Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Trzej muszkieterowie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Trzej muszkieterowie

Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:

Najsłynniejsza powieść Aleksandra Dumasa ojca, której akcja toczy się w XVII wieku za panowania Ludwika XIII. Bohater książki, ubogi gaskoński szlachcic d’Artagnan i jego trzej przyjaciele: Atos, Portos i Aramis przeżywają mnóstwo zaskakujących przygód w świecie pełnym intryg, pojedynków, zdrad, miłosnych namiętności... Ze wszystkich opresji wychodzą obronną ręką, bowiem postępują wedle skutecznej zasady: “Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”.
1 ... 34 35 36 37 38 39 40 41 42 ... 167
Перейти на страницу:

— Ach! — zawołał zrozpaczony kramarz — zechciej mi łaskawie powiedzieć; panie komisarzu, jakim cudem moja sprawa może zależeć od tego, co czyni moja żona, gdy ja jestem w więzieniu!

— A tak, ponieważ działa wedle wspólnie przez was ułożonego planu, planu zaiste piekielnego!

— Przysięgam, panie komisarzu, że jesteś w największym błędzie, że nie wiem nic o tym, co miała robić moja żona, że nie mam nic wspólnego z tym, co zrobiła, i jeśli zrobiła głupstwo, wypieram się jej, zarzekam, przeklinam.

— Panie komisarzu — rzekł Atos — jeśli nie jestem potrzebny, wypraw mnie pan stąd, ten twój pan Bonacieux jest nader nudny.

— Odprowadzić więźniów do lochów — rozkazał komisarz, wskazując jednym ruchem ręki Atosa i Bonacieux — i niech mi ich pilnują jak oka w głowie.

— Jednakże — rzekł Atos ze swym zwykłym spokojem — jeśli potrzebny jest panu pan d’Artagnan, nie bardzo widzę, jak mógłbym go zastąpić.

— Proszę zrobić to, co kazałem — krzyknął komisarz — i zachować najściślejszą tajemnicę! Rozumiesz pan?!

Atos udał się ze strażą, wzruszając ramionami, pan Bonacieux wydając jęki, które mogłyby zmiękczyć serce tygrysa.

Pana Bonacieux zaprowadzono do tego samego lochu, gdzie spędził noc, i zostawiono go tam przez cały dzień. Dzień ten spędził na lamentach zaiste godnych kramarza; nie był bowiem człowiekiem rycerskiego ducha, jak sam nam to powiedział. Wieczorem, około godziny dziewiątej, kiedy miał się właśnie położyć do łóżka, rozległy się kroki na korytarzu. Kroki zbliżyły się do jego lochu, drzwi się otwarły i ukazali się dwaj strażnicy.

— Proszę za mną — rzekł oficer postępujący za strażą.

— Za panem! — zawołał Bonacieux. — Za panem o tej godzinie! Dokąd to, mój Boże?

— Tam, gdzie mamy rozkaz pana zaprowadzić.

— Ale to nie jest odpowiedź!

— Innej nie możemy panu udzielić.

— Ach, mój Boże, mój Boże — szepnął biedny kramarz — tym razem jestem zgubiony!

I ruszył machinalnie za strażnikiem, nie stawiając najmniejszego oporu.

Szedł tym samym korytarzem, co wówczas kiedy go tu prowadzono, minął pierwsze podwórze, potem główną część budowli i wreszcie przy bramie wjazdowej ujrzał pojazd otoczony czterema strażnikami na koniach. Kazano mu wejść do pojazdu, oficer siadł obok niego, drzwiczki zamknięto na klucz i obaj znaleźli się w ruchomym więzieniu.

Pojazd ruszył powoli niczym karawan. Poprzez kratę zamkniętą na kłódkę więzień widział jedynie domy i bruk, ale jako paryżanin z krwi i kości rozpoznawał każdą ulicę po słupach, szyldach, latarniach. Kiedy wjeżdżali do Saint-Paul, gdzie dokonywano wyroków na skazańcach z Bastylii, o mało nie zemdlał i przeżegnał się dwukrotnie. Sądził, że pojazd tu się zatrzyma; ale jechali dalej.

Jeszcze większy strach go ogarnął, kiedy przejeżdżali obok cmentarza Saint-Jean, gdzie grzebano więźniów stanu. Pocieszał się tylko tym, że zazwyczaj wpierw ucinano im głowy, a później grzebano, a jego głowa wciąż jeszcze siedziała na karku. Ale gdy ruszyli w stronę placu Grève[*], gdy ujrzał strome dachy ratusza i pojazd wjechał pod arkady, był pewien, że to już koniec, chciał się więc wyspowiadać przed oficerem; kiedy ten mu odmówił, zaczął jęczeć tak żałośnie, że oficer oświadczył, iż zaknebluje mu usta, jeśli nie zamilknie.

Ta groźba pocieszyła nieco imć pana Bonacieux: gdyby chciano go stracić na placu Grève, kneblowanie ust byłoby zbyteczne, skoro znajdowali się już na miejscu egzekucji. Jakoż pojazd nie zatrzymując się minął straszny plac. Teraz pozostawał tylko Croix-du-Trahoir[*]: tam właśnie skierował się pojazd.

Tym razem nie było już wątpliwości, tu bowiem tracono przestępców mniej znacznych. Bonacieux pochlebiał sobie uważając się za godnego Saint-Paul czy placu Grève: w Croix-du-Trahoir miała się zakończyć jego podróż i dopełnić przeznaczenie! Nie mógł jeszcze widzieć tego nieszczęsnego krzyża, ale zdawało mu się, że okropne miejsce przysuwa się samo w jego stronę. Kiedy dzieliło go odeń zaledwie dwadzieścia kroków, usłyszał zgiełk i pojazd stanął. Było to więcej, niż mógł wytrzymać biedny Bonacieux, zdruzgotany następującymi po sobie wstrząsami. Wydał słaby jęk podobny do ostatniego westchnienia umierającego i zemdlał.

Rozdział XIV

CZŁOWIEK Z MEUNG

Zgromadzony tłum nie czekał na egzekucję; przyglądał się powieszonemu.

Pojazd przystanął na chwilę, wjechał w tłum, przeciął ulicę Saint-Honoré, skręcił w ulicę Bons-Enfants[*] i zatrzymał się przed niską bramą.

Brama otworzyła się i dwaj strażnicy zajęli się panem Bonacieux, którego podtrzymywał oficer; pchnięto go w aleję, potem na schody, aż wreszcie znalazł się w przedpokoju.

Wszystkie te ruchy wykonał machinalnie.

Szedł tak, jak idzie się we śnie; przedmioty widział poprzez mgłę; dźwięki docierały do jego uszu, ale ich nie rozróżniał; można go było zabić w tej chwili, nie potrafiłby obronić się nawet gestem, nie błagałby o litość.

Siedział więc bez ruchu na ławce, gdzie pozostawili go strażnicy, ze zwieszonymi rękami, wsparty plecami o ścianę.

Ponieważ jednak rozglądając się wokół nie ujrzał żadnego groźnego przedmiotu i nic nie wskazywało na to, że zagraża mu rzeczywiste niebezpieczeństwo; ponieważ ławka była miękko wysłana, ściana obita pięknym kurdybanem, a wielkie zasłony z czerwonego adamaszku, podpięte złotymi sznurami, zdobiły okno, zrozumiał powoli, że przeląkł się nad miarę, i zaczął poruszać głową z prawa na lewo i z dołu do góry.

Kiedy nikt nie sprzeciwił się tym ruchom, nabrał nieco odwagi i ośmielił się poruszyć jedną nogą, potem drugą, wreszcie, pomagając sobie obiema rękami, podniósł się z ławki i stanął na nogach.

Ledwie to uczynił, gdy oficer o chwackiej minie odsunął portierę. Rozmawiał jeszcze przez chwilę z osobą znajdującą się w sąsiednim pokoju, po czym zwrócił się do więźnia:

— Pan się nazywa Bonacieux? — zapytał.

— Tak, panie oficerze — wybełkotał kramarz na wpół żywy — to ja, do usług.

— Proszę wejść — rzekł oficer.

Usunął się z drogi, by kramarz mógł przejść. Bonacieux usłuchał w milczeniu — szedł do pokoju, gdzie na niego czekano.

Był to wielki gabinet o ścianach przybranych najrozmaitszymi rodzajami broni, zaciszny i zamknięty; na kominku płonął ogień, choć był to zaledwie koniec września. Pośrodku pokoju stał kwadratowy stół pokryty książkami i papierami, na których leżał ogromny plan La Rochelle. Przy kominku stał mężczyzna średniego wzrostu z miną wyniosłą i dumną, o przenikliwych oczach, szerokim czole i ozdobionej wąsem pociągłej twarzy, wydłużonej jeszcze spiczastą bródką. Choć ten mężczyzna liczył sobie zaledwie trzydzieści sześć lub trzydzieści siedem lat, jego włosy, wąs i bródka przyprószone były siwizną. Nie nosił szpady, ale miał postawę żołnierza, a jego lekko zakurzone buty ze skóry bawolej wskazywały na to, że w ciągu dnia dosiadał konia.

Był to Armand-Jean Duplessis, kardynał de Richelieu, nie taki jednak, jakim go nam przedstawiają; nie był ani zgięty wpół jak starzec, ani cierpiący jak męczennik, ciało jego nie było bezsilne ani głos zgaszony; nie siedział też zagrzebany w wielkim fotelu niczym w grobie. Kardynał Richelieu podówczas jeszcze nie utrzymywał się przy życiu jedynie siłą swego geniuszu, a całego wysiłku myśli nie obracał na walkę z Europą. W owej epoce był to mężczyzna zręczny i dwornych obyczajów, już niezbyt mocny fizycznie, ale podtrzymywany tą siłą ducha, która uczyniła zeń jednego z najbardziej niezwykłych ludzi w historii; popart księcia de Nevers w jego walkach o księstwo mantuańskie, zajął Nîmes[*], Castres[*] i Uzès[*] i gotował się właśnie do wypędzenia Anglików z wyspy Re i oblężenia La Rochelle.

1 ... 34 35 36 37 38 39 40 41 42 ... 167
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)