Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
— Panie Bonacieux — rzekł komisarz patrząc na oskarżonego tak, jak gdyby jego małe oczy obdarzone były zdolnością czytania w głębi serc ludzkich — panie Bonacieux, pan ma żonę?
— Tak, panie — odparł kramarz drżąc na całym ciele i czując, że tu sprawa się gmatwa. — To znaczy, miałem żonę.
— Jak to miałeś? A co z nią zrobiłeś, skoro jej nie masz?
— Porwano mi ją, panie.
— Porwano? — rzekł komisarz. — Aha!
Bonacieux wyczuł z tego “aha”, że sprawa gmatwa się coraz bardziej.
— Porwano ją! — podjął komisarz. — A czy znasz człowieka, który dokonał tego gwałtu?
— Zdaje się, że go znam.
— Któż to taki!
— Panie komisarzu, nie twierdzę z pewnością, mogę jedynie podejrzewać.
— Kogóż podejrzewasz? Proszę, mów pan szczerze.
Pan Bonacieux znalazł się w największym kłopocie: czy ma wszystkiemu zaprzeczyć, czy wszystko powiedzieć? Gdyby zaprzeczył, naraziłby się na posądzenie, że wie znacznie więcej, niż mówi; gdyby powiedział wszystko, dałby dowód swej dobrej woli. Postanowił więc wszystko powiedzieć.
— Podejrzewam — rzekł — wysokiego bruneta o wyniosłej minie, który wygląda na wielkiego pana; wydało mi się, że śledził nas wielokrotnie, kiedy czekałem na żonę przy wejściu do Luwru, by zabrać ją do domu.
— A jego nazwisko? — powiedział.
— Nazwiska nie znam, ale zapewniam pana, że jeśli go kiedyś spotkam, rozpoznam natychmiast, nawet wśród tysiąca osób.
Komisarz zasępił się.
— Rozpoznasz go wśród tysiąca ludzi, powiadasz?
— To znaczy — podjął Bonacieux, który spostrzegł się, że obrał złą drogę — to znaczy...
— Powiedziałeś pan, że go rozpoznasz — rzekł komisarz. — Doskonale, dosyć na dzisiaj. Zanim przystąpimy do dalszych rozmów, trzeba uprzedzić kogoś, że znasz człowieka, który porwał twoją żonę.
— Przecież nie mówiłem panu, że go znam! — zawołał zrozpaczony Bonacieux. — Przeciwnie, powiedziałem...
— Wyprowadzić więźnia — rzekł komisarz do dwóch strażników.
— Gdzie mamy go umieścić? — zapytał pisarz.
— W lochu.
— W którym?
— Mój Boże, w pierwszym lepszym, jeśli tylko zamyka się dobrze — odparł komisarz z obojętnością, która przejęła zgrozą biednego Bonacieux.
— Biada mi, biada! — mówił do siebie — nieszczęście spadło na moją głowę, moja żona popełniła jakąś straszną zbrodnię; myślą, że jestem jej wspólnikiem, i zostanę ukarany z nią razem; będzie mówić, wyzna, że wszystko mi powiedziała, kobieta jest istotą tak słabą! Pierwszy lepszy loch, otóż to właśnie! Wkrótce minie noc; jutro czeka mnie koło lub szubienica! O, mój Boże, mój Boże, miej litość nade mną!
Dwaj strażnicy, nie słuchając lamentów pana Bonacieux (do lamentów byli zresztą przyzwyczajeni), wzięli więźnia pod ramiona i wyprowadzili go, podczas gdy komisarz pisał w pośpiechu list, na który czekał pisarz sądowy.
Bonacieux nie zmrużył oka, nie dlatego nawet, że w lochu było mu nazbyt niewygodnie, ale dlatego, że trapił go wielki niepokój. Przez całą noc siedział na ławeczce wzdrygając się przy najmniejszym szmerze, a kiedy pierwsze światło brzasku przedostało się do lochu, wydało mu się, że słońce wschodzi w żałobnych barwach.
Nagle usłyszał zgrzyt zamków i podskoczył z przestrachem. Sądził, że przyszli już po niego, by go zaprowadzić na szafot; toteż gdy zamiast kata ujrzał w drzwiach wczorajszych znajomych, komisarza i pisarza, gotów był rzucić się im na szyję.
— Pańska sprawa znacznie się skomplikowała od wczoraj, mój zacny panie — powiedział do niego komisarz — i radzę powiedzieć całą prawdę; jedynie skrucha może złagodzić gniew kardynała.
— Ależ jestem gotów wszystko powiedzieć! — zawołał Bonacieux — a przynajmniej to, co wiem. Proszę, niech mnie pan pyta.
— Przede wszystkim, gdzie jest pańska żona?
— Przecież powiedziałem panu, że ją porwano.
— Tak, ale dzięki twej pomocy uciekła wczoraj o piątej po południu.
— Moja żona uciekła! — zawołał Bonacieux. — O, nieszczęsna! To nie moja wina, jeśli uciekła, przysięgam panu.
— A cóżeś pan robił u pana d’Artagnana, twego sąsiada, z którym miałeś długą rozmowę tego samego dnia?
— Tak, panie komisarzu, tak, to prawda, przyznaję, że popełniłem błąd. Byłem u pana d’Artagnana.
— Jaki był cel tej wizyty?
— Prosiłem go, by pomógł mi odnaleźć żonę. Myślałem, że mam do tego prawo; zdaje się, że się omyliłem, i proszę pana o wybaczenie.
— I co powiedział pan d’Artagnan?
— Przyrzekł mi pomoc; ale wkrótce spostrzegłem, że mnie zdradził.
— Usiłujesz wprowadzić w błąd sprawiedliwość! Pan d’Artagnan zawarł pakt z panem, zmusił do ucieczki naszych ludzi, którzy aresztowali pańską żonę, i uniemożliwił wszelkie poszukiwania.
— Pan d’Artagnan porwał moją żonę! Co też pan powiada?
— Na szczęście pan d’Artagnan jest w naszych rękach i zaraz go tu przyprowadzimy.
— Na Boga, nic więcej nie pragnę! — zawołał Bonacieux. — Miło mi będzie ujrzeć znajomego.
— Proszę wprowadzić pana d’Artagnana — rzekł komisarz do strażników.
Strażnicy wprowadzili Atosa.
— Ależ to nie jest pan d’Artagnan! — zawołał Bonacieux.
— Jak to, to nie jest pan d’Artagnan? — ryknął komisarz.
— Nie, ani trochę — odparł Bonacieux.
— Jak się nazywa ten pan? — zapytał komisarz.
— Nie mogę panu tego powiedzieć, nie znam go.
— Nie znasz go?
— Nie.
— Nie widziałeś go nigdy?
— Owszem; ale nie wiem, jak się nazywa.
— Pańskie nazwisko? — zapytał komisarz.
— Atos — odparł muszkieter.
— Ależ to nie jest nazwisko człowieka, to nazwa góry! — zawołał nieszczęsny komisarz, który zaczynał tracić głowę.
— To moje nazwisko — rzekł spokojnie Atos.
— Powiedziałeś pan jednak, że nazywasz się d’Artagnan.
— Ja?
— Tak, pan.
— Zapytano mnie: “Pan jest d’Artagnan?” Odparłem: “Tak sądzicie?” Strażnicy krzyknęli, że są tego pewni. Nie chciałem im przeczyć. Zresztą mogłem się mylić.
— Panie, pan obraża powagę sprawiedliwości.
— Bynajmniej — rzekł spokojnie Atos.
— Jesteś d’Artagnan.
— Widzi pan, że znowu mi pan to mówi.
— Ależ powiadam panu, panie komisarzu — zawołał z kolei pan Bonacieux — sprawa jest jasna jak słońce. Pan d’Artagnan mieszka u mnie i chociaż nie płaci mi komornego lub właśnie z tego powodu, muszę go znać. Pan d’Artagnan to młodzieniec dziewiętnasto- lub dwudziestoletni, a ten pan ma trzydzieści lat z okładem. Pan d’Artagnan jest w gwardii pana des Essarts, a ten pan w kompanii muszkieterów pana de Tréville; spójrz pan na jego mundur, panie komisarzu.
— To prawda — mruknął komisarz — do licha, to prawda.
W tej samej chwili drzwi otworzyły się gwałtownie; wszedł posłaniec w towarzystwie odźwiernego z Bastylii i wręczył list komisarzowi.
— O, nieszczęsna! — zawołał komisarz.
— Jak, co pan powiada? O kim pan mówi? Mam nadzieję, że nie o mojej żonie.
— Właśnie o niej. Pańska sprawa pięknie wygląda, słowo daję.