej gwardii i przeszukaj oba domy.
— Idę, Wasza Wysokość.
I Rochefort wyszedł z pokoju.
Gdy kardynał został sam, zastanowił się przez chwilę i zadzwonił po raz trzeci. Zjawił się ten sam oficer.
— Wprowadzić więźnia — rozkazał.
Imć Bonacieux znowu wszedł do pokoju; na znak kardynała oficer wyszedł.
— Oszukałeś mnie — rzekł surowo kardynał.
— Ja?! — zawołał Bonacieux. — Ja miałbym oszukać Waszą Eminencję!
— Twoja żona, idąc na ulicę Vaugirard i na ulicę La Harpe, nie udawała się do handlarzy płótnem.
— A do kogóż, mocny Boże?
— Do księżny de Chevreuse i do księcia Buckinghama.
— Tak — powiedział Bonacieux, przywołując wspomnienia — tak, Wasza Eminencja ma słuszność. Mówiłem wielokroć mojej żonie, że dosyć to osobliwe, iż kupcy mieszkają w domach nie mających szyldów, i za każdym razem żona wybuchała śmiechem. Ach, Wasza Dostojność — ciągnął Bonacieux rzucając się do stóp kardynała — zaiste jesteś kardynałem, wielkim kardynałem, którego cały świat podziwia.
Choć zwycięstwo odniesione nad istotą tak pospolitą nie było wielkim powodem do triumfu, kardynał cieszył się nim przez chwilę, za czym, jak gdyby nowa myśl przyszła mu do głowy, uśmiechnął się i rzekł wyciągając rękę do kramarza:
— Wstań, mój przyjacielu, jesteś zacnym człowiekiem.
— Kardynał dotknął mojej ręki! Dotknąłem ręki wielkiego człowieka! — zawołał Bonacieux. — Wielki człowiek nazwał mnie swym przyjacielem!
— Tak, przyjacielu, tak! — rzekł kardynał ojcowskim tonem, jaki przybierał niekiedy, zwodząc w ten sposób ludzi, którzy go nie znali — ponieważ jednak podejrzewano cię niesłusznie, należy ci się jakieś wynagrodzenie: proszę, weź tę sakiewkę ze stu pistolami i wybacz mi.
— Ja mam wybaczyć Waszej Dostojności! — wykrzyknął Bonacieux wahając się, czy wziąć sakiewkę, i obawiając się zapewne, że ten rzekomy dar jest tylko żartem. — Ależ Jego Eminencja ma prawo mnie uwięzić, torturować, powiesić: tyś jest panem i nie pisnąłbym słowa. Przebaczyć Waszej Dostojności! Mój Boże, to chyba żarty?
— Mój drogi panie Bonacieux, jesteś wielkoduszny, widzę to i dziękuję ci. Toteż weźmiesz tę sakiewkę i odejdziesz bez złej myśli?
— Odejdę zachwycony, Wasza Dostojność.
— Żegnaj więc lub raczej do widzenia, mam bowiem nadzieję, że zobaczymy się jeszcze.
— Kiedy tylko Wasza Eminencja zechce, jestem zawsze na jego rozkazy.
— Często, często, bądź tego pewien, z wielką bowiem przyjemnością rozmawiam z tobą.
— Och, Wasza Eminencjo!
— Do widzenia, panie Bonacieux, do widzenia.
I kardynał skinął ręką, na co Bonacieux odpowiedział ukłonem do ziemi; potem wyszedł tyłem i kiedy już był w przedpokoju, kardynał usłyszał, jak woła w uniesieniu na całe gardło: “Niech żyje Jego Dostojność! Niech żyje Jego Eminencja! Niech żyje wielki kardynał!” Kardynał słuchał z uśmiechem tego wybuchu entuzjastycznych uczuć pana Bonacieux; potem, kiedy okrzyki oddaliły się, powiedział:
— Wybornie, oto człowiek, który da się dla mnie zabić.
Następnie z największym skupieniem zabrał się do studiowania mapy La Rochelle, leżącej na stole, i nakreślił ołówkiem linię owej sławnej tamy, która w półtora roku później miała odciąć port od oblężonego miasta.
Kiedy kardynał był pogrążony w rozważaniach strategicznych, drzwi się otworzyły i wszedł Rochefort.
— I cóż? — rzekł żywo kardynał z szybkością, która dowodziła, jak wielką wagę przywiązywał do zadania powierzonego hrabiemu.
— Młoda kobieta w wieku lat dwudziestu siedmiu lub dwudziestu ośmiu i mężczyzna pomiędzy trzydziestym piątym a czterdziestym rokiem życia mieszkali w domach wskazanych przez Waszą Eminencję, kobieta cztery dni, mężczyzna pięć; ale ona wyjechała tej nocy, a on dziś rano.
— To oni! — zawołał kardynał patrząc na zegar. — Teraz jest już za późno, by puścić się za nimi w pogoń; księżna jest w Tours, a książę w Boulogne[*]. Trzeba ich szukać w Londynie.
— Jakie są rozkazy Waszej Eminencji?
— Ani słowa o tym, co się stało: niech królowa czuje się całkowicie bezpieczna; niechaj nie wie, że znamy jej tajemnicę; niech myśli, że chcemy wykryć zgoła inny spisek. Przyślij do mnie kanclerza Séguiera[*].
— A co Wasza Eminencja zrobił z tym człowiekiem?
— Z jakim człowiekiem? — zapytał kardynał.
— Z tym Bonacieux.
— Zrobiłem wszystko, co można było zrobić: uczyniłem zeń szpiega własnej żony.
Hrabia de Rochefort skłonił się z miną człowieka, który jest świadom wielkiej przewagi swego pana, i wyszedł.
Gdy kardynał pozostał sam, usiadł znowu, napisał list, który zapieczętował sygnetem, po czym zadzwonił. Oficer wszedł po raz czwarty.
— Zawołaj Vitraya[*] — rzekł — i powiedz mu, by był gotów do podróży.
W chwilę potem ten, kogo wezwano, stał przed kardynałem w podróżnych butach z ostrogami.
— Vitray — powiedział kardynał — pojedziesz natychmiast do Londynu. Nie zatrzymasz się ani na chwilę w drodze. Ten list oddasz Milady. Oto kwit na dwieście pistoli, udaj się do mego skarbnika i każ sobie wypłacić tę sumę. Tyle samo dostaniesz za powrotem, jeśli znajdziesz się tu za sześć dni i dobrze wypełnisz moje polecenie.
Wysłaniec ukłonił się, bez słowa wziął list oraz kwit na dwieście pistoli i wyszedł.
A oto co zawierał list:
Milady.
Proszę pójść na najbliższy bal, na którym będzie książę Buckingham. Przy kaftanie będzie miał dwanaście diamentowych spinek; niech pani podejdzie do niego i odetnie dwie. Gdy tylko zdobędziesz pani te spinki, daj mi znać.