Szpital kosmiczny
- Автор: Уайт Джеймс
- Серия: szpital kosmiczny #1
- Год: 2002
- Язык: польский
- Переводчик: Wiktor Bukato
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Szpital kosmiczny». Краткое содержание книги:
— Pacjent, gość czy personel? Jaka rasa?
— Gość — padła odpowiedź z głośnika. — Człowiek.
Po chwili milczenia niedźwiadek odezwał się ponownie.
— Proszę podać klasę fizjologiczną — zażądał, mrugnąwszy porozumiewawczo do Conwaya i Prilicli. — Wszystkie rasy inteligentne mówią o sobie „ludzie”, a inne nazywają nieludźmi, toteż nazwa ta jest bez znaczenia…
Conway słuchał późniejszej wymiany zdań tylko jednym uchem, tak był zajęty wyobrażaniem sobie, jak też może wyglądać istota należąca do tej klasy. Podwójne T oznaczało, że zarówno jej kształt, jak i cechy fizyczne są zmienne; R — że cechuje ją wysoka wytrzymałość na skrajne temperatury i ciśnienie, a jeszcze do tego S…! Gdyby na zewnątrz nie czekał przedstawiciel tej klasy, Conway nie uwierzyłby w istnienie takiego zwierzaka.
A gość musiał być ważną osobistością, gdyż dyżurny z izby przyjęć był w tej chwili ogromnie zajęty przekazywaniem wiadomości o jego przybyciu różnym osobom w Szpitalu, z których większość stanowili ni mniej, ni więcej Diagnostycy. W jednej chwili Conway zapragnął obejrzeć owo ogromnie niezwykłe stworzenie, ale zreflektował się. Gdyby zamiast tym, co do niego należało, zajął się podglądaniem, doktor Prilicla nie znalazłby w nim dobrego przykładu. Poza tym Conway wciąż jeszcze nie rozgryzł go do końca — a Prilicla mógł się okazać jednym z tych drażliwych osobników, uważających, że gapienie się na przedstawiciela innego gatunku po to tylko, by zaspokoić zwykłą ciekawość, stanowi poważne uchybienie…
— Gdyby to nie zakłóciło innych, ważniejszych spraw — przerwał jego myśli głos Prilicli z autotranslatora — to bardzo chciałbym przyjrzeć się temu gościowi.
Daj ci, Boże, zdrowie! — pomyślał Conway, ale udawał, że rozważa tę propozycję.
— W innym wypadku — powiedział w końcu — nie zezwoliłbym na to, ale ponieważ luk, w którym przyjmują owego SRTT, jest niedaleko stąd, a my mamy trochę czasu, zanim wrócimy na oddział, nie będzie chyba nic zdrożnego w tym, że zaspokoi pan swą ciekawość. Proszę za mną.
Kiwając dłonią na pożegnanie kosmatemu dyżurnemu, Conway pomyślał, że to dobrze, iż autotranslator Prilicli nie potrafi przekazać mocno ironicznego wydźwięku jego ostatnich słów, w związku z czym asystent nie pomyśli sobie, że Conway się zeń nabija.
I nagle zesztywniał. Prilicla, uświadomił sobie z niepokojem, ma zmysł empatyczny. Od momentu poznania nie był zanadto wylewny, ale i tak wszystko, co mówił, współgrało z odczuciami Conwaya. Jego nowy asystent nie był telepatą — nie potrafił czytać w myślach — ale odbierał uczucia i emocje, tak więc mógł być świadom ciekawości Conwaya.
Przyszła mu ochota, by dać sobie w zęby za to, że zapomniał o tym zmyśle empatycznym. Ciekawe, kto tu się z kogo nabija, pomyślał kwaśno.
Pocieszył się w końcu, że Prilicla ma przynajmniej łatwiejszy charakter niż pewne osoby, z którymi do niedawna zmuszony był współpracować, choćby doktor Arretapec.
Do luku numer sześć, gdzie miano przyjąć gościa, można było dotrzeć w kilka minut, gdyby Conway skorzystał ze skrótu przez wypełniony wodą korytarz, prowadzący do sali operacyjnej dla klasy AUGL, a następnie przez oddział chirurgiczny dla chlorodysznych przedstawicieli klasy PVSJ. Oznaczało to jednak konieczność włożenia lekkiego skafandra ochronnego, a choć Conway potrafił zrobić to błyskawicznie, bardzo wątpił, czy wielonożny Prilicla jest równie sprawny. Wobec tego musieli iść dłuższą trasą, i to szybko.
Po drodze wyprzedzili ich Tralthańczyk ze złoconą opaską Diagnostyka oraz ziemski technik z działu eksploatacji. Tralthańczyk parł przed siebie jak czołg, który poniosło, toteż Ziemianin musiał truchtać, by dotrzymać mu kroku. Conway i Prilicla odsunęli się z szacunkiem, by dać drogę Diagnostykowi — a także uniknąć stratowania — po czym poszli dalej. Kilka zasłyszanych słów pozwoliło im domniemywać, że Tralthańczyk i Ziemianin stanowili część komitetu powitalnego, a dość kwaśne uwagi technika — że gość przybył wcześniej, niż oczekiwano.
Kiedy kilka sekund później minęli narożnik i ich oczom ukazał się wielki luk, Conway ujrzał coś, co wywołało jego mimowolny uśmiech. Przed lukiem zbiegały się trzy korytarze z tego poziomu oraz dwa następne z poziomów sąsiednich, połączone pochylniami. Wszystkimi gnały ku śluzie istoty różnych ras. Poza Tralthańczykiem i Ziemianinem, którzy właśnie ich wyprzedzili, był tam jeszcze jeden Tralthańczyk, dwa gąsienicowce DBLF oraz kolczasty, błonkowaty Illensańczyk w przezroczystym stroju ochronnym, który dopiero co wyłonił się z pobliskiego korytarza dla chlorodysznych istot klasy PVSJ. Wszyscy kierowali się ku wewnętrznej klapie olbrzymiej śluzy, która już się otwierała, by wpuścić gościa. Conwayowi sytuacja ta zdawała się wysoce absurdalna. Oczyma wyobraźni ujrzał, jak cała ta zwariowana menażeria zderza się jednocześnie w tym samym punkcie z potężnym trzaskiem…
Uśmiechał się jeszcze do własnych myśli, kiedy komedia gwałtownie i bez ostrzeżenia przemieniła się w tragedię.
II
Gdy przybysz wyszedł z luku, który się za nim zamknął, Conway ujrzał coś, co trochę przypominało krokodyla ze zrogowaciałymi na końcach mackami, w większości zaś było niepodobne do któregokolwiek ze znanych mu stworzeń. Zobaczył, jak stwór usuwa się z drogi wszystkim spieszącym mu na spotkanie, a potem nagle rzuca się w kierunku Illensańczyka, który — jak przypomniał sobie później — znajdował się najbliżej i był najmniejszy. Wszyscy zaczęli krzyczeć jednocześnie, tak że autotranslator Conwaya — a zapewne i wszystkich innych — wydawał wysokie, oscylujące piski spowodowane przeciążeniem.
Wobec zębów i rogowych zakończeń macek szarżującego przybysza Illensańczyk, niewątpliwie zdając sobie sprawę ze słabości okrywającego go skafandra, w którym znajdował się życiodajny chlor, czmychnął z powrotem do własnej sekcji. Gość, któremu na drodze stanął teraz Tralthańczyk dudniący coś, co w jego pojęciu miało być uspokajające, obrócił się nagle i popędził ku tej samej śluzie…
Wszystkie śluzy wyposażono w urządzenia do szybkiego otwierania w razie konieczności; powodowały one zamknięcie jednych drzwi i natychmiastowe otwarcie drugich, bez przerwy na wypełnienie wnętrza odpowiednią mieszanką atmosferyczną. Illensańczyk, mając za sobą rozszalałego przybysza, który rozdarł mu już zębami skafander, i w obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa zatrucia tlenem, słusznie uznał swój przypadek za stan wyższej konieczności i uruchomił błyskawiczne zamki. Był zapewne zbyt przerażony, by zwrócić uwagę na fakt, że przybysz nie znalazł się jeszcze całym ciałem w śluzie, a co za tym idzie, że gdy otworzą się drzwi wewnętrzne, zewnętrzne przetną jego ciało na pół…
Dookoła śluzy panował taki harmider, że Conway nie dojrzał, kim był ów szybko myślący osobnik, który uratował życie gościowi, naciskając guzik otwierający jednocześnie drzwi wewnętrzne i zewnętrzne. To zapobiegło przecięciu przybysza na pół, ale powstało w ten sposób połączenie z sekcją PVSJ, skąd zaczęły się dobywać gęste, żółtawe kłęby chloru. Zanim Conway zdołał cokolwiek przedsięwziąć, czujniki skażenia włączyły syrenę alarmową, zatrzaskując najbliższe hermetyczne grodzie. Wszyscy znaleźli się w bardzo zgrabnej pułapce.
Przez obłąkaną chwilę Conway starał się zwalczyć w sobie impuls skłaniający go do rzucenia się do grodzi i walenia w nią rękami. Postanowił przebiec przez ten trujący opar do następnej śluzy kontaktowej po drugiej stronie korytarza. W śluzie jednak znajdował się jeden z techników z działu eksploatacji wraz z gąsienicowcem DBLF, obaj tak zatruci chlorem, że Conway wątpił, czy uda im się przeżyć wystarczająco długo, by zdążyli włożyć skafandry ochronne. Czy jemu samemu, zastanawiał się, przezwyciężając mdłości, uda się tam dostać? W komorze śluzy były również hełmy wystarczające na mniej więcej dziesięć minut — wymagały tego przepisy bezpieczeństwa — ale by do nich dotrzeć, musiałby wstrzymać oddech przynajmniej na trzy minuty i zaciskać mocno oczy, gdyż choćby jedno zachłyśnięcie się chlorem albo kontakt gazu z oczami mogły spowodować trwałe kalectwo. Jak jednak miał się przedostać po omacku przez tę wielką, miotającą się po całej podłodze masę tralthańskich nóg i macek?